piątek, 21 kwietnia 2017

13. W cieniu drzew

Znalezione obrazy dla zapytania forbidden forest
Nie była pewna w która stronę biegnie. Jej stopy pędziły własnymi drogami, podczas gdy umysł starał odegnać od siebie słowa Ayers. To wszystko co powiedziała... Przecież to nie mogła być prawda! Patrick taki nie jest! Wierzył w nią od początku! A Eddie... Jest dobrym kapitanem! Na pewno by nie zrobił TAKIEJ rzeczy! On docenia innych za talent i poświęcenie i... i...
Więc dlaczego tak bardzo się bała, że słowa Ślizgonki okażą się prawdą? Czemu uciekała od wszystkich, skoro najzwyczajniej w świecie mogła szybko podbiec do Patricka i zapytać go o to? No tak...
Bała się. Ayers brzmiała tak pewnie kiedy to mówiła, że niemal zdołała o tym przekonać Clarę. Poza tym... Miała świadka! Co jeśli to wszystko jednak jest  prawdą? Czy faktycznie jest tak beznadziejna, że w ruch musiały pójść pieniądze? A jeśli nie tylko to jest kłamstwem? No bo... Skoro osoba, której ufała mogła ją tak zdradzić... To czy w takim wypadku te wszystkie jej przyjaźnie też tak wyglądały? Ktoś z góry chciał...
Nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Przesadza! Znowu! To nie był pierwszy raz, kiedy usłyszała coś niemiłego i zamiast porozmawiać z tą osobą zaczęła rozmyślać nad wszystkim co by tylko pasowało do tego stwierdzenia! Gwałtownie się zatrzymała, biorąc kilka głębokich oddechów. Przecież WIE, że nic takiego się wokół niej nie dzieje. WIE, że jej przyjaciele są faktycznie jej przyjaciółmi a nie produktami jakiejś dziwnej maszyny wybudowanej wokół niej...
Westchnęła i ukrywając twarz w dłoniach, osunęła się na kolana. Postanowiła skupić się na tym, co jest wokół niej, aby w jakiś sposób odegnać swoje niewesołe myśli.
Ku jej zaskoczeniu trawa pod jej nogami była wilgotna, a rankiem, o dziwo, nie padało. Wzięła więc ponownie kilka głębokich wdechów i odjęła ręce od twarzy, rozglądając się uważnie wokół siebie.
Była w... Zakazanym Lesie. Zaskoczona i nieco przerażona próbowała zrozumieć, gdzie dokładnie mogła dojść. Z całą pewnością siedziała na jednej z wielu polan, jakie znajdowały się w tej puszczy. Gdy spostrzegła drzewo, znajdujące się idealnie pośrodku łąki zorientowała się, że zna to miejsce. Rok wcześniej trafiła tu z George'm, gdy ona, Laurel i bliźniacy zostali rozdzieleni przez testrala. Pamiętała również, że tutaj pierwszy raz napotkała elfa.
Wiedziona jakimś przeczuciem wstała i podeszła do drzewa. Wyciągnęła dłoń, dotykając chropowatej kory. Co dziwne, sam ten dotyk wystarczył jej, żeby choć trochę się uspokoić. Ponownie wzięła parę głębokich wdechów, pozwalając aby chłodne, listopadowe powietrze przepłynęło przez jej umysł. Z każdym wydechem wyobrażała sobie, że wyrzuca wszystkie ciemne myśli, jakie miała w głowie aż nie pozostało tam nic. Uśmiechnęła się lekko.
Odwróciła się plecami do drzewa, zsuwając się w dół. Delikatnie oparła się o jego pień, wznosząc oczy ku górze. Pomimo tego, że już powoli czuła się uspokojona nie chciała wracać do zamku. Na samą myśl o tym żołądek zawiązywał jej się w ciasny węzeł, a w gardle powstawał wielka gula. Objęła się rękami, odrzucając głowę w tył.
Ślizgonom nie wolno ufać, pomyślała. No, może nie koniecznie wszystkim, bo w końcu nie znała każdego z osobna, ale Ayers... Nie, ona na pewno kłamała. Mimo, że mówiła o świadku, ale... Może ten świadek nie istniał? Wymyśliła go na poczekaniu, aby jej historyjka była bardziej wiarygodna? Najprościej będzie, gdy najzwyczajniej w świecie zapyta o to Patricka, prawda?
Tak, pewnie, że tak. Ale w końcu jest Clarą Pond. Po co sobie ułatwiać życie, skoro można je utrudniać? Po co od razu nie iść do przyjaciela, aby to wyjaśnić? Przecież można zwiać do ZAKAZANEGO Lasu i... Nie wiedzieć jak wrócić do zamku! Jest po prostu świetnie!
Mimowolnie poczuła jak łzy ponownie zaczynają spływać jej po policzkach. Zacisnęła palce na włosach, czując jak każdy kolejny szloch wstrząsa jej ciałem. Nagle, w jednej chwili, poczuła jak coś w środku niej pęka. A to wszystko tylko z powodu głupiej plotki. Niepotwierdzonych słów dziewczyny, której nawet nie lubi i vice versa. Czemu słowa tak ranią? Ach, czemu jest tak głupia? przecież dopiero przed chwilą się uspokoiła!
Zadrżała, czując jak zimny podmuch wiatru przeszywa jej ciało. Zdezorientowana spojrzała w niebo, marszcząc czoło. Nad polaną zawisła ciężka, siwa chmura, która nie wyglądała ani trochę przyjaźnie. Po prawdzie sprawiała wrażenie jakby zaraz miała z siebie wypuścić całkiem potężna ulewę. Clara podniosła się więc z zimnej ziemi, obejmując się rękoma. Zaczęła podskakiwać w miejscu i rozcierać ścierpnięte ramiona. Szata do quidditcha, mimo że dość wygodna i przyjemna w dotyku, nie do końca była wiatroodporna. No a już na pewno nie była na tyle gruba, żeby nie przepuszczała zimnego powietrza. Przy kolejnym podmuchu wiatru dziewczynka ponownie zadrżała. Wzrok skierowała na przeciwną stronę Lasu, zastanawiając się.
Miała dwa wyjścia. Albo wejdzie w ten gąszcz i prawdopodobnie już z niego nie wyjdzie, albo tu zostanie, mając jakąś licha nadzieję, że ktoś w jakiś magiczny sposób ją znajdzie. Może bliźniacy, używając Mapy...
No właśnie, myśląc o Weasleyach... Ostatnio zaczęli się zachowywać dość... Specyficznie, przynajmniej w oczach Clary. Od ich selekcji zaczęli się bardziej dystansować od niej i Laurel. Często rozmawiali o czymś przyciszonym tonem i urywali, gdy ktoś inny do nich podchodził. Zirytowana przymknęła oczy, przypominając sobie historię sprzed dwóch tygodni.

— Claro? — usłyszała tuż za sobą czyjś znajomy głos. Jego ton nie brzmiał zbyt przyjaźnie, toteż dziewczynka nieco się wystraszyła. Zaskoczona odwróciła się, nerwowo przegarniając włosy z czoła. Jednak momentalnie całe jej napięcie zniknęło, gdy zobaczyła stojącego za nią Freda. — Mogłabyś coś przekazać mojemu kochanemu bratu?
Coś w tonie jego głosu nie podobało się dziewczynce. Może to przez przesłodzony ton jakim mówił lub przesadne zaakcentowanie słowa "kochanemu". Jego postawa  również sprawiała, że Clarę coś mimowolnie odrzucało. Ramiona, niby spokojnie założone na piersi, były napięte, jakby chłopak spodziewał się ataku. Szczęka również była spięta, jakby powstrzymywał się od zgrzytania zębami. Jednak coś co najbardziej ją odpychało znajdowało się w jego oczach. Zazwyczaj błyszczały ciepło, a psotne iskierki wesołości je jeszcze bardziej rozświetlały. Tym razem jednak ziało od nich pustką a ich kolor był ciemniejszy niż zazwyczaj.
W rezultacie Clara przyjęła podobną postawą co on, nerwowo odgarniając włosy do tyłu.
— Jasne — powiedziała cicho, spoglądając na niego niepewnie o co chodzi.
— Świetnie. Przekaż mu, że nie ma mowy. I to moje ostatnie słowo. Oraz, że rodzice pewnie zrozumieją, tylko trzeba im na to otworzyć oczy. Będzie wiedział o co chodzi — odparł, odwracając się na pięcie.
Zdezorientowana zamrugała kilkakrotnie oczami. "Że co?!" pomyślała zirytowana. Dopiero po kilku sekundach, gdy pierwszy szok jej minął, przypomniała sobie jak się mówi.
— Cze... Czekaj! FRED!
Zawołany odwrócił się, unosząc sceptycznie brew. Dziewczynka dobiegła do niego i zapytała:
— A mogę chociaż wiedzieć o co chodzi?
— O nic takiego — odparł ze stoickim spokojem chłopak, pocierając sobie kark. Tym razem to Clara uniosła sceptycznie brew.
— Nie kłam — westchnęła.
— Mówię prawdę!
— A ja jestem latającym jednorożcem. Proszę cię. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi — odparła, z nutką wyrzutu w głosie. Chłopak przewrócił oczami, wzdychając.
— Bo jesteśmy.
— No to o co chodzi?
— O nic! — odparł poirytowany, podnosząc głos.
— Laurel byś powiedział... — mruknęła cicho, zerkając na niego spode łba.
— Na pewno nie — rzucił. — Przekażesz mu to?
— Tak... Ale i tak sobie o tym porozmawiamy.
— Nie mogę się odczekać, latający jednorożcu. A teraz wybacz, śpieszę się na historię — i to mówiąc oddalił się śpiesznym krokiem w dal korytarza, zostawiając skołowaną Clarę na jego środku.
***
Aż podskoczyła, gdy zdenerwowana Laurel rzuciła opasłe tomiska na stół. Uniosła na nią wzrok, odrywając się od pisania jednego z esejów na astronomię. Co prawda, mieli go oddać dopiero w przyszłym tygodniu, ale dziewczynka wolała się do tego zabrać jak najwcześniej.
— Dlaczego oni są takimi idiotami? — zapytała blondynka, unosząc wzrok na przyjaciółkę. Ta, jak gdyby nic, spokojnie odłożyła pióro i kałamarz w bezpieczne miejsce, aby nie zachlapać sobie pergaminu, gdyby Laurel wpadła w swój gestykulacyjny nastrój.
— Fred i George? — zapytała.
— A kto inny?! — odparła poirytowana Krukonka, wyrzucając rękę w powietrze. — Rozumiesz, że George złapał mnie na środku korytarza, OZNAJMIAJĄC mi, tonem nieznoszącym sprzeciwu, że mam coś przekazać Fredowi?! GEORGE! MI!
W tym momencie zaszokowana Clara zamknęła książkę. Rzoejrzeła się szybko po bibliotece w której się znajdowały i wyszeptała:
— Serio? Co chciał, żebyś mu przekazała?
— Coś o tym, że nie podoba mu się ten pomysł i nie zmieni zdania. Oraz nie chce zawieść rodziców — odparła. — Co? — dodała, widząc, że przyjaciółka zamarła z otwartymi ustami. — Clar? Halo? — zamachała jej dłonią przed twarzą. Dziewczynka zamrugała parokrotnie oczami.
— Wybacz. Zamyśliłam się — powiedziała. — Przekazałaś mu to?
— Tak, choć od razu zaznaczyłam i jemu, i później Fredowi, że nie jestem ich sową, więc gdy Fred chciał przeze mnie przesłać odpowiedź, powiedziałam mu, że jak chce się tak bawić, to niech idzie do sowiarni i wyśle list.
— Kiedy to się stało? — zapytała Clara, marszcząc w zastanowieniu brwi.
— Przed eliksirami — odparła natychmiast dziewczynka, mrużąc oczy. — A co?
— Widzisz, miałam podobną stację... Tylko, że z Fredem i w odwrotnym słowach. On twierdził, że nie trzeba patrzeć na rodziców, i jakoś to rozwiążą, czy coś w tym stylu...
— ...a na pytanie co się dzieje, odparł ci, że nic, prawda? 
— Taaak... — odpowiedziała zamyślona dziewczynka, opierając łokieć na stole, podpierając sobie ręką głowę. Po jej minie widać było, że wyraźnie się nad czymś zastanawia. - Jak myślisz, o co chodzi?
— A ja wiem... — mruknęła Laurel, przyjmując podobną postawę, co jej przyjaciółka. — Są braćmi. Mogło pójść o wszystko. Choć przyznam, że trochę dziwnie się z tym czuję. Zazwyczaj to Fred i ja drzemy koty. Ewentualnie oni z Percy'm. Nigdy między sobą.
W tym momencie do biblioteki weszli obaj bliźniacy... z uśmiechami na twarzach. Kompletnie ignorując zdziwiony wzrok obu dziewczynek z charaktery statycznym dla siebie hukiem usiedli przy ich stoliku, o mały włos nie rozlewając otwartego kałamarza Clary.
— Co tam? — zapytał George, z uśmiechem przyklejonym na twarzy.
— Nic? — odparła niepewnie brunetka, zatykając sobie kałamarz, na wypadek gdyby chłopcy wstając nie zrobili takiego samego huku, zagrażającego bezpieczeństwu jej pracy. — W zasadzie właśnie o was rozmawiałyśmy.
— Naprawdę? — zapytał drugi z bliźniaków, unosząc brew. — Czemu?
— Daj spokój, Fred. Pewnie chciały nas zapytać jak to jest być tak wspaniałym...
— ...lub mądrym...
— ...lub jak być kłamcami i nie mówić swoim przyjaciółkom o tym, co się dzieje — prychnęła Laurel zakładając ręce na piersi. Obaj bliźniacy wymienili spojrzenia.
— Nie wiem, o czym mówisz, Lauruś — odparł Fred z kamienną twarzą. Na te słowa Clara teatralnie kichnęła.
— A ty co? Chora? — zapytał George, spoglądając na przyjaciółkę. Ta wzruszyła ramionami.
— Mam alergię na kłamstwo — odparła, patrząc na nich wyzywająco.
— Kiedy my mówimy najbardziej szczerą prawdę — stwierdził Fred, zakładając ręce na piersi, tym razem jednak bez napiętych ramion. Kichnięcie tym razem nastąpiło od strony Laurel.
— No patrz, Clar. Chyba ta twoja alergia mi się udzieliła — powiedziała. Dziewczynka bezradnie rozłożyła ręce. — Także, jeśli nie chcecie, żebyśmy umarły z tej alergii, to mówcie nam prawdę.
— Kiedy to prawda! — wykrzyknął poirytowany George. Obie dziewczynki równocześnie kichnęły. Chłopcy wywrócili oczami.
— Wiesz co, Freddie? Musimy stąd wyjść. Zaraz my zarazimy się alergią na przewrażliwienie i będziemy wmawiać innym coś, czego nie ma — powiedział Gryfon, wstając, a jego brat zrobił to samo.
— Masz rację. Pa, alergiczki! Do zobaczenia na kolacji! — i wyszli.
— Nie podoba mi się to... — mruknęła cicho Laurel, odprowadzając ich wzorkiem.
— Mi też nie - westchnęła Clara, wbijając wzrok w pergamin.

Martwiła się o nich. Nie podobało jej się to, że coś przed nimi ukrywają. To było nie fair. Ona zawsze o wszystkim im mówiła... No, może i nie o wszystkim, nadal nie wiedzieli co wydarzyło się u Laurel w wakacje... Choć w sumie oni też zdawali się o tym zapomnieć, bo do tematu nigdy nie wrócili. Kto może ich winić, przecież sytuacja zdarzyła się na początku roku, a Laurel nie zachowywała się tak, jakby faktycznie działo się u niej coś złego. Nie wzdrygała się, gdy jej rodzinna sowa przylatywała z paczką. Czasami tylko twarz jej lekko tężała, gdy czytała jakąś krótka notkę od rodziców, ale nie na tyle, aby dało się to zauważyć.
Uniosła wzrok. Z zaskoczeniem odkryła, że podczas swojego rozmyślania ponownie zagłębiła się w las, tylko tym razem nie była to polana. Nie był to też jakiś szczególny gąszcz. Drzewa stały rzadziej. Poprzez ich korony dało się dotrzeć poszarzałe, ciemne niebo, jednak nic poza tym. Dziewczynka nadal nie mogła dojrzeć chociażby prześwitu zamku, co wydawało jej się dość dziwne.
Szkołę zawsze było dobrze widać. Bądź co bądź została wybudowana na klifie i.. No cóż... Nie dało jej się nie zauważyć z powodu jej rozmiarów. Z okien wieży Ravenclawu zawsze była w stanie zobaczyć Zakazany Las w jego pełnej krasie, to dlaczego gdy sytuacja jest odwrotna nie widzi znajomych kształtów budynku?
Zamarła, czując jak panika ponownie przebija się do jej umysłu. Potrząsnęła głową. Nie. Musi się uspokoić. Jak sama stąd nie wyjdzie, to ktoś ją znajdzie. Fred i George maja Mapę. Zajmie im to chwilkę, ale wpadną na to, aby na niej jej poszukać. A jeśli nie oni to wymyślą, to zrobi to Laurel. Nie ma żadnych powodów do paniki. Najlepiej będzie jak usiądzie w jednym miejscu i na nich poczeka... Oby to zrobili przed burzą. Nie miała najmniejszej ochoty moknąć i, nie daj Boże, przeziębić się,
Już miała usiąść na jakimś bezpańskim kamieniu, kiedy usłyszała przeciągliwy pisk, dobiegający spod niej. Natychmiast odwróciła się, spoglądając w dół. Na szarym kawałku skały dostrzegła jakieś małe stworzenie, rozmiarów kreta. Ukucnęła ostrożnie, zaskoczona zauważając, że był to niuchacz. Nauczona doświadczeniem najpierw schowała swój naszyjnik pod szatę, a potem delikatnie trąciła zwierzę.
Stworzenie natychmiast obróciło się  na plecy. Wzrok czarnych, paciorkowatych oczu utkwiło w dziewczynce. Natychmiast założyło ręce na brzuszku, jakby chcąc ochronić swój dobytek. Na ten widok Clara uśmiechnęła się.
— Nie martw się. Nie zamierzam ci niczego zabrać — powiedziała spokojnie.
Na dźwięk jej głosu niuchacz lekko przekrzywił główkę, starając się chyba coś przypomnieć. Jego rączka powędrowała w głąb kieszonki, wyciągając z niej... wsuwkę Clary. Zdziwiona dziewczynka uniosła brwi.
— To ty mnie prawie okradłeś! — wykrzyknęła zdziwiona. — Serio, czy w tym lesie nie ma innych niuchaczy? — dodała po chwili na głos.
— Są. Tylko mało które są tak przyjacielskie — usłyszała tuż za sobą czyjś głos. Przestraszona odwróciła się. natychmiast wyciągając różdżkę i celując nią w nieznajomego, którym okazał się być... centaur. — Nie ma potrzeby do wyciągania różdżki, młoda czarownico — powiedział spokojnym tonem, ale coś w jego szarych oczach sprawiło, że dziewczynka natychmiast pożałowała takiego zachowania.
— Przepraszam... — wymamrotała. — Proszę, nie bierz tego do siebie, Las jest trochę... Przerażającym miejscem.
— A jednak znów to jesteś — odparł, spoglądając na nią nieco karcącym wzorkiem.
Dopiero po tych słowach Clara postanowiła mu się przyjrzeć uważniej.
Jego końska część ciała była siwa, tak samo jak długie włosy i broda. Przypominał jej trochę profesora Dumbledore'a, tylko, że centaur nie miał niebieskich oczu i z cała pewnością nie nosił okularów. Nie biła tez od niego ta ciepła aura, jaka zazwyczaj otaczała dyrektora Hogwartu. Coś w jej mózgu kliknęło i uświadomiła sobie z kim rozmawia.
O ile dobrze pamiętała był to Helios. Kiedy w zeszłym roku zgubiła się z Laurel i bliźniakami w lesie pomógł im wyjść. Zastanowiła się czy warto byłoby go poprosić o pomoc.
— Zwierzęta cię lubią — powiedział niespodziewanie centaur.
— Na to wygląda — pozwiedzała cichutko dziewczynka. — Nie mam pojęcia dlaczego tak jest... Ale z tym niuchaczem spotkałam się już wcześniej. Spotkałam też parę elfów ostatnio. No i jeszcze te testrale... — mruknęła. — Przepraszam — dodała szybko, widząc jak wzrok Heliosa tężeje. - Nie mam pojęcia dlaczego panu to mówię.
— Ja również nie — odparł spokojnie. — Ale to niezwykły dar nie marnuj go. Jednym czarodziejem w pełni sprzyjającym zwierzętom i szanującym nas, centaury, był Scamander. Tylko, że on nie widział testrali To zły znak.
— Dlaczego? Czytałam o tym wcześniej, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. Testarle widzi ten, kto zobaczył czyjąś śmierć, a ja nie jestem w stanie sobie przy...
— Nie jestem tym, kto zna odpowiedzi na twoje pytania, młoda czarownico. Być może powinnaś pytać tych, których znasz lepiej — odparł. Clara z całej siły powstrzymała się od prychnięcia.
— Pewnie tak zrobię, ale najpierw muszę się stad wydostać — odparła, starając się, aby jej głos nie brzmiał sarkastycznie. Od profesor Goldberg wiedziała, że centaury są bardzo dumnymi stworzeniami i bardzo łatwo je urazić. Dlatego, skoro chciała aby Helios ją wyprowadzić musiała się zachowywać.
— Być może byłbym w stanie ci pomóc — odparł spokojnie centaur, wyłapując niemą prośbę dwunastolatki. — Jednak musisz mi coś obiecać.
— Oczywiście. O co chodzi?
Zwierzę położyło palec na ustach i wskazał dziewczynce palcem coś, znajdującego się obok niej. Podążyła wzorkiem w tym kierunku, zauważając parę kocich, żółtych oczu wyłaniających się zza krzaka. Wraz za nimi przód podążyły  srebrzyste wąsy, cętkowany tułów, łapy aż w końcu tuż przed nią siedział dość sporej wielkości kot, przypominający persa. Machał zawzięcie ogonem zakończonym pędzelkiem, przypominającym Clarze lwi.
Po tym szczególe domyśliła się, ze nie miała do czynienia ze zwykłym kotmem, tylko kugucharem, o którym opowiedziała im na jednej z lekcji profesor Goldberg. Zwierze świdrowało wzorkiem dziewczynkę. 
Ta bezwiednie ukucnęła, niepewnie wyciągając w jego kierunku rękę. Ten zerknął na niuchacza, jakby go o coś pytał. Ten jakby kiwnął głową. Dopiero wtedy kuguchar zdecydował się podejść do dziewczynki i trąci płaskim pyskiem o jej rękę. Następnie kilkakrotnie trącił jej kolana spiczastymi uszami, przypominające rysie i głośno miauknął. Dziewczynka zerknęła niepewnie na centaura, a ten spokojnie kiwnął głową.
Już miała za nim iść, gdy powstrzymała ją ciężka dłoń Heliosa na jej ramieniu.
— Spełniłem swoją część obietnicy. Teraz twoja kolej. Przekaż swojej blondwłosej koleżance, aby pamiętała słowa centaurów sprzed roku. Droga, którą podąża, może się skończyć tragicznie — i jak gdyby nic odwrócił się na wszystkich czterech kopytach i pogalopował w las, zostawiając skonfundowaną Clarę. Kuguchar ponownie zamiauczał, zmuszając dziewczynkę do wyrwania się z szoku. Podążyła więc niepewnie za nim.
Przez całą drogę z Lasu dziewczynka zastanawiała się co znowu chodzi? Laurel cały czas skrywała to, co powiedziały jej centaury rok temu, a teraz TO? Skąd w ogóle te zwierzęta maja taką wiedzę? Nie. Nie miała na to dziś siły. Nie teraz. 
Gdyby ktoś później kazał opisać jej drogę, którą wróciła, nie potrafiłaby tego zrobić. Odpowiedziałaby tylko, że szła przez gęstwinę drzew i krzewów. Cała droga nie miała żadnych punktów charakterystycznych, których mogłaby się uczepić, ewentualnie odtwarzając w pamięci drogę. Dość aby powiedzieć, że po kilku chwilach stała na skraju lasu, widząc przed sobą znajome mury Hogwartu, a kilka metrów przed nią dostrzegła Patricka. Westchnęła i mentalnie przygotowując się na reprymendę z jego strony podeszła w jego stronę.
***
JESTEM! ŻYJĘ! LEDWO, ALE JEDNAK! Nie wiem, kiedy następny rozdział, mam nadzieję, ze w tracie majówki coś napisze, ech... W każdym razie dedyk dla Magdy!! ^^
Sonia

piątek, 31 marca 2017

12. Mecz

Znalezione obrazy dla zapytania quidditch
Pierwszy listopadowy deszcz zaczął uderzać o szyby okien Hogwartu. Leniwe krople spływały w dół szkła, pozostawiając za sobą płynny ślad, który po chwili znikał pod napływem kolejnej. I tak w kółko. Zimny wiatr łomotał o szyby, próbując usilnie wedrzeć się do środka pomieszczenia i stłumić ciepło, bijące od kominka na dolnym piętrze.
Clara westchnęła, podpierając głowę ręką, z całych sił starając się skupić na słowach kapitana. Siedziała wraz z resztą drużyny na półpiętrze pokoju wspólnego Ravenclawu, słuchając, a przynajmniej udając, że słucha, omawianej przez Harrisona taktyki.
Następnego dnia miał się odbyć jej pierwszy mecz. No, może sama nie będzie grała, ale świadomość, że będzie obserwowała mecz z ławki rezerwowych w aktualnym stroju ścigającej był dla niej naprawdę ekscytujący. Oczywiście znała zasady, że nie można było zmienić zawodnika podczas meczu, ale... Zawsze mogła mieć nadzieję.
Mimo to nie mogła być pewna, czy w przypadku kontuzji, która mogła się przedłużyć do następnego meczu, wystawiliby właśnie ją. W rezerwie zawsze pozostawał Davies. Dziewczynka musiała przyznać, że miał on talent i był dobrym strategiem. Na pewno nie tak dobrym jak Harrison czy Wood, ale, jak to mówił starszy Krukon, nieco praktyki i się wyrobi. Poza tym, o ile podczas selekcji zachował się wobec niej... no... delikatnie mówiąc nie fair, teraz zaczęło się to lekko zmieniać. Mimo, że nadal pysznił się podczas treningów i wręcz domagał się pochwał, powoli zaczynał pokornieć. Harrison wiedział gdzie uderzyć, żeby go zamknąć. Zazwyczaj wytykał mu jakieś pomniejsze błędy, gdy chłopiec rozgadywał się za bardzo.
Gdy podzieliła się tym spostrzeżeniem z Patrickiem, ten tylko pokręcił głową z dezaprobatą i powiedział:
— Nie ufaj mu tak szybko. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, Clar — i poszedł, zostawiając skonfundowaną Clarę przy stoliku.
Nadal nie rozumiała o co mu chodziło. Przecież ani razu nie przyznała, że mu ufa. Po prostu podzieliła się spostrzeżeniem i to nie tylko swoim. Większa część drużyny również zaczynała się do niego przekonywać, mimo uprzedzeń z pierwszych treningów. Pewnie w razie czego pewnie by go wspierali gdyby kapitan wystawił właśnie jego do następnego meczu.
Oczywiście, to nie było tak, że Clara była w jakiś sposób nielubiana. Wręcz przeciwnie, starała się być miła dla każdego, nawet dla Daviesa. Szczególnie zaczęła się dogadywać z pierwiastkiem damskim, w którego skład wchodziła druga ścigająca. Reszta drużyny była praktycznie zdominowana przez chłopców, jednak i z nimi dziewczynka jako tako się dogadywała.
— No dobrze, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli — doszedł do niej w końcu głos Harrisona. — Idźcie spać. Rezerwowi niech pamiętają, że mają być w gotowości, nawet jeśli jutro nie zagrają — dodał, spoglądając na Clarę i Daviesa. — Dobranoc.
— Dobranoc — odparli, wstając od stołu.
Dziewczynka z cichym westchnięciem odsunęła krzesło i wstała, kierując się w stronę dormitoriów. Musiała sama przed sobą przyznać, że czuła się z lekka słabo. Tego samego dnia miała dość wymagający sprawdzian z transmutacji i jakieś zadanie z eliksirów. Naprawdę chciała już iść spać. Tylko, że...
— Pond? Możemy pogadać?
Zgrzytnęła zębami. Ostatnim czego chciała, było użeranie się teraz z Daviesem. Jednak mimo to odwróciła się.
— Słucham? — zapytała i zakładając ręce na piersi, oparła się o ścianę. — O czym chcesz porozmawiać?
— Czy ja cię kiedykolwiek przeprosiłem za to... no wiesz... — zaczął, opuszczając wzrok w dół. Clara zaszokowana uniosła brwi. — Za to na selekcji?
— Nie. Kontynuuj — odparła zimno, przegarniając włosy i skupiając swój wzrok na chłopaku.
Szczerze mówiąc była to ostatnia rzecz, jakiej się po nim spodziewała. Davies przepraszający ją? Za coś, co wydarzyło się nieco ponad miesiąc wcześniej? Nieprawdopodobne...
Mogłoby się wydawać, że Krukon jeszcze bardziej się zmieszał.
— No więc...
— Nie zaczyna się zdania od "więc"... — natychmiast przerwała mu z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Spiorunował ją wzrokiem.
— Naprawdę nie zamierzasz mi tego ułatwiać, co? — zapytał niby spokojnie, ale gdzieś w jego głosie zabrzmiał twarda nuta. Wzruszyła ramionami.
— To twoje przeprosiny. Twoja wina. I tak, nie zamierzam,
— No dobrze, niech ci będzie. Przepraszam. Moje zachowanie było... no... nieodpowiednie? — powiedział niepewnie, akcentując ostatnie słowo jak pytanie.
— Ty mnie pytasz, czy wiesz?
— Było nieodpowiednie — powtórzył już pewniej. — Przez moje gwiazdorzenie trafiłem do rezerwy... Tak samo jak ty. Oboje się marnujemy i to z mojej winy. I za to przepraszam — powiedział unosząc na nią wzrok.
Clara zamrugała. Śni. Na pewno. To się nie dzieje na prawdę. Roger Davies nikogo nie przeprasza. Nigdy. Mowy nie ma. Musiała teraz leżeć przy stoliku zawodników quidditcha i spać, gdy Harrison próbuje coś wytłumaczyć. To na pewno to. Ale jeśli śni, czemu akurat o Daviesie? Nie, nie, na to musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie...
Po chwili dotarło do niej, ze jednak to nie jest sen. Dwunastolatek stał przed nią z miną zbitego psa i czekał na wyrok. Wybaczyć mu czy nie? Westchnęła. W sumie, co jej szkodzi?
— Wybaczam — mruknęła, rozkrzyżowując ręce.
— Serio? Dzięki! — wykrzyknął uradowany. Dziewczynka niemal się uśmiechnęła, ale nawet pozostawała czujna. — Więc... widzimy się jutro rano, tak?
— Tak. Dobranoc — odparła odwracając się i idąc na górę.
— Dobranoc.
Gdy dotarła w końcu do swojego dormitorium jej współlokatorek jeszcze nie było. Szybko ogarnęła wieczorną toaletę i rzuciła się na łóżko. Zamknęła oczy, ale zamiast śnić myślała o sytuacji sprzed chwili.
W ogóle czemu ją przeprosił? Dlaczego tuż przed meczem? Czy na coś liczył? Na co? Od niej niczego nie mógł mieć. Jeśli komuś miałby się podlizywać to tylko Harrisonowi... Przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową. Nie wiedziała co o tym myśleć. Może te przeprosiny były faktycznie szczere? W każdym bądź razie wyglądały na takie. Co jeśli faktycznie było mu przykro... No to dlaczego dopiero teraz ją przeprosił?...
Nie ufaj mu tak szybko, zabrzmiał jej w głowie nieoczekiwanie głos Patricka. Ale przecież mu nie ufa. Tylko zaakceptowała jego przeprosiny. To jeszcze nie jest znak, że mu ufa. W sumie w tym momencie wątpiła czy w ogóle kiedykolwiek będzie w stanie. Ale... Może danie mu szansy nie skończy się tragedią?
***
— Clar...
— Nie.
— Nie kłóć się ze mną. Spadniesz z miotły jak nie będziesz jadła — powiedział spokojnie, acz stanowczo Patrick. Dziewczynka jęknęła.
— Wcale nie — mruknęła, nie patrząc nawet na jedzenie. Siedząca obok prefekta Fiona westchnęła.
— Clar, naprawdę. Bo zaraz pójdę do Eda i mu powiem, żeby w ogóle cię odwołał z ławki rezerwowych — powiedziała. Gdy brunetka dalej nie reagowała, szesnastolatka ostentacyjnie odsunęła od siebie głośno krzesło, wstając.
— O Jezu no... Już jem... — odparła naburmuszona Clara, chwytając za widelec i biorąc do ust kawałek parówki. — Widzisz? — dodała, przeżuwając. Fiona przewróciła oczami, ale usta zadrgały jej w lekkim uśmiechu. Usiadła.
— W ogóle nie rozumiem czym się tak denerwujesz — dodała. — Przecież będziesz tylko siedziała na ławce. Nikt cię po tym nie będzie oceniać.
Westchnęła ukrywając twarz w dłoniach. Patrick zerknął na nią krytycznie.
— Wiesz, że przesadzasz? — zapytał, unosząc brew.
— Wiem — jęknęła. — Ale no... jednak... To głupie...
— Nie jest głupie, jeśli ci to sprawia przykrość. O co chodzi? — odparł i pochylił się, skupiając cała swoją uwagę na dziewczynce. Ta jęknęła.
— To znaczy... No wiesz... — zaczęła, nerwowo przegarniając włosy. — Trochę mi przykro, że jestem w rezerwie... Choć z drugiej strony się cieszę, że jestem w ogóle w drużynie... Ale też jeśli komuś coś się dziś stanie, nawet jeśli nikomu tego nie życzę, to nie jest potwierdzone, że to ja na pewno zostanę wyznaczona do następnego składu. No bo... Jest jeszcze Davies...
— ...który ostatnio mizdrzy się do Eddiego jak Derrik do Lindsey — wtrąciła siedząca naprzeciw niej Laurel, która przysłuchiwała się tej rozmowie już od jakiegoś czasu. Nie zamierzała się wcześniej wtrącać, bo narzekań Clary słuchała niemal od chwili wstania z łóżka. Zerknęła w stronę kapitana drużyny, który wydawał się być pogrążony w myślach. Nad nim, jakby na potwierdzenie jej słów stali kolejno wszyscy wymienieni przez nią Krukoni.
— Jemu też jest ciężko. Uwierz mi, on o was dba. Szczególne o ciebie - dodała Fiona, podążając za wzrokiem blondynki. — I o Daviesa. Naprawdę nieźle to przeżywa, gdy ktoś z drużyny ulega kontuzji. Pewnie dlatego jesteście oboje w rezerwie. Jetseście młodsi i martwi się o was. Wie co robi.
Dziewczynka dość niemrawo pokiwała głową. Widząc to szesnastolatka przytuliła ją mocno do siebie, dając jej czas na wzięcie się w garść. Po dłuższej chwili Clara wzięła głęboki wdech i odsunęła się od Fiony.
— Dzięki — mruknęła, uśmiechając się. Dziewczyna odwzajemniła gest.
— Nie ma za co. I nie myśl już o tym — powiedziała, nachylając się i całując ją w czoło. — A teraz już jedz, bo nie będziesz miała siły nawet na krzyk z ławki.

Dwadzieścia minut później siedziała już w szatni Krukonów, słuchając ostatnich słów Harrisona do drużyny. Tym razem, inaczej niż poprzedniego dnia, naprawdę starała się skupić na tym, co mówi. Było dość trudne, biorąc pod uwagę, że wykład trwał już pięć minut. na szczęście chyba chylił się już ku końcowi.
— No dobrze... Anna, pamiętaj o tłuczkach, bo jak zapomnisz  o tym, że latają, to kaplica... Duncan lataj za nią, a tłuczki, to wiesz... W Puchonów, ale delikatnie, bo to nie Ślizgoni, na nich zostaw sobie siłę potem... Rezerwowi bądźcie czujni. Nigdy nic nie wiadomo, obserwujcie uważnie przeciwnika... Potem was zapytam co dokładnie widzieliście, może zauważycie w ich taktyce coś, czego ja nie dostrzegłem. No dobrze. To chyba, wszystko, miotły w dłoń — zakończył swój wywód chłopak i biorąc do ręki swój pojazd wstał. Reszta drużyny, prócz rezerwowych poszła w jego ślady.
— A! I jeszcze jedno — dodał, odwracając się do Krukonów. — Uważajcie na siebie. I mówię także do rezerwowych, bo nawet jeśli trybuny na czas meczu są zaklęte, to ławki rezerwowych już nie bardzo. Tłuczki latają wszędzie i jeśli któreś z was znajdzie się w skrzydle szpitalnym...
— Eddie, wiemy — wtrąciła natychmiast Anna, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Powtarzasz nam to non stop. Nic nikomu się nie stanie. Tym bardziej Pond i Daviesowi. Na ziemi są bezpieczni.
— Dokładnie. Nic nam się nie stanie — powtórzyła po koleżance Clara, kiwając głowa tak mocno, sprawiając wrażenie jakby zaraz miała jej spaść z szyi. Na ten widok Harrison uśmiechnął się słabo.
— No dobrze - odparł, biorąc głęboki oddech. — Niech wam będzie.
I odwrócił się w kierunku wyjścia. Anna zerknęła jeszcze na młodszą dziewczynkę, puszczając w jej kierunku oko. Poprzez ściany budynku usłyszeli głos Jordana:
— Witam wszystkich na meczu Krukoni kontra Puchoni! Nasze drużyny powinny już wyjść na boisko, ale guzdrzą się niemiłosiernie... Ktoś tu chyba chce ominąć przedpołudniowe lekcje! Czyżby sprawdzian?
— JORDAN! — ostry głos profesor McGonagall przebił się przez cienkie ściany szatni nawet bez megafonu. Cała drużyna lekko zachichotała.
— No dobra! Idziemy, bo widocznie nawet Gryfoni nie są w stanie na nas zaczekać — powiedział kapitan, popychając drzwi. Clara i Roger wymienili spojrzenia, niepewnie wstając.
Kiedy wyszli z budynku, pierwszym co uderzyło dziewczynkę był wszechogarniający hałas. Na trybunach zebrała się chyba cała szkoła. Po raz pierwszy od początku tego dnia, Clara poczuła prawdziwą radość, że jest rezerwową. Była prawie w stu procentach pewna, że prędzej by zemdlała niż wyszła na środek boiska z tak stoickim spokojem, jak robił to właśnie Harrison.
Poza tym nie na każdym meczu dojrzy Cedrika, który uśmiechnie się ciepło do niej, nieświadomie sprawiając, że jej nogi nagle stają się miękkie. Czasami za swoich przeciwników będzie miała Ślizgonów i nie była pewna, czy dałaby radę chociaż unieść na nich wzrok.
W takich chwilach podziwiała Harrisona. Nie miała pojęcia jak on dawał sobie psychicznie radę z tym wszystkim. Dbał o drużynę niemal jak o rodzinę. Przejmował się każdym z nich i do każdego miał indywidualne podejście. Czuł się odpowiedzialny za nich wszystkich, nawet jeśli parę osób było starszych od niego. Ba, nawet pozwolił Clarze i Daviesowi założyć szkolne szaty do gry, mimo że prawdopodobnie nie zagrają w tym meczu! Poza tym reprezentował swój dom w rozgrywkach. I do tego wszystkiego znajdował czas dla swojej dziewczyny i utrzymywał krukoński dobry poziom jeśli chodzi o naukę. Dziewczynka naprawdę zastanawiała się jakim cudem on do tej pory się nie załamał. Psychikę to on musiał mieć niezłą, aby wytrzymać z tyloma obowiązkami naraz.
Z rozmyślań wyrwał ją dopiero dotyk ręki Daviesa na jej ramieniu, kierujący ją w stronę ławek dla rezerwowych. Na nieszczęście Clary znajdowała się ona nie pod trybunami Ravenclawu, ale Slytherinu. Z niepokojem w oczach zerknęła w górę, patrząc gdzie dokładnie może siedzieć Ayers. Jednak, ku swojemu zaskoczeniu, nawet jej nie zauważyła. Nerwowo przełknęła ślinę, odwróciła się i skupiła wzrok na swojej drużynie, która właśnie wzbiła się w niebo. W uszach zabrzmiał jej pierwszy komentarz Lee:
— Iii wystartowali! Kafel od razu w rękach Krukonów... Geddes już pikuje w dół, wymijając zręcznie Yoxall... Uważaj, to tłuczek!...
Clara i Davies wstrzymali oddech, bezradnie patrząc, jak w kierunku Anny z zawrotną prędkością leci piłka, kiedy nagle niewiadomo skąd, tuż przed nią pojawił się Duncan, zręcznie odbijając tłuczek w kierunku jednego z Puchonów. Oboje przybili piątkę i dziewczyna poleciała dalej.
Obaj rezerwowi wypuścili z ulgą oddech, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, że je wstrzymywali. Lee z kolei piał z zachwyty:
— Brawo Duncan! Widać, że Harrison dba o drużynę i ich na wszystko przygotowuje i... GOL DLA RAVENCLAWU!
— Yay!! — wykrzyknęła uszczęśliwiona Clara, klaszcząc w ręce.
Dalej gra przebiegała dość spokojnie. Jedna i druga drużyna nie odniosła jakichś ogromnych start. Tak naprawdę obie szli łeb w łeb, bo każda ze stron miała w sobie coś specjalnego, czego nie posiadała ta druga. I tak na przykład podczas gdy Krukoni byli w stanie taktycznie podejść Puchonów, tak oni potrafili się  z zaskakującą agresją odwdzięczyć tłuczkiem, lecz ani razu tak, aby komuś stała się krzywda. Poza tym Duncan i Nielson dawali z siebie wszystko, aby uchronić współzawodników przed ewentualnymi kontuzjami. Chociaż...
W pewnym momencie, gdy Jones już miał przerzucić kafel przez bramkę żaden z nich nie był na tyle blisko, aby uchronić go przed ewentualnym ciosem w brzuch. Właściwie nikt z graczy nie zdołałby podleć. Nikt prócz... Harrisona, który wykorzystując swoją pozycję i stosunkowo szybką miotłę zepchnął kolegę z toru drogi piłki, niestety samemu jej nie unikając.
Pomimo hałasu jaki panował wokół nich huk uderzenia o bok kapitana był tak wyraźny, że dźwięczał Clarze w uszach jeszcze dwie minuty po zdarzeniu. Cała szkoła wydała z siebie zduszony okrzyk, przyglądając się jak chłopak przechylił się w bok, ledwo utrzymując się na miotle. Davies wstrzymał oddech, a Clara wydała z siebie stłumiony okrzyk. Nieświadomie złapali się za ręce tak bardzo, że aż palce im posiniały. Nawet Lee zabrakło głosu.
Richard, gdy minął mu pierwszy szok, natychmiast złapał kapitana pod ramię jedną ręką. Coś krzyknął, ale drugoklasiści mogli się tylko domyślić, że zawołał resztę drużyny, która natychmiast podleciała, pomagając mu doholować Harrisona na ziemię. Anna uniosła rękę w kierunku pani Hooch, dając znak, że domagają się czasu. Nauczycielka ze zrozumieniem pokiwała głową, całą swoją uwagę skupiając tym samym na pałkarzu Hufflepuffu, który z przerażeniem w oczach patrzył na drużynę Krukonów.
Clara i Davies natychmiast podbiegli w kierunku zawodników, tak samo jak przerażona Lindsey, która wzięła się dosłownie znikąd. Pierwszy raz  w życiu dziewczynka ucieszyła się, że jest tak niska, bo to dało jej  możliwość przeciśnięcia się pomiędzy znajomymi. Szybciej od Daviesa dotarła do Harrisona, który półleżał, wsparty na Richardzie i Duncanie.
— Tak, wszystko dobrze, tak... Merlinie, Linds, przestań piszczeć, nie umieram... Anna spokojnie, naprawdę, aż tak źle nie jest, nie dostałem przecież w głowę... — jęczał nienaturalnie słabym głosem. Clara aż zadrżała. To było tak niepodobne do kapitana mówiącego do nich jeszcze pół godziny temu. Twarz miał bladą i krzywił się za każdym razem, gdy podnosił się, aby poprawić swoją pozycję. — Clara, uśmiechnij się, nie zamierzam umrzeć — dodał, widząc przerażoną minę dziewczynki. — Linds, lepiej zajmij się nią bo nam tu szybciej zemdleje, niż ja — zwrócił się do swojej dziewczyny. Ta spojrzała na niego niepewnie, ale podeszła do młodszej dziewczynki, niezgrabnie ją obejmując. — Dobrze. Wiecie, że nie mamy prawa wystawić zawodnika rezerwowego za mnie, dlatego musicie sobie radzić beze mnie, aż Nick nie złapie znicza... A nawet jeśli przegramy to przegramy z honorem.
— Ale... — zaczęła cicho Anna, lecz Eddie uciszył ją machnięciem dłoni.
— Nie ma żadnego "ale", Anno. Albo to, albo przegramy walkowerem, a tego na pewno żadne z nas nie chce, prawda? Zacznie się rzutem karnym, wiec wykorzystajcie swoją pozycję, bo jak na razie prowadzimy... Spróbujcie potem z manewrem Porskowej, wiem, że jesteście na tyle zsynchronizowani, że powinniście dać radę... Nick, skup się na piłce, nie pozwól aby Diggory złapał ją pierwszy... I... — dalsze słowa zagłuszył ostry gwizdek pani Hooch. — Okay, to wszystko, drużyno. Uważajcie na siebie, nie dajcie się tak złapać jak ja...
— To była wina Jonesa, nie twoja — warknęła cicho Lindsey, Harrison wywrócił oczami, a wspomniany chłopak skulił się w sobie.
— Wina jest pałkarza Hufflepuffu lub zasad tej gry jak już chcesz szukać winnego, ale dobra. Nie kłóćmy się. Przynajmniej nie teraz. Wracajcie na niebo. Roger, Linds pomóżcie mi dotrzeć do pani Pomfrey, proszę. Nie wiem czy dam rade dojść tam o własnych siłach...
Cała drużyna niechętnie przerzuciła nogi przez miotły i wzbiła się w powietrze. Richard otrzymał od pani Hooch kafla i ustawił się w pozycji do rzutu karnego. Tymczasem Eddie bardzo wolno wywlókł się z boiska, wsparty na swojej dziewczynie i Daviesie.
Clara niepewnie usiadła na ławce, ukrywając twarz w dłoniach. Właśnie o tym mówiła Cedrikowi i dokładnie tego obawiała się Laurel. Takie sytuacje jak ta może i nie zdarzały się często, ale jednak były! I akurat ten głupi tłuczek trafił w Harrisona! HARRISONA NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! A on był doświadczony chyba najbardziej, no, nie licząc Nicka! W tym momencie zrozumiała czemu Patrick miał wcześniej obiekcje za każdym razem, gdy szła na trening... Co by się stało, gdyby to w nią trafił tłuczek? Co zrobiłaby reszta?
— Och, patrzcie! Czy to nie ta chodząca porażka? — usłyszała tuż za sobą znajomy syk.
Oderwała ręce od twarzy, napotykając zimne, zielone oczy Ayers. Poczuła jak jej własne natychmiast zwężają się w szparki.
— Czego chcesz? — warknęła. Ślizgonka uśmiechnęła się złośliwe.
— Och, niczego. Czego bym mogła chcieć od takiej szlamy jak ty?
— Mów tak dalej, a dostaniesz szlaban — odparła dziewczynka, dumnie podnosząc głowę. Ayers zaśmiała się zimno.
— A co? Twój prefekt mi go dowali? Błagam cię! Nie boję się go! — odparła blondynka, śmiejąc się tak zimno, że Clara aż zadrżała. Merlinie, czemu właśnie teraz musiała tu przyleźć?!
— To nazwij mnie tak przy nim! Albo przy profesor Goldberg! Zobaczymy jak będziesz śpiewać! — wykrzyknęła. Pozwoliła sobie nawet na tryumfujący uśmiech widząc, że dwunastolatce przez chwilę zbrakło słów.
— Jestem ciekawa jak profesor Goldberg by zareagowała na przekupstwo — odparła. Clara kilkakrotnie zamrugała oczami, nie rozumiejąc.
— Słucham? — zapytała słabym głosem. Widząc jej zdumienie Ślizgonka wyszczerzyła nieprzyjemnie zęby.
— No chyba nie myślisz, że Harrison wziąłby do drużyny taką porażkę jak ty? Twój prefekt musiał się nieźle ugadać, abyś była nawet w rezerwie! Ciekawi mi tylko czy w ruch poszły galeony czy...
— Przestań! — zapiszczała Clara, zasłaniając sobie uszy rękoma.
— Ktoś ci przecież musiał powiedzieć — zanuciła dziewczynka, chichocząc złośliwie. Brunetka zaczęła kręcić głową.
— To nieprawda!
— Szczera prawda. Moja znajoma sama to widziała i...
Clara nie wytrzymała. Odepchnęła mocno Ayers i wybiegła z boiska czując jak łzy powoli zaczynają wypływać jej z oczu.
***
Jestem! Żyję! nadal pisze, tylko mało! Włąsnie. Dwa ogłoszenia "parafialne".
1) Z uwagi nażycie prywatne muszę spowolnić trochę z pędem wstawiania rozdziałów. Myślę, ze raz na dwa tygodnie brzmi sprawiedliwe. Powinnam znaleźć sobie wystarczająco dużo czasu, aby dopisywać jakoś po 500 słów... Mam nadzieje, że nie będziecie rozpaczać za bardzo :P
2) Powstała zakładka "Pytania". na czym polega? Pytania o fabułę lub postaci lub pytania DO postaci. Może kiedyś przemienię to na  blog na tumblerze ale na razie wolę na bloggerze XD 
Dedyk dla Idy, która dzielnie się domaga rozdziałów <3
Sonia

piątek, 10 marca 2017

11. Nocne mary

http://www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_172/hp_i_wa_1_t2.jpg
Następne tygodnie upłynęły Clarze w ciągłym zmęczeniu. Już same prace domowe były dla niej wyzwaniem. Nauczyciele zaczęli ich zadawać o wiele więcej niż w zeszłym roku, a tematy robiły się coraz trudniejsze. Sprawy nie poprawiał fakt, że po dostaniu się do drużyny miała oczywiście treningi. I to co najmniej dwa lub trzy razy w tygodniu, co dodatkowo ją dobijało. Naprawdę dziwiła się jakim cudem Cedrik wyrabiał się z ocenami w zeszłym roku. Bliźniakami się nie przejmowała bo wiedziała, jaki mają stosunek do nauki. Zazwyczaj olewali zupełnie eseje pisząc je na dzień przed oddaniem i jakimś cudem dostawali oceny dostateczne. Oczywiście Clary, jako dumnej Krukonki, taka ocena nie satysfakcjonowała. Już wolała harować po nocach i niemal przysypiać w dzień niż spaść z oceną poniżej bardzo dobrej.
Tak się również stało wieczór przed Nocą Duchów. Dziewczynka, opierając głowę na jednej ręce, drugą zawzięcie pisała ostatni esej jaki jej pozostał, mimo, że profesor Flitwick poprosił ich, aby oddali go dopiero w drugim tygodniu listopada. Czuła, że jej powieki stawały się coraz cięższe, ale uparcie dążyła dalej. Pokój Wspólny wokół niej pustoszał coraz bardziej, aż w końcu towarzyszył jej tylko trzask ognia w kominku i szum deszczu za oknem. Nawet najwytrwalsi Krukoni poszli spać. Ona nie. W końcu zostało jej tylko parę cali, dlaczego miałaby skończyć?
Kiedy po dziesięciu kolejnych minutach wzięła do ręki taśmę mierniczą i zmierzyła swój esej odkryła, że właściwie nieco się rozpędziła. Praca miała o kilka cali za dużo, ale wiedziała, że nauczyciel zaklęć prędzej to doceni niż ukaże. Zmęczona zaczęła powoli zwijać pergamin i zakręcać kałamarz. Kiedy w końcu schowała swoje szkolne przybory do torby, jęknęła na myśl, że będzie się musiała jeszcze wspinać po schodkach na górę.
Wtedy jej wzrok padł na kapnę, stojącą naprzeciwko kominka. Może ten jeden raz... W końcu co się stanie, jeśli położy się tutaj? Będzie jej ciepło, w końcu w kominku zawsze buchał ogień. Nie potrzebuje koca, aby się okryć, poza tym... Była bardzo, bardzo zmęczona.
Wolno podeszła więc do kanapy i położyła się na niej, zamykając oczy. Przez chwilę słyszała tylko cichy szum deszczu. Delikatna łuna ognia dochodząca z  kominka przed nią nieco mogłaby jej przeszkadzać w szybkim zaśnięciu, ale natychmiast odwróciła się od niej plecami, pozwalając, aby ogrzewała jej tył. Ona sama zaś odpłynęła w objęcia Morfeusza po kilku następnych minutach.
Obudził ją jakiś dziwny dźwięk. Jęknęła, zasłaniając uszy, usiłując odciąć się od źródła hałasu, ale na próżno. Tajemniczy hałas nie zamierzał ustać, a nawet zaczął się nasilać. Wreszcie dziewczynka, z jękiem, podniosła się. Ku jej zaskoczeniu na podłogę spadł ciemnoniebieski koc. Wzruszyła ramionami, sądząc, że może jakiś uczeń zobaczył ją i zlitował się na tyle, żeby przykryć ją tym. Bardzo powoli wstała.
Z westchnięciem zauważyła, że nadal jest noc ale, o dziwo, przestało padać. Jednak dźwięk raczej nie zamierzał iść w jego ślady. Rozespana dziewczynka próbowała znaleźć jego źródło. Po dłuższej chwili, gdy obszukała cały pokój, zorientowała się, że dochodzi on zza okien. Zaciekawiona podeszła do jednego z nich, wyglądając. Z jej gardła wydarł się zduszony okrzyk, gdy tuż przed sobą zobaczyła trzy sowy. Dwie z nich podtrzymywały tą trzecią i stukały dziobami o szybę. W tej środkowej Clara z przerażeniem rozpoznała swoją Morganę. Natychmiast otworzyła okno, wpuszczają do środka ptaki i zimne, październikowe powietrze. Zadrżała i odcięła jego dopływ, odwracając się w stronę sów, które z cichym pacnięciem opadły na kanapę.
Przestraszona dziewczynka podeszła do swojej, uważnie jej się przyglądając. Uszatka wyglądała fatalnie. Brakowało jej kilka piór u skrzydeł i ogona. Była potargana i umorusana. Dwa pozostałe ptaki przyglądały się Clarze, jakby z wyrzutem, że nic jeszcze nie robi. W odpowiedzi brunetka pobiegła szybko do swojego dormitorium.
Przeklinając w duchu fakt, że nie ma przy sobie latarki, zaczęła po ciemku szukać ulubionego pokarmu Morgany, wody i czegoś czym mogłaby przemyć jej rany. Narobiła tym tyle hałasu, wciąż potykając się i potrącając jakieś pomniejsze przedmioty, że z łóżka obok usłyszała rozespany głos Laurel:
— Clar? Co ty robisz? — mruknęła zaspanym głosem, przewracając sie na bok, spoglądając na zegarek stojący na szafce. — Jest jakaś... trzecia nad ranem, idź spać czy coś, błagam... Pobudzisz resztę...
— Nie mogę — jęknęła przyjaciółka, nerwowo przegarniając włosy. —- Coś się stało Morganie, muszę jej pomóc!
Te słowa natychmiast otrzeźwiły Laurel. Zza kotary wyjrzała jej blondwłosa głowa. w jednej chwili wyskoczyła z łóżka aby w następnej znaleźć się obok Clary, z pośpiechem narzucając na siebie szlafrok.
— Co się stało? — zapytała, automatycznie pomagając jej szukać. Brunetka westchnęła z rozpaczą.
— Nie wiem! Wleciały do pokoju wspólnego dwie inne sowy, które ją niosły!
— Ciii, obudzisz resztę... — skarciła ją, ale zaraz potem głos jej złagodniał. — Spokojnie, na pewno nie jest to nic, z czego ona by nie wyszła — pocieszała, dość szybko znajdując potrzebne rzeczy. — Chodź — dodała, zbiegając po schodkach w dół. Clara pognała za nią.
— Auu... Faktycznie, nie wygląda zbyt dobrze — mruknęła Laurel, widząc Morganę. — Clar, wydaje mi się, że my tu nie pomożemy. Może ten gajowy, Hagrid... On raczej da radę...
— O tej porze mamy do niego iść? Nie wydaje ci się, że jest trochę... No... Za późno na takie wycieczki? — zapytała Clara, nie ukrywając szoku. Laurel przewróciła oczami.
— A kiedy zamierzasz pójść? — rzuciła zdenerwowana. — Błagam cię, Morgana potrzebuje pomocy! Poza tym, jeśli boisz się, że nas przyłapią, to przypominam ci, że teraz jest nasz tydzień noszenia Mapy, więc jakby coś, to zdążymy się ukryć!
— No... Dobrze, chyba masz rację — powiedziała w końcu Clara, biorąc sowę na ręce. Te dwie, które jej towarzyszyły nagle gdzieś znikły. Laurel wyjęła z kieszeni szlafroka Mapę i różdżkę. Zastukała nią w pergamin i zerknęła na niego, mówiąc:
— Pat i Fia maja dziś patrol. A bliźniacy jak zwykle nie w łóżkach...
— Biedny Percy — mruknęła cicho Clara, idąc w stronę wyjścia z pokoju. Laurel wzruszyła ramionami.
— Idziemy po nich? W końcu znają drogę do Hagrida na pamięć i w ogóle...
— Mamy Mapę — przypomniała jej przytomnie dziewczynka, unosząc sceptycznie brew.
— Fakt, ale... — blondynka wzięła głęboki oddech, sprawiając wrażenie, że stara się poukładać zdania w głowie. - Jakby co  o zawsze będzie można zrzucić winę na nich... I nie mów, ze ci o tym mówiłam, ale po prostu czasem jest bezpieczniej z nimi — wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.
— Jak tam uważasz... — mruknęła cicho Clara, starając iść jak najciszej, bo właśnie zeszły z wieży, trafiając na Wielkie Schody.
Dziewczynce każdy krok wydawał się być tak głośny, że odbijał się echem po całym pomieszczeniu. Ciche pohukiwania Morgany również jej nie pomagały w paranoicznym przerażeniu, że zaraz ona i Laurel zostaną przyłapane na szwendaniu się po zamku po ciszy nocnej.
W pewnym momencie przyjaciółka skręciła w jeden z korytarzy. Po przeciwnej stronie akurat stali bliźniacy. Byli odwróceni do nich plecami. Szeptali coś między sobą, widocznie majstrując przy jednej ze zbroi. Laurel odwróciła się w stronę Clary i mrugnęła do niej. Głośno odchrząknęła i powiedziała specjalnie podwyższonym głosem:
— A co to? Dwójka uczniów, którzy powinni być w łóżkach? Pokazać twarze, ale już!
Obaj chłopcy przerażeni podskoczyli. Odwrócili się bardzo, bardzo powoli, chowając coś za plecami. Dopiero gdy w blasku zaklęcia rozpoznali Laurel i Clarę miny im się nieco poprawiły.
— Galopujące gargulce! Ale nas przestraszyłyście! — wykrzyknął Fred, udając, że ociera pot z czoła.
— Taki był zamiar. Co robicie? — zapytała Krukonka, starając się zajrzeć chłopcom za plecy.
— Możemy wam zadać to samo pytanie... Czemu chodzicie o tak później porze po zamku? — zapytał George, wyraźnie się odprężając, lecz nie pozwalając przyjaciółce sprawdzić ich rąk.
— Daj spokój Georgie, jestem pewien, że zostały po prostu za długo w bibliotece i teraz próbują nas jakoś umoralnić... — rzucił Fred, szczerząc zęby.
— No nie wiem, Freddie... Nawet one nie zostają w bibliotece do trzeciej w nocy...
— Prawda, ale...
— ...ale one nadal tu stoją i mają do tego naprawdę dobry powód — fuknęła Laurel, zakładając ręce na piersi. — Coś się stało Morganie. Hagrid musi ją zobaczyć.
— To dlaczego nie użyjecie po prostu Mapy? — zapytał Fred. Dziewczynka wzruszyła ramionami wywróciła oczami spoglądając na przyjaciółkę.
— Zaprowadźcie nas tam po prostu. Proszę — powiedziała cicho Clara, patrząc prosząco na jednego i drugiego. Ci spojrzeli na siebie.
— No dobrze... — powiedział w końcu Fred. brunetka już otwierała usta, aby im podziękować, kiedy chłopak uniósł palec w górę.  — ...ale dajesz nam Mapę.
— Mowy nie ma! — wykrzyknęła Laurel, przyciskając ją do siebie. Jednak widząc błagający wzrok Clary westchnęła ciężko i powiedziała: — Dostaniecie ją jutro. Okay?
— Niech ci będzie... — mruknął George, wzruszając ramionami. — Idziemy.
Parę stresujących chwil później byli już na błoniach. Na dworze było przeraźliwe zimno. Żadne z nich nie miało szalika, ani w ogóle niczego w miarę ogrzewającego na sobie. Najgorzej miała Laurel, która prócz cienkiej piżamy i szlafroka właściwie była najbardziej wystawiona na chłód. Mimo wszystko trzymała się dzielnie.
— Spokojnie, jestem pewien, że Hagrid jeszcze nam zrobi kubełek herbatki — próbował ją pocieszyć Fred.
— Chy-chyba k-kubek — wyszczękała dziewczynka, pocierając sobie ramiona.
— Nie. Kubełek. Kubkiem to żadne z nas się nie rozgrzeje - mruknął George, przytupując nieco, aby poczuć jakiekolwiek ciepło. — Daleko jeszcze?
— Ty mi powiedz — jęknęła Clara, której od ciągłego trzymania Morgany drętwiały już dłonie. — To w końcu wy mieliście prowadzić...
— Kurczę, wiedziałem, że coś za gęsto stoją te drzewa... — mruknął Fred, rozglądając się niepewnie po Lesie. — A już tak dobrze nam szło...
— CO?! Chyba kpisz! — wykrzyknęła zdenerwowana Laurel. — Przecież...
— Ty miałaś prowadzić! Masz Mapę! — rzucił kpiąco Fred. Dziewczynka aż  poczerwieniała ze złości.
— Jasne, rzuć wszystko na...
W tym momencie usłyszeli jakiś głuchy huk, jakby coś z mocnym impetem uderzyło w drzewo. Cała czwórka z krzykiem podskoczyła. Przez chwilę panowała upiorna cisza. Po chwili huk się powtórzył i dołączył  do niego tętent kopyt. Nagle znikąd doszedł ich męski krzyk.
— Kto to był? — pisnęła histerycznie Clara,
— Nie wiem... — mruknął cicho Fred. — Nie wiem czy chcę...
— Możemy się dowiedzieć —przerwał mu George, wyjmując z roztrzęsionych rąk  Laurel Mapę. Dziewczynka była tak przerażona, że nawet na to nie zareagowała. Po chwili upiornej ciszy chłopak wydał z siebie zduszony okrzyk.
Spojrzał na resztę i powiedział cicho:
— Nie wiem, czy chcecie to wiedzieć...
— Mów — powiedziała cichutko Clara, kierując swój przerażony wzrok na niego. George przełknął głośno ślinę, zaciskając mocno palce na Mapie.
— To Patrick — wyszeptał tak cicho, ze ledwo dało się go usłyszeć. Clara, przerażona, zaczęła kręcić w niedowarzeniu głową.
— Nie... — wyszeptała, unosząc wzrok na Gryfona. — Nie! — krzyknęła, biegnąc w stronę, z której usłyszała głos. Wtem usłyszała kolejny krzyk.
— PATRICK! — wrzasnęła, starając się odsunąć od siebie wszystkie krzaki i gałęzie na jakie wpadała. Czuła jak uporczywe łzy zaczynają napływać jej do oczu, ale nie zważała na to. — PATRICK!!
Nagle las wokół niej zaczynał znikać. Drzewa, krzewy, nawet niebo osuwały się w nicość. W końcu nie zostało nic. Tylko czarna przestrzeń, przez którą nic nie mogło się przebić. Mimo to dziewczynka nadal biegła, krzycząc imię swojego przyjaciela. W uszach brzmiał jej tylko głuchy tętent kopyt...

— Patrick! — wykrzyknęła, otwierając szeroko oczy.
Będąc nadal pod wpływem snu zaczęła się rozglądać, początkowo nie rozpoznając pokoju w którym się znajdowała. Wszystko wydawało jej się być dziwne i zupełne nieznajome. Pod wpływem adrenaliny wciąż szumiącej jej w uszach zaczęła coraz szybciej oddychać. Łzy ponownie napłynęły jej do oczu. Gdy poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu niemal wrzasnęła.
— Hej... Hej, spokojnie, to tylko ja... — usłyszała znajomy głos.
Z lekka uspokojona, że w końcu coś poznaje uniosła głowę. Tuż przed sobą zobaczyła zmartwione twarze Patricka i Fiony, którzy przypatrywali jej się w napięciu.
Na widok chłopaka Clara zupełnie się rozkleiła. Łzy, które do tej pory stara się powstrzymywać, zaczęły wypływać jej z oczu niepohamowanymi strumieniami. Wyciągnęła przed siebie ręce w niemej prośbie o przytulenie. Chłopak natychmiast zareagował, przyciągając dziewczynkę do siebie.
— No już... to był tylko sen, tak? — mówił cicho głaszcząc ją po głowie. Jednak Clara na to prawie wcale nie reagowała. Za każdym razem, gdy wydawało się, że już się uspokoiła kolejny szloch wstrząsał jej ciałem, powodując następną serię płaczu. Wtulała się więc tylko w przyjaciela, desperacko próbując nad sobą zapanować.
— Oddychaj... Spokojnie, nic nikomu się nie stało — usłyszała gdzieś obok głos Fiony. — Wdech... wydech... wdech...
Dziewczynka zaczęła wykonywać te polecanie, bardzo, bardzo powoli się uspokajając. Po dłuższej chwili Odsunęła się lekko od Patricka patrząc na niego i Fionę. Zaczęła już otwierać usta, żeby im opowiedzieć co się stało, ale chłopak odezwał się pierwszy.
— Nie. Nie mów mi, bo jeszcze bardziej się przestraszysz. A wtedy nie zaśniesz.
— J-ja nie wiem cz-czy w ogóle już zasnę — powiedziała słabym, drżącym głosem Clara. Obaj prefekci spojrzeli na siebie.
— Zaśniesz, zaśniesz — odparła spokojnie Fiona, przysuwając się bliżej niej. — Połóż mi głowę na kolanach.
Dziewczynka wykonała polecenie, kładąc się na piętnastolatce.
— Zamknij oczy i spróbuj zasnąć — dodała dziewczyna, a po chwili zaczęła cicho śpiewać: — Hush, little baby, don't say a word. Mama's gonna buy you a mockingbird...
Clara po raz pierwszy w życiu słyszała jak piętnastolatka śpiewa. Musiała przyznać, że miała do tego talent. Głos miała czysty i bardzo przyjemny dla ucha. Nic więc dziwnego, że mimo wcześniejszego strachu powoli zaczynała zasypiać. Ponadto czuła jak ktoś delikatnie głaszcze ją po włosach, co dodatkowo ją usypiało. Powoli wszystko zaczęło jej się zacierać. Nawet słowa kołysanki nie brzmiały już tak wyraźnie jak jeszcze minutę temu. Jednak zanim zasnęła poczuła jak ktoś delikatnie całuje ją w czoło i mówi:
— Dobranoc.
***
Nie było mnie ponad trzy tygodnie.... Bark weny, brak czasu, brak życia, brak wszystkiego. Przepraszam. Ponadto oficjalnie ogłaszam nieco dłuższą przerwę, abym mogła się poskładać do kupy.Myślę, że w kwietniu już powinnam wrócić, może nawet nieco wcześniej, a jak na razie...
Dedyk dla tych, co jeszcze czytają <3
Sonia

piątek, 17 lutego 2017

10. Chwila prawdy

Podobny obraz
Następnego dnia Clara bardzo powoli jadła śniadanie. Właściwie nawet go nie spożywała. Dłubała w jedzeniu, rozmyślając nad wszystkimi najczarniejszymi scenariuszami tego dnia. Widelec bezwiednie rysował na jej puree jakieś wzorki, nie nabierając na siebie ani kapki jedzenia.
— Clar... Jedz — prosiła ją Laurel, z rozpaczą obserwując, jak przyjaciółka nieprzytomnym wzrokiem przygląda się swojemu talerzowi. — Clar no... Ja wiem, stresujesz się, ale nie to nie znaczy, że możesz nie jeść... Spadniesz z miotły jak nie będziesz jadła...
— No właśnie — jęknęła dziewczynka, chowając głowę w ramionach. — Spadnę z tej miotły, zabije się, nie przyjmą mnie...
— Jak nie będziesz jadła — odparła Laurel. — Clara błagam cię no... O! Pat! — zawołała,  zauważając przyjaciela. Zaczęła machać w kierunku prefekta jak oszalała. Chłopak uniósł brew, podchodząc w ich kierunku.
— O co chodzi, Lori? — zapytał, siadając naprzeciwko drugoklasistek. Dziewczynka palcem wskazała na Clarę, która nawet nie podniosła głowy. Irlandczyk westchnął.
— Clar. Jedz — powiedział spokojnie, aczkolwiek stanowczo. W odpowiedzi tamta pokręciła przecząco głową. — Naprawdę. Jedz. Bo inaczej znajdę sposób abyś zaczęła.
Uniosła głowę łypiąc na niego spode łba. Patrick westchnął, przecierając oczy pod okularami.
— Clar, miałem naprawdę ciężką noc. I nie, Lori — dodał, widząc, że dziewczynka już otwiera usta. — Tym razem to nie bliźniacy tylko Irytek. I pani Pince. I jakieś zagubione pierwszaki. Fia miała rację, ci tegoroczni to jakieś zło wcielone... W każdym razie... Z szacunku do mnie jedz. Nie każ mi się męczyć — powiedział.
Clara westchnęła, ale ponownie wzięła widelec do ręki, tym razem już zaczynając jeść. Mimo to nadal patrzyła na Patricka nienawistnym wzorkiem. Chłopak uśmiechnął się słabo.
— Bardzo ładnie. Grzeczna dziewczynka — powiedział ziewając i jedną ręką czochrając jej włosy, drugą nalewając sobie do kubka kawy. Przewróciła oczami.
— Dzięki, Pat — mruknęła cicho Laurel. Chłopak uniósł rękę z kciukiem uniesionym w górę.
— Ojj, czyżby jedno z twoich dzieci wpadło w kłopoty, Adair? — usłyszeli za sobą męski głos. Chłopak ponownie westchnął.
— Forrester. Z łaski swojej. Zamknij się, co? — odparł, nawet nie patrząc na szesnastolatka. Laurel i Clara podniosły wzrok. Nad prefektem stał Derrik Forrester, chłopak z klasy Patricka i jego nieprzyjaciel.
— Czemu? Co takiego się stało Clarusi? I Fii? Jakoś jej nie widzę... — zapytał, teatralnie rozglądając się po Wielkiej Sali.
— Z tego co wiem, to Fiona śpi — odparł chłopak, poprawiając włosy. — Dość ciężka noc.
— Ooo, jak mi przykro — powiedział Forrester z udawanym współczuciem. — A co się stało twojej siostrzyczce? — dopytywał, chcąc pogłaskać Clarę po włosach, ale ta w porę się odsunęła, przywierając do Laurel.
— Skoro sama ci nie chce powiedzieć, to tym bardziej tego nie zrobię. Wysil szare komórki, Forrester. Może się domyślisz — powiedział Patrick, upijając łyk kawy. — O! Poczta!
W tym momencie do Wielkiej Sali wleciało tysiące sów. Ptaki zawisły przez chwilę pod sufitem, sprawiając, że nie było widać ani skrawka zaczarowanego nieba, tylko szaro-biało-brązową masę. Pohukiwania wypełniły jadalnię. Żółte oczy sów zaczęły uważnie przypatrywać się stołom, poszukując adresatów swoich listów i paczek. Po kilku sekundach pojedyncze sowy zaczęły odcinać się od swojej chmary, pikując w stronę odbiorców. 
W kierunku stołu Raveclawu podleciała znaczna większość sów. Dwie z nich ruszyły w stronę Patricka i Clary. W jednej dziewczynka rozpoznała Morganę. Jednak ta druga definitywnie nie była Zeusem. Zamiast sowy śnieżnej przed chłopakiem wylądowała uszatka. Irlandczyk jak gdyby nigdy nic, sięgnął do kieszeni, odliczył pięć knutów i wrzucił je do woreczka, który był przywiązany na nóżce ptaka. Ten upuścił przed nim gazetę i z gracją odleciał. Laurel spojrzała mu przez ramię.
— Prorok Codzienny? Serio? przecież... — zapytała zdegustowana. 
— ...to najbardziej nierzetelna gazeta w świecie magicznym, tylko "Żongler" pisze większe głupoty? — zapytał chłopak, uśmiechając się. — Tak, wiem. Ale przy okazji jest bardzo opiniotwórcza, a język wroga trzeba znać. Nie, Clar, ty to masz zjeść, nie Morgana...
Dziewczynka westchnęła. Pogłaskała swoją sowę po łebku, otwierając list od rodziców, który jej przyniosła.
Kochanie!
W ostatnim liście wspominałaś nam, że w sobotę masz te swoje testy na quiddticha, tak? Oboje z Tatą mamy nadzieję, że Cię przyjmą. Wierzymy w Ciebie bardzo, bardzo mocno. Mimo to, nie stresuj się, jeśli Ci nie wyjdzie (Tata trochę narzeka, ze w końcu ćwiczyłaś te grę przez całe lato, ale nie słuchaj go). napisz nam od razu po wynikach czy Cię przyjęli czy nie, dobrze, skarbie?
Ściskamy Cię mocno!
Mama i Tata
— Aaa! Czyli siostrzyczka Adaira chce grać w reprezentacji domu? — wykrzyknął Forrester. Clara natychmiast przycisnęła list do siebie, ale było już za późno.
— Powiedziałem użyj szarych komórek, a nie przeczytaj cudzy list, Forrester — mruknął Patrick sponad gazety. — Masz problemy ze słuchem?
— Mogłaś powiedzieć wcześniej. Mój przyjaciel jest kapitanem — powiedział chłopak, kompletnie ignorując słowa prefekta. — Gdybyś była dla mnie milsza, może bym powiedział parę miłych słów o tobie, a tak... Czego się śmiejesz, Adair?
— Prze... przepraszam — wykrztusił Patrick pomiędzy salwami śmiechu. Przez dłuższy czas nie był w stanie się uspokoić. Za każdym razem gdy wydawało się, że już skończył, na nowo się śmiał. W końcu, po dłuższej chwili udało mu się opanować. —  Ale, o ile mnie pamięć nie myli, to kapitanem jest Eddie Harrison.
— Tak? — odparł chłopak, zakładając ręce na piersi. — A co?
— Nie chodzi on może z Lindsey? Wiesz, z Lindsey Stark? — dopytywał Patrick składając gazetę przed sobą. Uszy Forrestera poczerwieniały.
— Możliwe, a co?
— Wiesz, to ja na twoim miejscu nie nazywał Eddiego przyjacielem... W końcu pół roku temu wyzwał cię na pojedynek bo przystawiałeś się do Lindsey... Chyba, że ja mam coś z pamięcią co, Forrester? — zapytał, szczerząc w jego kierunku zęby.
Clara i Laurel, rozbawione, wymieniły spojrzenia. Blondyn z kolei zacisnął pięści, zgrzytając zębami. Jednak gdy się odezwał, głos miał wyjątkowo spokojny.
— Nie wiem o czym mówisz, Adair.
— Och, naprawdę? — zapytał Patrick, unosząc sceptycznie brew. Wychylił się za szóstoklasistę, szukając kogoś wzorkiem. — O, zobacz! Akurat idzie Lindsey z Fioną! — po czym krzyknął przez cały stół: — Hej! Lindsey! Pozwól na chwilę!
Zawołana dziewczyna, nieco zaskoczona zerknęła na prefekta. Mimo to podeszła, wraz z Fią, do nich. Jej mina nieco zmarkotniała, gdy spostrzegła Forrestera, co nie umknęło uwadze bruneta. Uśmiechnął się ciepło dziewczyny, pytając:
— Widzisz, nasz przyjaciel Forrester, ma małe kłopoty z pamięcią. Możesz mu, proszę , przypomnieć do kogo się przystawiał w zeszłym roku i jak to się skończyło?
Lindsey uśmiechnęła się kpiąco, patrząc na blondyna. Przegarnęła swoje długie, rude włosy i powiedziała:
— Oczywiście, że Forrester, Adair. Przy kim innym Eddiemu by puściły nerwy?
— Dzięki, Lindsey — odparł Patrick z uśmiechem, poprawiając włosy. Lindsey odwzajemniła gest i poszła w stronę dość wysokiego, rudoblond chłopaka. — No patrz, Forrester, kłamstwo nie popłaca. Przykro mi niezmiernie. Naprawdę — dodał, patrząc na blondyna. O dziwo ten nie stracił humoru. Oparł się na moment o brzeg stołu, uśmiechając się kpiąco.
— Mi też. W końcu ty masz ten sam problem — odparł odszedł w stronę wyjścia.
Fiona, której wzrok w trakcie tej rozmowy przechodził od Patricka do Forrestera, postanowiła w końcu usiąść. Nakładając sobie na talerz jedzenie zapytała:
— O co mu znowu chodziło, Pat? Masz jakiś problem z dziewczyną?
Clara i Laurel z całej siły powstrzymywały się, aby nie zrobić cichego "uuuu". Prefekt by je zabił, gdyby to zrobiły, a one chciały jeszcze żyć. No, może Clara w tym dniu akurat nieco mniej.
— Nie, skąd ten pomysł? — zapytał chłopak, zdejmując okulary i sprawdzając, czy są czyste. Znajdując jakąś mikroskopijną plamkę wyjął chusteczkę i zaczął uważnie przecierać szkła, starając się unikać worku przyjaciółki. Ta westchnęła.
— Jak to nie? Wyraźnie do tego się odnosił! Kim ona jest? Znam ją?
— Ojejku, Clar! To już ta godzina? Spóźnisz się! — wykrzyknęła Laurel, gwałtownie wstając. — Zobacz, Harrison już się podnosi! Lepiej się pośpieszmy! Ced już chyba na ciebie czeka!
— Och, faktycznie! Masz rację! — odparła Clara, również wstając. Biorąc pod uwagę, że Patrick nie zareagował na wzmiankę o Cedriku, musiało być z nim naprawdę źle. — Pa, Fia! Pa, Pat! — powiedziała, przechodząc przez ławkę, kierując się w stronę wyjścia, gdzie faktycznie już czekał na nie Puchon. Nawet Fred i George się podnieśli.
— Powodzenia, Clar! — odparła Fiona, uśmiechając się. W tym momencie prefekt jakby się odetkał.
— Czekaj, jak to z Cedrikiem? — zapytał. — Clara!
— Pa, Pat! — powtórzyła, podbiegając do chłopaków. Złapała szybko Ceda za rękę i wykrzyknęła ze śmiechem: — Szybko! Zanim Pat się zorientuje co się dzieje!
***
Pięć minut później stała wraz z Laurel na boisku od quiddticha, kurczowo zaciskając palce na miotle. Jak się okazało na jednym z jej treningów z Cedrikiem, pojazd faktycznie należał do niego. Jak próbował jej wytłumaczyć, stwierdził, że skoro on ma dwie w pełni sprawne miotły to może je komuś oddać. Nie chciał dać jej szkole, bo nie wiadomo co by się później z nią stało. A tak miotła trafiła do osoby, której ufał.
— Myśl o tym jak o talizmanie. Na szczęście — powiedział raz podczas pewnego, szczególnie wyczerpującego, treningu.
Teraz, gdy już stała przy boisku, obserwując jak wokół niej zebrało się już około trzydziestu uczniów w różnym wieku, zaciskała palce na miotle, myśląc tylko o tych słowach. Ced nie może być teraz obok niej. Bliźniacy też nie. Laurel może tylko patrzeć i obgryzać paznokcie ze zdenerwowania za nią, co właśnie robiła. Westchnęła. "Po prostu rób to, co na treningach. Dasz sobie radę" pomyślała. Zamknęła oczy, biorąc kilka głębokich wdechów, aby się uspokoić. Wtem poczuła klepnięcie w ramię i czyjś głos:
— Co ty tu robisz, Pond?
Zaskoczona odwróciła się. W ciemnowłosym chłopcu stojącym za nią rozpoznała Rogera Davies'a z jej roku. Przewróciła oczami.
— Przeszkadzam ci, Davies? — zapytała. Ten uniósł sceptycznie brew.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.
— Tak samo ty na moje.
— Ja je zadałem pierwszy!
Przewróciła oczami.
— Czy to nie jest oczywiste? — zapytała. — Jestem na boisku quidditcha w otoczeniu ponad trzydziestu osób. Trzymam miotłę w reku. Na pewno przyszłam zamiatać, prawda, Davies?
— Dobra. Spokojnie. Masz rację — wymamrotał chłopak, tracąc nagle rezon. — Na jakiej pozycji chcesz grać?
— Ścigającej — odparła, już niemal szeptem, widząc jak na boisko wchodzi Eddie Harrison, już nie w szatach Hogwartu, ale w błękitnym stroju quidditcha. Davies coś odpowiedział, ale przeciągły dźwięk gwizdka zagłuszył jego słowa.
— Co? — zapytała cicho Clara.
— Ja też. Powodzenia — odparł półgębkiem chłopak.
— Powodzenia — odparła równie cicho. Harrison w tym czasie przyłożył sobie różdżkę do gardła, wymamrotał jakieś zaklęcie i powiedział:
— Dobrze! Wszyscy, którzy chcą wziąć udział w selekcji do drużyny, niech staną po prawej stronie boiska! Jeśli nie macie mioteł, obok leżą szkolne!
To było dobre posunięcie. Z ponad trzydziestu osób zostało gdzieś około dwudziestu. Clara uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że szczęścia w grze chciały też spróbować pierwszaki. Wzrokiem wyłapała dziewczynkę o azjatyckich rysach twarzy. O ile sobie przypominała nazywała się Cho Chang.
— Teraz niech każdy dosiądzie miotły i obleci boisko tak szybko, jak pozwala mu na to miotła! — usłyszała głos Harrisona.
Clara jako jedna z pierwszych lekko odepchnęła się od ziemi. Czując wiatr we włosach poczuła się cudownie. Miotła Cedrika nie mogła się równać z tymi szkolnymi. Wysunęła się na prowadzenie, mając jednak świadomość, że tuż za nią czai się Davies. Szczerze mówiąc nie znała go zbyt dobrze, także nie wiedziała do czego jest zdolny. Nie sądziła jednak, żeby był jakoś szczególnie zawistny, a już na pewno potrafił grać fair play... prawda?
Z uśmiechem dostrzegła, że jako jedna z pierwszych zakończyła swoje okrążenie. Kila osób nie dało rady. Prawie wszystkie pierwszaki odpadły. Tylko Cho Chang z determinacją wymalowaną na twarzy dotarła do końca.
— Dobrze! Ci, którym nie wyszło, dziękuję za chęci, ale musicie opuścić boisko! Ewentualnie siedźcie na trybunach! — rozległ się głos kapitana. Smętnie pięć osób przeszło an trybuny. — Okay! Skoro tak, niech na boisku zostaną ci, którzy ubiegają się o pozycję obrońcy i ścigających!
Tłumik przerzedził się i na murawie zostało około dwanaście osób. "Nie jest źle", pomyślała Clara, nerwowo przegarniając włosy. Czyli stąd wyłoni się pewnie ze trzy osoby, bo sam Harrison grał na pozycji ściągającego... Chłopak zlustrował ich wzrokiem i zapytał:
— Kto zamierza grać jako obrońca? — pięć osób podniosło ręce. — Lećcie więc do pętli. Reszta niech dobierze sobie partnera.
— Jesteś? — usłyszała obok Davies. Lekko westchnęła. On się pewnie nie odczepi, ale no... W końcu jego jako tako znała. Reszta była jej zupełnie obca, także chyba nie miała wyboru.
— Dobra — mruknęła.
Po kilku minutach każdy miał swoją parę, a Harrison wspaniałomyślnie zadecydował, że pomoże chłopakowi, który został sam. Zadanie było proste: trzeba było podawać sobie kafla w taki sposób, aby dolecieć do jednej z pętli, unikając zabrania piłki przez przeciwną parę i trafienia tłuczkiem. Na koniec trzeba było ograć bramkarza i strzelić gola.
Pierwsi mieli być Clara z Davisem naprzeciw Harrisona i nieznanego im chłopaka. Kapitan przy okazji ponownie przyłożył sobie różdżkę do gardła, wyraźnie mrucząc jakieś antyzaklęcie, bo gdy ćwiczenie się zaczęło, jego głosu już nie było słychać na całym boisku.
Na początku szło im całkiem nieźle. Clara zawsze wylatywała o kilka stóp przed swojego partnera, zręcznie łapiąc kafel. W pewnym momencie udało jej się nawet ograć Harrisona, co chłopak przywitał z uśmiechem. jednak potem, nie wiedzieć czemu, jej parę chyba zaczęła faktycznie zżerać zawiść. Przestał jej podawać i zaczął grać sam. Clara była tym tak zaszokowana, że nieomal dostała tłuczkiem prosto w głowę. Kiedy drugi raz Harrison wyjął jej kafla z dłoni, niemal zupełnie się poddała. Zerknęła z rozpaczą na Laurel, której kciuki niemal posiniały od zaciskania na nich palców. Wpatrywała się w nią z taka nadzieją.... Aż Carze zrobiło się przykro. Wtem usłyszał gwizdek.
— W porządku. Następna para. Wy możecie odpocząć — powiedział spokojnie kapitan, zlatując w dół. Clara smętnie opadła, starając się nie patrzeć na Davies'a.
Natychmiast podbiegła do przyjaciółki, przytulając się do nie mocno. Ta lekko poklepała ją po plecach.
— Nie było źle — pocieszała ją. — Na początku dobrze sobie radziłaś!
— Na początku! — westchnęła dziewczynka, walcząc z łzami, cisnącymi się jej do oczu. — A potem?! Masakra!
— Nie no... To nie twoja wina! Davies zachowywał się jak Narcyz! — próbowała ją podnieść na duchu Laurel. — Przyjmie cię spokojnie... Harrisonowi chyba zaimponowałaś, może dobrze o tobie myśli...
Clara westchnęła, patrząc smutno na swoje dłonie. Ćwiczenia dla obrońców i ścigających trwały jeszcze pół godziny. Po tym swoją kolej mieli pałkarze a na końcu szukający. Wśród tych ubiegających się o te ostatnią pozycję byłą również Cho Chang. Dwunastolatka, która dopiero na szukających podniosła głowę. musiała przyznać, że znała się na rzeczy, ale brakowało jej zwinności, przez co mogło ją to przekreślić w oczach kapitana.
Po niemal półtorej godzinie ćwiczeń Harrison stanął na środku boiska, ponownie zaczarowując sobie głos.
— Dobrze! Dziękuję wszystkim, którzy przyszli na selekcję! Zacznę może od pałkarzy...
Clara mocno zacisnęła dłonie na rękach przyjaciółki. Ta syknęła, ale nie cofnęła się, wiedząc, że takie wsparcie jest dla niej bardzo ważne. Po wyłonieniu czterech pałkarzy, dwóch w stałym składzie i dwóch w rezerwie, przyszła kolej na szukającego, który trym razem był jeden. Bez zaskoczenia dziewczynki zauważyły, ze Cho Chang mocno posmutniała po drugiej stronie boiska, przytulając się do jakiejś swojej znajomej.
— Co do ścigających... Anna Geddes i Richard Jones... — dwunastolatka pociągnęła cicho nosem, czując jak cała ekscytacja nagle z niej ucieka. — A poza tym... Do rezerwy wchodzą Roger Davies i Clara Pond. Wszystkim wam gratuluję. Proszę, niech  ci w stałym składzie i rezerwujący zostaną, aby ustalić datę najbliższego treningu. I przysięgam, jeśli otrzymam wyjca od kogoś z niewybranych albo od waszych rodziców, będę zmuszony pójść do profesora Flitwicka lub pani Hooch, aby wyciągnęli konsekwencje!
— Nie jest źle! — wykrzyknęła zadowolona Laurel. — Rezerwa! To już coś! Od czegoś trzeba zacząć!
— Myślisz? — zapytała Clara. Miała trochę mieszane uczucia. 
Z jednej strony ją doceniono, ale z drugiej... To bolało. Bardzo mocno ubodło w jej ambicję. Nie mogła się wyzbyć przekonania, że gdyby była w parze z kimś innym może byłaby w stałym składzie.
— Myślę. I to samo powie ci Cedrik i bliźniacy. A teraz idź ustalać — powiedziała Laurel, popychając ją w stronę zejścia,
Ustalenie daty zabrało im naprawdę niewiele czasu. Przez większość spotkania dziewczynka była nieco nieobecna. Gdy wreszcie dobiegło końca dołączyła szybko do Laurel wraz z nią docierając do bliźniaków i Ceda, którzy stali niemal jak na szpilkach. Nie poczuła na sobie wzroku Harrisona, który przyglądał jej się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
— I co? — zapytał George. — Masz nieco nietęga minę, Arie...
— Rezerwa — wyjaśniła za nią Laurel.
— To naprawdę dobrze! — powiedział Fred. — Prawda, George?!
— Tak!
— Od czegoś trzeba zacząć, Clari — dorzucił Cedrik. Dziewczynka uśmiechnęła się słabo.
— Mówisz jak Laurel — odparła. Chłopak zaśmiał się.
— Bo ma rację. Sam grałam przez jakiś czas w rezerwie. To naprawdę spora szansa! Więc uśmiechnij się, będzie dobrze! — powiedział, obejmując ją ramieniem. To samo zrobił George po jej drugiej stronie. Zaśmiała się.
— Chyba faktycznie macie racje — powiedziała, ocierając ostatki łez z policzków, uśmiechając się.
***
Z jakiegoś powodu jest to jeden z moich bardziej lubianych rozdziałów, hm... Podejrzane. A wam? Jak się podobał? Dedyk dla Frozenki ^^
Sonia

piątek, 10 lutego 2017

9. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać

Znalezione obrazy dla zapytania biblioteka w hogwarcie
Następny tydzień minął Clarze dość męcząco. Nauki przybywało, zaczęły się pojawiać pierwsze sprawdziany i kartkówki. Dziewczynka uczyła się do nich najrzetelniej jak mogła, ale pogoda, która powoli zaczęła nawiedzać zamek, nie sprzyjała jej w tym. Nigdy nie potrafiła się uczyć w deszczu. Wiecznie przeszkadzał jej w skupieniu się na pracy. Sprawę pogarszało to, że jej dormitorium było na szczycie wieży, gdzie delikatny stukot kropli o szyby był najbardziej wyraźny.
Zazwyczaj lekko poddenerwowana szła do biblioteki, ale nie zawsze było to dobrym pomysłem. Atmosfera pomieszczenia często sprawiała, że czuła się dość sennie. Parę razy się zdarzyło, że niemal usnęła nad lekcjami. Sprawy jakoś nie polepszał fakt, ze codziennie w taką szarugę wychodziła z zamku, aby potrenować z Cedrikiem quiddticha.
Według chłopaka zaczynała robić znaczne postępy. Sama to czuła, chociażby przez fakt, że gdy raz bliźniacy stwierdzili, iż również chcą jej pomóc ograła ich. Obaj chłopcy jeszcze przez trzy dni utrzymywali, że dali jej wygrać, ale oczywiście nikt im nie wierzył. Czuła się gotowa na test selekcyjny a ten był coraz bliżej.
Westchnęła, próbując się skupić na wypracowaniu z eliksirów, który właśnie pisała. Wyjęła z torby miarkę, sprawdzając ile jeszcze jej zostało. Jęknęła, widząc, że do końca eseju brakowało jej tylko pięciu cali. Zrezygnowana uderzyła głową o stół, próbując się skupić na tym, co jeszcze mogłaby dopisać.
Po chwili wstała i podeszła w stronę półek. Przeszła na dział eliksirów, szukając jakiejkolwiek książki, która mogłaby jej pomóc. Sięgała właśnie po jedną  z nich, gdy jeden z woluminów upadł z hukiem za nią. Przestraszona podskoczyła, tym samym upuszczając książkę, którą sama wyjęła. Gdzieś za sobą usłyszała cichy śmiech.
— Halo? — zapytała, wychylając się zza półek. Jednak nikogo nie zobaczyła.
Nieco poddenerwowana zawróciła i kucnęła, aby podnieść obie książki. Swoją odłożyła na parapet. Chciała od razu zamknąć tę, która upadła, ale wtedy jej wzrok padł na tytuł rozdziału, na którym się otworzyła. Hatstall. Zaintrygowana wzięła obie książki i usiadła przy stoliku.
Tę o eliksirach położyła obok wypracowania a nadprogramową położyła na stole i zaczęła czytać:
"Hatstall - osoba, nad której przydziałem do domu w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart (str 220) Tiara Przydziału zastanawiała się dłużej niż pięć minut. Czarodziej (bądź czarownica) taki zdarza się raz na około pięćdziesiąt lat, czyli niezwykle rzadko. Niewiadomo, dlaczego tacy magowie sprawiają trud Tiarze. Z zasady hatstallowie to osoby o wybitnych zdolnościach magicznych. Większość z nich dokonała czegoś niezwykłego w bardzo młodym wieku lub cały świat czarodziejów zawdzięcza im coś wielkiego. Jednak, oczywiście, od tej zasady są wyjątki. Jedną z takich osób, określanych mianem hatstalla jest Peter Pettergiew (1960 - 1980), który został pośmiertnie odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy. Dla wielu mówi to samo za siebie. Pan Pettergiew otrzymał tę nagrodę za bohaterskie zachowanie w obliczu śmierci. Nie za żadne zasługi magiczne, tylko za zachowanie się jak bohater, pomagając (według Ministerstwa) spowolnić i ująć Syriusza Blacka, kryminalistę, najwierniejszego poplecznika Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Mimo oddania się sprawie pan Pettergiew nie wykazał się cechami typowego hatstalla..."
Clara urwała, marszcząc brwi. Kim jest Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać? Na historii raczej się tego nie dowie, w końcu utknęli na wczesnym średniowieczu i od ponad dwóch tygodni nie mogli z niego wyjść. A sądząc po dacie narodzin i śmierci tego Pettergiew, Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać musiał być dość współczesnym czarodziejem...
— Czego się uczysz, Arie? — usłyszała tuż przy swoim uchu głos George'a. Krzyknęła, odwracając się  w jego stronę.
Obok niego, naturalnie, stał Fred. Oboje byli przemoczeni do suchej nitki i potworni ubłoceni. Zdegustowana uniosła brew.
— Co wyście tacy brudni? — zapytała Chłopcy spojrzeli po sobie.
— Mieliśmy trening — przyznał Fred, siadając na krześle naprzeciw Clary. Dziewczynka zmarszczyła brwi.
— Jaki tre... — zaczęła, ale po chwili urwała, zasłaniając usta dłonią. — O mój Boże! Kompletnie zapomniałam! — wykrzyknęła cicho.
— Tak mi się coś wydawało, że brakuje nam twojego słodkiego głosiku, wspierającego nas do walki, czy coś — odparł George, siadając obok brata. — Nawet Lauruś przyszła a tego to się chyba nikt nie spodziewał...
— Strasznie was przepraszam! — pisnęła, nadal trzymając dłoń przy ustach. — Po prostu miałam nawał lekcji, pisałam wypracowanie dla Snape'a, a sami wiecie jaki on jest i... jak chcecie, to będę wam odrabiała prace domowe przez tydzień no i... —  z każdym koljenym słowem mówiła coraz szybciej, aż finalnie nie dało się nic zrozumieć z jej potoku tłumaczeń. Urwała dopiero gdy usłyszała cichy śmiech bliźniaków.
— W porządku. Ten jeden, jedyny raz się nie gniewamy — powiedział George, biorąc do ręki książkę, którą czytała Clara. — Ej... tego chyba nie ma w podstawie programowej...
— Jakbyś ją w ogóle znał, braciszku... — dociął mu Fred. Chłopak przewrócił oczami, kartkując tomisko. Dziewczynka westchnęła.
— Więc... Na jakiej pozycji będziecie grać? — zapytała, chcąc rozluźnić trochę atmosferę. Mogło jej się wydawać, ale bliźniacy wyglądali na nieco skłóconych, co już samo w sobie było niezwykłe.
— Pałkarzy — mruknął Fred, łypiąc spod oka na brata. Clara nerwowo odgarnęła włosy.
— Stało się coś, o czym powinnam wiedzieć? — zapytała, lustrując wzorkiem każdego z Wealseyów z osobna. Ci wzruszyli ramionami.
— Nie — odparli równocześnie. Uniosła sceptycznie brew.
— Na pewno? — dopytywała.
— O! Widzę, że czytałaś o hatsatllach! — wykrzyknął nieco zbyt uradowany George. — Długo ci zajęło odszukanie znaczenia tego słowa, co?
— Em... tak? — powiedziała, rzucając im obu spojrzenie pod tytułem "jeszcze sobie pozmawiamy", po czym dodała: — I natrafiłam na wątek, którego nie rozumiem. Może bylibyście tak mili i to wytłumaczyli?
— Który? — zapytał Fred, pochylając się nad książką i przebiegając wzrokiem przez tekst. — Nie widzę tu nic niezrozumiałego...
— Kim jest Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać? — zapytała, zabierając mu z rąk książkę i stukając palcem w odpowiednią frazę. Bliźniacy, zaskoczeni spojrzeli po sobie. George wymamrotał cicho słowo "mugolaczka", po czym zwrócił się do przyjaciółki:
— Nie jestem pewien, czy będziemy w stanie ci to dobrze wytłumaczyć, Arie...
— Dlaczego? Kim on był? — zapytała zaskoczona. Chłopcy ponownie spojrzeli na siebie. Fred wyciągnął Mapę i różdżkę z torby, stuknął w pergamin i mruknął:
— Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego...
Kiedy Mapa już się uaktywniła bracia spojrzeli na nią, wyraźnie czegoś szukając. Clara przez chwilę przypatrywała im się w milczeniu. Po co wyciągnęli Mapę? Tego czarodzieja nie mogło chyba być w szkole! Po chwili George wykrzyknął:
— O! Dwa korytarze stąd jest Patrick i Fia! Oni na pewno wyjaśnią ci to lepiej niż my!
— Ciii! — szepnęła Clara, przykładając palec do ust. — Bo pani Pince was usłyszy!
— Za późno... — jęknął Fred, widząc kątem oka zmierzającą w ich stronę bibliotekarkę. — Lepiej stąd zwiewaj, bo zaraz rozpęta się piekło...
— W bibliotece obowiązuje cisza, panowie Weasley i... CZY TO JEST BŁOTO?! — wrzasnęła czarownica.
 Chłopcy wyszczerzyli się w jej stronę niepewnie, a Clara naprędce zaczęła się pakować. Odprowadzona krzykami bibliotekarki odłożyła książkę o hatstalach na półkę i już kierowała się w stronę kontuaru biblioteki, kiedy z impetem wpadła na kogoś. Przestraszona spojrzała w górę, dostrzegając... profesor Goldberg.
— Bardzo panią przepraszam, pani profesor! — wykrzyknęła przestraszona dziewczynka. Nauczycielka uśmiechnęła się ciepło.
— Nic się nie stało, panno Pond. Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się stało?
Clara nerwowo przegarnęła włosy, przyglądając się kobiecie. W końcu... Czemu nie miałaby jej o to zapytać? W końcu uczy obrony przed czarną magią, powinna chyba mieć o tym jakieś pojęcie...
— Pani profesor... Kim jest Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
Nauczycielka spoważniała. Uważnie spojrzała na dziewczynkę, zastanawiając się. Po chwili jednak wyraz jej twarz złagodniał.
— Pochodzisz z rodziny mugolskiej, prawda? — zapytała. Clara pokiwała głową. — To dlatego nie wiesz. Cóż... Jest to dość długa historia. Proponowałabym usiąść... nie, nie tam — dodała, widząc, że stopy Krukonki automatycznie kierują się w stronę stołu bliźniaków. — Myślę, że panowie Weasleyowie mają jak na razie dość nauczycieli wokół siebie. Chodźmy w głąb biblioteki, moja droga.
I poszły na tyły pomieszczenia, siadając tuż przy wąskim oknie. Na dworze było już ciemno a deszcz ponownie zaczął stukać o szyby. Profesor Goldberg wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, sprawiając, że przed nimi pojawiły się srebrne smugi, które tylko czekały, aż kobieta rozpocznie opowieść.
— Zanim się urodziłaś magiczny świat był pogrążony w mroku. Ludzie bali się, uciekali, ukrywali, szczególnie ci o mugolskim pochodzeniu. Czarodziej odpowiedzialny za to wszystko nazywał się... Lord Voldemort — świetlista smuga uformowała się w cień mężczyzny o łysej głowie i wąskich, czerwonych oczach. Profesor Goldberg skrzywiła się nieznacznie. — Ten... czarodziej, choć dla większość z nas jest po prostu potworem... był bardzo potężny. Każdego dnia rósł w siłę. Głosił bardzo, bardzo złe poglądy. Nienawidził mugolaków i zabijał każdego, kto mu się przeciwstawił. To były bardzo mroczne czasy, panno Pond. Ludzie nie pamiętali gorszych. Nawet słynny Gellert Grindenwald nie mógł się równać ze strachem jaki zasiewał w sercach Ten, Którego Imienia nie Wolno Wymawiać. Człowiek ten miał wokół siebie grupkę zwolenników, nazywanych śmierciożercami — w tym mocnienie, wokół postaci Voldemorta pojawiła się grupka ludzi, których twarze ukrywały maski, a włosy spiczaste kaptury. Clara zadrżała. 
— Oczywiście byli tacy, którzy próbowali mu się przeciwstawić. W ten sposób straciliśmy wielu świetnych czarodziejów i czarownic naszego wieku. Sama - Wiesz - Kto się nie patyczkował. Zabijał każdego, kto ośmielił mu się przeciwstawić. Krążą również pogłoski, że nawet swoich zwolenników nie traktował ulgowo. Najgorsze było to, że nie wiedzieliśmy kto krył się pod maską śmierciożercy. To mógł być absolutnie każdy. W ten sposób przestaliśmy sobie nawzajem ufać. W oczach przeciętnego czarodzieja każdy obcy mógł okazać się zdrajcą. Unikaliśmy więc obcych czarodziejów i czarownic. Jedyną osobą, której Sama - Wiesz - Kto się bał był nasz dyrektor. To wokół niego skupialiśmy się w poszukiwaniu otuchy. Hogwart uchodził wtedy za najbezpieczniejsze miejsce na ziemi — po drugiej stronie Voldemorta utworzyła się nowa postać o wyglądzie Dumbledroe'a. Jaśniał on, sprawiając, że czarnoksiężnik wyglądał przy nim dość mrocznie. Wokół dyrektora pojawiło się kilka mniejszych postaci, chowających się za jego plecami.
 — Jednak to nie on ostatecznie pokonał Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. W Noc Duchów, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku napadł na rodzinę Potterów, mieszkających w Dolinie Godryka. James'a i Lily zamordował, ale ich syn Harry... Przeżył. Przeżył zaledwie z blizną na czole, a Czarny Pan zginął. Wielu teologów magii próbowała to wytłumaczyć, ale żaden nie był w stanie. Po prostu tak się zdarzyło. Czarny Pan zniknął z powierzchni ziemi a Harry Potter stał się postacią wręcz mityczną, którego historia okrzyknęła Chłopcem, Który Przeżył — mroczne postaci i Albus Dumbledore znikli. Przed kobietami zawisła srebrzysta postać małego dziecka. Clara wpatrywała się urzeczona w nauczycielkę. Przez dłuższą chwilę towarzysza im cisza, przerywana tylko cichym stukotem deszczu o okno. Wtem obie usłyszały głośny krzyk:
— Żadnych czarów w biblio... Och, to ty, Tino — przed nimi pojawiła się postać pani Pince. Profesor Goldberg machnęła różdżką, sprawiając, że srebrzyste smugi znikły.
— Spokojnie, Irmo. Nikt tu nie chce łamać twoich zasad — odparła, uśmiechając się do niej pocieszająco. — Musiałaś mieć bardzo trudny dzień, prawda?
Bibliotekarka uśmiechnęła się a był to dość dziwny widok. Właściwie to, w co ułożyły się jej usta, trudno było nazwać uśmiechem. Bardziej grymasem, który miał go przypominać. Wyglądało to tak, jakby pani Pince nie robiła tego od bardzo dawna i już zapomniała, jak powinno to wyglądać.
— Żebyś wiedziała, moja droga — westchnęła. — Człowiek cały dzień pracuje, aby te książki wyglądały idealnie, zaklina je, dba o nie... A tu przychodzi taki... uczeń... ubłocony, ze swoim uśmieszkiem na twarzy i, wyobraź sobie, jeszcze się kłóci! Ja nie wiem, jak ty skupiasz ich uwagę na sobie, bez odejmowania im punktów!
— Mam swoje sposoby — odparła nauczycielka, delikatnie zaciskając palce na różdżce. — Posłuchaj, Irmo. Nie sądzisz, że najwyższy czas zamknąć bibliotekę? Może chciałabyś wstąpić do mojego gabinetu, napić się herbaty? — dodała z uśmiechem. Bibliotekarka pokiwała głową.
— Tak, chyba masz rację — powiedziała. — Za kwadrans powinnam u ciebie być.
I poszła. Gdy znikła już w głębi biblioteki, profesor Goldberg zwróciła się do Clary:
— Ty też już powinnaś iść. Cisza nocna już dawno się zaczęła, a pan Adair lub panna Ratio na pewno nie chcieliby ci dać za to szlabanu. Przekaż proszę to samo panom Weasleyom. Myślę, że wystarczy im złapanie jednego szlabanu na dzień, prawda?
— Dobrze — odparła dziewczynka, kiwając głową. — Dobranoc, pani profesor. I dziękuję.
— Dobranoc, panno Pond. I nie ma za co. Pomoc uczniom to mój obowiązek — powiedziała kobieta, uśmiechając się ciepło.
Clara szybko poszła do wyjścia biblioteki, gdzie już czekali na nią bliźniacy. Oboje mieli trochę markotne miny.
— Nienawidzę tej baby... — mruknął Fred, łypiąc spode łba na panią Pince. — Dwadzieścia punktów nam odjęła, rozumiesz? Za odrobinę błota! Dwadzieścia punktów!
— Och, współczuję — mruknęła trochę nieobecnie Clara. — A ja się natknęłam na Goldberg. W sumie wyjaśniła mi o co chodzi z Sami - Wiecie - Kim.
— Uff, kamień z serca — powiedział George. — Dobrze, że my nie musieliśmy ci tego wyjaśniać. A teraz wydaje mi się, że musimy, niestety, iść spać, bo Pat lub Fia nas przyłapią... A to się może nie skończyć nam dobrze...
— Skąd ten przypływ empatii? — zapytała zaintrygowana dziewczynka, kierując się w stronę obrazu profesora Fronsaca. Obaj chłopcy wzruszyli ramionami.
— Nieważne — odpowiedzieli. — Pilność w nauce.
— OK... I tak wam nie wierzę — odparła dziewczynka, przechodząc przez właz przejścia. — Co się w ogóle stało? W sensie pomiędzy wami...
— Nic — powiedzieli równocześnie. Clara wzruszyła ramionami.
— Jak nie chcecie, to nie mówcie. I tak się dowiem.
— W to akurat nie wątpimy. A teraz dobranoc, Arie.
— Dobranoc.
***
AVE, W KOŃCU MAM FERIE! Będę mogła ponadrabiać u innych, popisać, popoprawiać, przeczytać w końcu te 8. rozdziałów Frozenki... No żyć, nie umierać <3 Wreszcie, echh... ;-;
Dedyk dla Iduli <3
Sonia