piątek, 31 marca 2017

12. Mecz

Znalezione obrazy dla zapytania quidditch
Pierwszy listopadowy deszcz zaczął uderzać o szyby okien Hogwartu. Leniwe krople spływały w dół szkła, pozostawiając za sobą płynny ślad, który po chwili znikał pod napływem kolejnej. I tak w kółko. Zimny wiatr łomotał o szyby, próbując usilnie wedrzeć się do środka pomieszczenia i stłumić ciepło, bijące od kominka na dolnym piętrze.
Clara westchnęła, podpierając głowę ręką, z całych sił starając się skupić na słowach kapitana. Siedziała wraz z resztą drużyny na półpiętrze pokoju wspólnego Ravenclawu, słuchając, a przynajmniej udając, że słucha, omawianej przez Harrisona taktyki.
Następnego dnia miał się odbyć jej pierwszy mecz. No, może sama nie będzie grała, ale świadomość, że będzie obserwowała mecz z ławki rezerwowych w aktualnym stroju ścigającej był dla niej naprawdę ekscytujący. Oczywiście znała zasady, że nie można było zmienić zawodnika podczas meczu, ale... Zawsze mogła mieć nadzieję.
Mimo to nie mogła być pewna, czy w przypadku kontuzji, która mogła się przedłużyć do następnego meczu, wystawiliby właśnie ją. W rezerwie zawsze pozostawał Davies. Dziewczynka musiała przyznać, że miał on talent i był dobrym strategiem. Na pewno nie tak dobrym jak Harrison czy Wood, ale, jak to mówił starszy Krukon, nieco praktyki i się wyrobi. Poza tym, o ile podczas selekcji zachował się wobec niej... no... delikatnie mówiąc nie fair, teraz zaczęło się to lekko zmieniać. Mimo, że nadal pysznił się podczas treningów i wręcz domagał się pochwał, powoli zaczynał pokornieć. Harrison wiedział gdzie uderzyć, żeby go zamknąć. Zazwyczaj wytykał mu jakieś pomniejsze błędy, gdy chłopiec rozgadywał się za bardzo.
Gdy podzieliła się tym spostrzeżeniem z Patrickiem, ten tylko pokręcił głową z dezaprobatą i powiedział:
— Nie ufaj mu tak szybko. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, Clar — i poszedł, zostawiając skonfundowaną Clarę przy stoliku.
Nadal nie rozumiała o co mu chodziło. Przecież ani razu nie przyznała, że mu ufa. Po prostu podzieliła się spostrzeżeniem i to nie tylko swoim. Większa część drużyny również zaczynała się do niego przekonywać, mimo uprzedzeń z pierwszych treningów. Pewnie w razie czego pewnie by go wspierali gdyby kapitan wystawił właśnie jego do następnego meczu.
Oczywiście, to nie było tak, że Clara była w jakiś sposób nielubiana. Wręcz przeciwnie, starała się być miła dla każdego, nawet dla Daviesa. Szczególnie zaczęła się dogadywać z pierwiastkiem damskim, w którego skład wchodziła druga ścigająca. Reszta drużyny była praktycznie zdominowana przez chłopców, jednak i z nimi dziewczynka jako tako się dogadywała.
— No dobrze, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli — doszedł do niej w końcu głos Harrisona. — Idźcie spać. Rezerwowi niech pamiętają, że mają być w gotowości, nawet jeśli jutro nie zagrają — dodał, spoglądając na Clarę i Daviesa. — Dobranoc.
— Dobranoc — odparli, wstając od stołu.
Dziewczynka z cichym westchnięciem odsunęła krzesło i wstała, kierując się w stronę dormitoriów. Musiała sama przed sobą przyznać, że czuła się z lekka słabo. Tego samego dnia miała dość wymagający sprawdzian z transmutacji i jakieś zadanie z eliksirów. Naprawdę chciała już iść spać. Tylko, że...
— Pond? Możemy pogadać?
Zgrzytnęła zębami. Ostatnim czego chciała, było użeranie się teraz z Daviesem. Jednak mimo to odwróciła się.
— Słucham? — zapytała i zakładając ręce na piersi, oparła się o ścianę. — O czym chcesz porozmawiać?
— Czy ja cię kiedykolwiek przeprosiłem za to... no wiesz... — zaczął, opuszczając wzrok w dół. Clara zaszokowana uniosła brwi. — Za to na selekcji?
— Nie. Kontynuuj — odparła zimno, przegarniając włosy i skupiając swój wzrok na chłopaku.
Szczerze mówiąc była to ostatnia rzecz, jakiej się po nim spodziewała. Davies przepraszający ją? Za coś, co wydarzyło się nieco ponad miesiąc wcześniej? Nieprawdopodobne...
Mogłoby się wydawać, że Krukon jeszcze bardziej się zmieszał.
— No więc...
— Nie zaczyna się zdania od "więc"... — natychmiast przerwała mu z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Spiorunował ją wzrokiem.
— Naprawdę nie zamierzasz mi tego ułatwiać, co? — zapytał niby spokojnie, ale gdzieś w jego głosie zabrzmiał twarda nuta. Wzruszyła ramionami.
— To twoje przeprosiny. Twoja wina. I tak, nie zamierzam,
— No dobrze, niech ci będzie. Przepraszam. Moje zachowanie było... no... nieodpowiednie? — powiedział niepewnie, akcentując ostatnie słowo jak pytanie.
— Ty mnie pytasz, czy wiesz?
— Było nieodpowiednie — powtórzył już pewniej. — Przez moje gwiazdorzenie trafiłem do rezerwy... Tak samo jak ty. Oboje się marnujemy i to z mojej winy. I za to przepraszam — powiedział unosząc na nią wzrok.
Clara zamrugała. Śni. Na pewno. To się nie dzieje na prawdę. Roger Davies nikogo nie przeprasza. Nigdy. Mowy nie ma. Musiała teraz leżeć przy stoliku zawodników quidditcha i spać, gdy Harrison próbuje coś wytłumaczyć. To na pewno to. Ale jeśli śni, czemu akurat o Daviesie? Nie, nie, na to musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie...
Po chwili dotarło do niej, ze jednak to nie jest sen. Dwunastolatek stał przed nią z miną zbitego psa i czekał na wyrok. Wybaczyć mu czy nie? Westchnęła. W sumie, co jej szkodzi?
— Wybaczam — mruknęła, rozkrzyżowując ręce.
— Serio? Dzięki! — wykrzyknął uradowany. Dziewczynka niemal się uśmiechnęła, ale nawet pozostawała czujna. — Więc... widzimy się jutro rano, tak?
— Tak. Dobranoc — odparła odwracając się i idąc na górę.
— Dobranoc.
Gdy dotarła w końcu do swojego dormitorium jej współlokatorek jeszcze nie było. Szybko ogarnęła wieczorną toaletę i rzuciła się na łóżko. Zamknęła oczy, ale zamiast śnić myślała o sytuacji sprzed chwili.
W ogóle czemu ją przeprosił? Dlaczego tuż przed meczem? Czy na coś liczył? Na co? Od niej niczego nie mógł mieć. Jeśli komuś miałby się podlizywać to tylko Harrisonowi... Przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową. Nie wiedziała co o tym myśleć. Może te przeprosiny były faktycznie szczere? W każdym bądź razie wyglądały na takie. Co jeśli faktycznie było mu przykro... No to dlaczego dopiero teraz ją przeprosił?...
Nie ufaj mu tak szybko, zabrzmiał jej w głowie nieoczekiwanie głos Patricka. Ale przecież mu nie ufa. Tylko zaakceptowała jego przeprosiny. To jeszcze nie jest znak, że mu ufa. W sumie w tym momencie wątpiła czy w ogóle kiedykolwiek będzie w stanie. Ale... Może danie mu szansy nie skończy się tragedią?
***
— Clar...
— Nie.
— Nie kłóć się ze mną. Spadniesz z miotły jak nie będziesz jadła — powiedział spokojnie, acz stanowczo Patrick. Dziewczynka jęknęła.
— Wcale nie — mruknęła, nie patrząc nawet na jedzenie. Siedząca obok prefekta Fiona westchnęła.
— Clar, naprawdę. Bo zaraz pójdę do Eda i mu powiem, żeby w ogóle cię odwołał z ławki rezerwowych — powiedziała. Gdy brunetka dalej nie reagowała, szesnastolatka ostentacyjnie odsunęła od siebie głośno krzesło, wstając.
— O Jezu no... Już jem... — odparła naburmuszona Clara, chwytając za widelec i biorąc do ust kawałek parówki. — Widzisz? — dodała, przeżuwając. Fiona przewróciła oczami, ale usta zadrgały jej w lekkim uśmiechu. Usiadła.
— W ogóle nie rozumiem czym się tak denerwujesz — dodała. — Przecież będziesz tylko siedziała na ławce. Nikt cię po tym nie będzie oceniać.
Westchnęła ukrywając twarz w dłoniach. Patrick zerknął na nią krytycznie.
— Wiesz, że przesadzasz? — zapytał, unosząc brew.
— Wiem — jęknęła. — Ale no... jednak... To głupie...
— Nie jest głupie, jeśli ci to sprawia przykrość. O co chodzi? — odparł i pochylił się, skupiając cała swoją uwagę na dziewczynce. Ta jęknęła.
— To znaczy... No wiesz... — zaczęła, nerwowo przegarniając włosy. — Trochę mi przykro, że jestem w rezerwie... Choć z drugiej strony się cieszę, że jestem w ogóle w drużynie... Ale też jeśli komuś coś się dziś stanie, nawet jeśli nikomu tego nie życzę, to nie jest potwierdzone, że to ja na pewno zostanę wyznaczona do następnego składu. No bo... Jest jeszcze Davies...
— ...który ostatnio mizdrzy się do Eddiego jak Derrik do Lindsey — wtrąciła siedząca naprzeciw niej Laurel, która przysłuchiwała się tej rozmowie już od jakiegoś czasu. Nie zamierzała się wcześniej wtrącać, bo narzekań Clary słuchała niemal od chwili wstania z łóżka. Zerknęła w stronę kapitana drużyny, który wydawał się być pogrążony w myślach. Nad nim, jakby na potwierdzenie jej słów stali kolejno wszyscy wymienieni przez nią Krukoni.
— Jemu też jest ciężko. Uwierz mi, on o was dba. Szczególne o ciebie - dodała Fiona, podążając za wzrokiem blondynki. — I o Daviesa. Naprawdę nieźle to przeżywa, gdy ktoś z drużyny ulega kontuzji. Pewnie dlatego jesteście oboje w rezerwie. Jetseście młodsi i martwi się o was. Wie co robi.
Dziewczynka dość niemrawo pokiwała głową. Widząc to szesnastolatka przytuliła ją mocno do siebie, dając jej czas na wzięcie się w garść. Po dłuższej chwili Clara wzięła głęboki wdech i odsunęła się od Fiony.
— Dzięki — mruknęła, uśmiechając się. Dziewczyna odwzajemniła gest.
— Nie ma za co. I nie myśl już o tym — powiedziała, nachylając się i całując ją w czoło. — A teraz już jedz, bo nie będziesz miała siły nawet na krzyk z ławki.

Dwadzieścia minut później siedziała już w szatni Krukonów, słuchając ostatnich słów Harrisona do drużyny. Tym razem, inaczej niż poprzedniego dnia, naprawdę starała się skupić na tym, co mówi. Było dość trudne, biorąc pod uwagę, że wykład trwał już pięć minut. na szczęście chyba chylił się już ku końcowi.
— No dobrze... Anna, pamiętaj o tłuczkach, bo jak zapomnisz  o tym, że latają, to kaplica... Duncan lataj za nią, a tłuczki, to wiesz... W Puchonów, ale delikatnie, bo to nie Ślizgoni, na nich zostaw sobie siłę potem... Rezerwowi bądźcie czujni. Nigdy nic nie wiadomo, obserwujcie uważnie przeciwnika... Potem was zapytam co dokładnie widzieliście, może zauważycie w ich taktyce coś, czego ja nie dostrzegłem. No dobrze. To chyba, wszystko, miotły w dłoń — zakończył swój wywód chłopak i biorąc do ręki swój pojazd wstał. Reszta drużyny, prócz rezerwowych poszła w jego ślady.
— A! I jeszcze jedno — dodał, odwracając się do Krukonów. — Uważajcie na siebie. I mówię także do rezerwowych, bo nawet jeśli trybuny na czas meczu są zaklęte, to ławki rezerwowych już nie bardzo. Tłuczki latają wszędzie i jeśli któreś z was znajdzie się w skrzydle szpitalnym...
— Eddie, wiemy — wtrąciła natychmiast Anna, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Powtarzasz nam to non stop. Nic nikomu się nie stanie. Tym bardziej Pond i Daviesowi. Na ziemi są bezpieczni.
— Dokładnie. Nic nam się nie stanie — powtórzyła po koleżance Clara, kiwając głowa tak mocno, sprawiając wrażenie jakby zaraz miała jej spaść z szyi. Na ten widok Harrison uśmiechnął się słabo.
— No dobrze - odparł, biorąc głęboki oddech. — Niech wam będzie.
I odwrócił się w kierunku wyjścia. Anna zerknęła jeszcze na młodszą dziewczynkę, puszczając w jej kierunku oko. Poprzez ściany budynku usłyszeli głos Jordana:
— Witam wszystkich na meczu Krukoni kontra Puchoni! Nasze drużyny powinny już wyjść na boisko, ale guzdrzą się niemiłosiernie... Ktoś tu chyba chce ominąć przedpołudniowe lekcje! Czyżby sprawdzian?
— JORDAN! — ostry głos profesor McGonagall przebił się przez cienkie ściany szatni nawet bez megafonu. Cała drużyna lekko zachichotała.
— No dobra! Idziemy, bo widocznie nawet Gryfoni nie są w stanie na nas zaczekać — powiedział kapitan, popychając drzwi. Clara i Roger wymienili spojrzenia, niepewnie wstając.
Kiedy wyszli z budynku, pierwszym co uderzyło dziewczynkę był wszechogarniający hałas. Na trybunach zebrała się chyba cała szkoła. Po raz pierwszy od początku tego dnia, Clara poczuła prawdziwą radość, że jest rezerwową. Była prawie w stu procentach pewna, że prędzej by zemdlała niż wyszła na środek boiska z tak stoickim spokojem, jak robił to właśnie Harrison.
Poza tym nie na każdym meczu dojrzy Cedrika, który uśmiechnie się ciepło do niej, nieświadomie sprawiając, że jej nogi nagle stają się miękkie. Czasami za swoich przeciwników będzie miała Ślizgonów i nie była pewna, czy dałaby radę chociaż unieść na nich wzrok.
W takich chwilach podziwiała Harrisona. Nie miała pojęcia jak on dawał sobie psychicznie radę z tym wszystkim. Dbał o drużynę niemal jak o rodzinę. Przejmował się każdym z nich i do każdego miał indywidualne podejście. Czuł się odpowiedzialny za nich wszystkich, nawet jeśli parę osób było starszych od niego. Ba, nawet pozwolił Clarze i Daviesowi założyć szkolne szaty do gry, mimo że prawdopodobnie nie zagrają w tym meczu! Poza tym reprezentował swój dom w rozgrywkach. I do tego wszystkiego znajdował czas dla swojej dziewczyny i utrzymywał krukoński dobry poziom jeśli chodzi o naukę. Dziewczynka naprawdę zastanawiała się jakim cudem on do tej pory się nie załamał. Psychikę to on musiał mieć niezłą, aby wytrzymać z tyloma obowiązkami naraz.
Z rozmyślań wyrwał ją dopiero dotyk ręki Daviesa na jej ramieniu, kierujący ją w stronę ławek dla rezerwowych. Na nieszczęście Clary znajdowała się ona nie pod trybunami Ravenclawu, ale Slytherinu. Z niepokojem w oczach zerknęła w górę, patrząc gdzie dokładnie może siedzieć Ayers. Jednak, ku swojemu zaskoczeniu, nawet jej nie zauważyła. Nerwowo przełknęła ślinę, odwróciła się i skupiła wzrok na swojej drużynie, która właśnie wzbiła się w niebo. W uszach zabrzmiał jej pierwszy komentarz Lee:
— Iii wystartowali! Kafel od razu w rękach Krukonów... Geddes już pikuje w dół, wymijając zręcznie Yoxall... Uważaj, to tłuczek!...
Clara i Davies wstrzymali oddech, bezradnie patrząc, jak w kierunku Anny z zawrotną prędkością leci piłka, kiedy nagle niewiadomo skąd, tuż przed nią pojawił się Duncan, zręcznie odbijając tłuczek w kierunku jednego z Puchonów. Oboje przybili piątkę i dziewczyna poleciała dalej.
Obaj rezerwowi wypuścili z ulgą oddech, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, że je wstrzymywali. Lee z kolei piał z zachwyty:
— Brawo Duncan! Widać, że Harrison dba o drużynę i ich na wszystko przygotowuje i... GOL DLA RAVENCLAWU!
— Yay!! — wykrzyknęła uszczęśliwiona Clara, klaszcząc w ręce.
Dalej gra przebiegała dość spokojnie. Jedna i druga drużyna nie odniosła jakichś ogromnych start. Tak naprawdę obie szli łeb w łeb, bo każda ze stron miała w sobie coś specjalnego, czego nie posiadała ta druga. I tak na przykład podczas gdy Krukoni byli w stanie taktycznie podejść Puchonów, tak oni potrafili się  z zaskakującą agresją odwdzięczyć tłuczkiem, lecz ani razu tak, aby komuś stała się krzywda. Poza tym Duncan i Nielson dawali z siebie wszystko, aby uchronić współzawodników przed ewentualnymi kontuzjami. Chociaż...
W pewnym momencie, gdy Jones już miał przerzucić kafel przez bramkę żaden z nich nie był na tyle blisko, aby uchronić go przed ewentualnym ciosem w brzuch. Właściwie nikt z graczy nie zdołałby podleć. Nikt prócz... Harrisona, który wykorzystując swoją pozycję i stosunkowo szybką miotłę zepchnął kolegę z toru drogi piłki, niestety samemu jej nie unikając.
Pomimo hałasu jaki panował wokół nich huk uderzenia o bok kapitana był tak wyraźny, że dźwięczał Clarze w uszach jeszcze dwie minuty po zdarzeniu. Cała szkoła wydała z siebie zduszony okrzyk, przyglądając się jak chłopak przechylił się w bok, ledwo utrzymując się na miotle. Davies wstrzymał oddech, a Clara wydała z siebie stłumiony okrzyk. Nieświadomie złapali się za ręce tak bardzo, że aż palce im posiniały. Nawet Lee zabrakło głosu.
Richard, gdy minął mu pierwszy szok, natychmiast złapał kapitana pod ramię jedną ręką. Coś krzyknął, ale drugoklasiści mogli się tylko domyślić, że zawołał resztę drużyny, która natychmiast podleciała, pomagając mu doholować Harrisona na ziemię. Anna uniosła rękę w kierunku pani Hooch, dając znak, że domagają się czasu. Nauczycielka ze zrozumieniem pokiwała głową, całą swoją uwagę skupiając tym samym na pałkarzu Hufflepuffu, który z przerażeniem w oczach patrzył na drużynę Krukonów.
Clara i Davies natychmiast podbiegli w kierunku zawodników, tak samo jak przerażona Lindsey, która wzięła się dosłownie znikąd. Pierwszy raz  w życiu dziewczynka ucieszyła się, że jest tak niska, bo to dało jej  możliwość przeciśnięcia się pomiędzy znajomymi. Szybciej od Daviesa dotarła do Harrisona, który półleżał, wsparty na Richardzie i Duncanie.
— Tak, wszystko dobrze, tak... Merlinie, Linds, przestań piszczeć, nie umieram... Anna spokojnie, naprawdę, aż tak źle nie jest, nie dostałem przecież w głowę... — jęczał nienaturalnie słabym głosem. Clara aż zadrżała. To było tak niepodobne do kapitana mówiącego do nich jeszcze pół godziny temu. Twarz miał bladą i krzywił się za każdym razem, gdy podnosił się, aby poprawić swoją pozycję. — Clara, uśmiechnij się, nie zamierzam umrzeć — dodał, widząc przerażoną minę dziewczynki. — Linds, lepiej zajmij się nią bo nam tu szybciej zemdleje, niż ja — zwrócił się do swojej dziewczyny. Ta spojrzała na niego niepewnie, ale podeszła do młodszej dziewczynki, niezgrabnie ją obejmując. — Dobrze. Wiecie, że nie mamy prawa wystawić zawodnika rezerwowego za mnie, dlatego musicie sobie radzić beze mnie, aż Nick nie złapie znicza... A nawet jeśli przegramy to przegramy z honorem.
— Ale... — zaczęła cicho Anna, lecz Eddie uciszył ją machnięciem dłoni.
— Nie ma żadnego "ale", Anno. Albo to, albo przegramy walkowerem, a tego na pewno żadne z nas nie chce, prawda? Zacznie się rzutem karnym, wiec wykorzystajcie swoją pozycję, bo jak na razie prowadzimy... Spróbujcie potem z manewrem Porskowej, wiem, że jesteście na tyle zsynchronizowani, że powinniście dać radę... Nick, skup się na piłce, nie pozwól aby Diggory złapał ją pierwszy... I... — dalsze słowa zagłuszył ostry gwizdek pani Hooch. — Okay, to wszystko, drużyno. Uważajcie na siebie, nie dajcie się tak złapać jak ja...
— To była wina Jonesa, nie twoja — warknęła cicho Lindsey, Harrison wywrócił oczami, a wspomniany chłopak skulił się w sobie.
— Wina jest pałkarza Hufflepuffu lub zasad tej gry jak już chcesz szukać winnego, ale dobra. Nie kłóćmy się. Przynajmniej nie teraz. Wracajcie na niebo. Roger, Linds pomóżcie mi dotrzeć do pani Pomfrey, proszę. Nie wiem czy dam rade dojść tam o własnych siłach...
Cała drużyna niechętnie przerzuciła nogi przez miotły i wzbiła się w powietrze. Richard otrzymał od pani Hooch kafla i ustawił się w pozycji do rzutu karnego. Tymczasem Eddie bardzo wolno wywlókł się z boiska, wsparty na swojej dziewczynie i Daviesie.
Clara niepewnie usiadła na ławce, ukrywając twarz w dłoniach. Właśnie o tym mówiła Cedrikowi i dokładnie tego obawiała się Laurel. Takie sytuacje jak ta może i nie zdarzały się często, ale jednak były! I akurat ten głupi tłuczek trafił w Harrisona! HARRISONA NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! A on był doświadczony chyba najbardziej, no, nie licząc Nicka! W tym momencie zrozumiała czemu Patrick miał wcześniej obiekcje za każdym razem, gdy szła na trening... Co by się stało, gdyby to w nią trafił tłuczek? Co zrobiłaby reszta?
— Och, patrzcie! Czy to nie ta chodząca porażka? — usłyszała tuż za sobą znajomy syk.
Oderwała ręce od twarzy, napotykając zimne, zielone oczy Ayers. Poczuła jak jej własne natychmiast zwężają się w szparki.
— Czego chcesz? — warknęła. Ślizgonka uśmiechnęła się złośliwe.
— Och, niczego. Czego bym mogła chcieć od takiej szlamy jak ty?
— Mów tak dalej, a dostaniesz szlaban — odparła dziewczynka, dumnie podnosząc głowę. Ayers zaśmiała się zimno.
— A co? Twój prefekt mi go dowali? Błagam cię! Nie boję się go! — odparła blondynka, śmiejąc się tak zimno, że Clara aż zadrżała. Merlinie, czemu właśnie teraz musiała tu przyleźć?!
— To nazwij mnie tak przy nim! Albo przy profesor Goldberg! Zobaczymy jak będziesz śpiewać! — wykrzyknęła. Pozwoliła sobie nawet na tryumfujący uśmiech widząc, że dwunastolatce przez chwilę zbrakło słów.
— Jestem ciekawa jak profesor Goldberg by zareagowała na przekupstwo — odparła. Clara kilkakrotnie zamrugała oczami, nie rozumiejąc.
— Słucham? — zapytała słabym głosem. Widząc jej zdumienie Ślizgonka wyszczerzyła nieprzyjemnie zęby.
— No chyba nie myślisz, że Harrison wziąłby do drużyny taką porażkę jak ty? Twój prefekt musiał się nieźle ugadać, abyś była nawet w rezerwie! Ciekawi mi tylko czy w ruch poszły galeony czy...
— Przestań! — zapiszczała Clara, zasłaniając sobie uszy rękoma.
— Ktoś ci przecież musiał powiedzieć — zanuciła dziewczynka, chichocząc złośliwie. Brunetka zaczęła kręcić głową.
— To nieprawda!
— Szczera prawda. Moja znajoma sama to widziała i...
Clara nie wytrzymała. Odepchnęła mocno Ayers i wybiegła z boiska czując jak łzy powoli zaczynają wypływać jej z oczu.
***
Jestem! Żyję! nadal pisze, tylko mało! Włąsnie. Dwa ogłoszenia "parafialne".
1) Z uwagi nażycie prywatne muszę spowolnić trochę z pędem wstawiania rozdziałów. Myślę, ze raz na dwa tygodnie brzmi sprawiedliwe. Powinnam znaleźć sobie wystarczająco dużo czasu, aby dopisywać jakoś po 500 słów... Mam nadzieje, że nie będziecie rozpaczać za bardzo :P
2) Powstała zakładka "Pytania". na czym polega? Pytania o fabułę lub postaci lub pytania DO postaci. Może kiedyś przemienię to na  blog na tumblerze ale na razie wolę na bloggerze XD 
Dedyk dla Idy, która dzielnie się domaga rozdziałów <3
Sonia

2 komentarze:

  1. Czekałam na rozdział z wielką niecierpliwością i w końcu skomentowałam dopiero jakiś tydzień po przeczytaniu, za co bardzo cię przepraszam.
    Biedny Harrison :( Bohater <3
    Matko, Ayers jest tak wkurzająca, żeby nie użyć mocniejszego słowa. Czemu ona się tak cholernie uwzięła na biedną Clar? Normalnie robi się większym dręczycielem niż Draco dla Hermiony. Serio, to chyba jedyna postać na blogu, której szczerze nie znoszę.

    NMBZT!

    OdpowiedzUsuń
  2. Sonia, przepraszam, ale ja po prostu mam ogromne zaległości u kilku osób i jeszcze coś tam, ale w końcu jestem. Przeczytałam! Powiem szczerze, że jakoś tak dziwnie patrzy mi się na Ayers: chyba nikt nie jest czystym złem, a ona zachowuje się trochę jak takie typowe czarne charaktery z bajek dla dzieci XD Z kolei Clara ma 12 lat, a zachowuje się trochę jak 10-latka... A może to tylko moje wrażenie? No nie wiem, nie wiem. Poza tym super rozdział, mecz był emocjonujący i fajny! Davies kojarzy mi się z wszystkimi największymi wkurzającymi idiotami, jakich spotkałam. Na miejscu Clary nie byłabym taka ufna. No i ten Patrick... dobrze, że ja ostrzegł.
    Słuchaj, to chyba wszystko. Mam nadzieję, że spodoba Ci się kom ^^ Co do tej 12letniej Clary to nie wiem, może Ty masz bardziej obiektywne spojrzenie, ale ja jednak jestem tylko 2 lata starsza i wydaje mi się, że nikt z mojego otoczenia nie zachował się tak jak ona... XD Ale spoko, zawsze mogę się mylić.
    Do zobaczenia!
    NMBZT!
    Meg 😙

    OdpowiedzUsuń