niedziela, 17 czerwca 2018

15. Cisza przed burzą

Znalezione obrazy dla zapytania profesor trelawney room


Kochana Claro!
Listownie porozumieliśmy się z rodzicami Laurel. Państwo Burton, choć trochę zdziwieni, zgodzili się żeby ich córka przyjechała do nas na Gwiazdkę. W liście stwierdzili, że to dobrze wpłynie na jej przyszłe patrzenie na mugoli oraz poznanie ich kultury, cokolwiek miałoby to znaczyć. 
W każdym razie poinformuj nas co, twoim zdaniem, Laurel chciałaby dostać na Gwiazdkę. Wiesz, że nie lubimy nie trafiać z prezentami. Poza tym podpytaj ją czy chciałaby coś zobaczyć w tej "mugolskiej" części Londynu. Jeśli nie ma nic takiego, to później coś wymyślimy, żebyście wolnego nie spędziły w domu. Oboje z Tatą rozumiemy, że szkoła jest dla Was ważna, jednak wydaje nam się, że powinnyście trochę od niej odpocząć.
Odpisuj jak najprędzej!

Mama i Tata
Clara czytała ten sam list już niemal siódmy raz, niepewnie miętosząc go w rękach. Doszedł do niej przed paroma dniami, właściwe niemalże zaraz po tym, jak Laurel otrzymała swój od państwa Burton. Ku zaskoczeniu ich obu rodzice blondynki zgodzili się na to, aby ich córka spędziła święta u przyjaciółki. Na początku nie do końca zrozumiały dlaczego, ale teraz list rodziców Clary nieco im to wyjaśnił. Oczywiście, czuć było na kilometr, że całe to "zapoznawanie się z kulturą mugoli" było grubymi nićmi szyte, ale dziewczynki postanowiły się tym nie przejmować. Najważniejsze było, że się zgodzili.
Laurel po tej wiadomości jakby odżyła. Widać było, że już nie mogła się doczekać przerwy świątecznej. Clara wiedziała, że przyjaciółka odlicza godziny do wyjazdu. Oczywiście cieszyła się razem z nią, ale z drugiej strony również lekko się stresowała.
Bądź co bądź Laurel dorastała w rodzinie arystokratycznej. Dziewczynka wątpiła czy przed jej przyjazdem do Wawrzynów przyjaciółka kiedykolwiek pomogła Szeptuchowi w sprzątaniu domu. Z tego co widziała w pierwszych dniach, dla Laurel był to obowiązek skrzata. To oczywiście nie znaczyło, że blondynka była bezduszna. Po prostu tak ją wychowano, albo tak Clara próbowała to sobie tłumaczyć. Nie była do końca pewna czy blondynce faktycznie spodoba się u niej.
Była w stu procentach pewna, że jej rodzice myślą o tym samym. W końcu zdążyli poznać Burtonów. Na pierwszy rzut oka można było się zorientować z jak wysokiej klasy społecznej pochodzą. Pondowie pewnie teraz zastanawiali się czy ich dom na pewno jest odpowiedni dla kogoś takiego jak Laurel. Clara współczuła swoim rodzicom. Wiedziała, że jej mama będzie chciała aby wszystko było perfekcyjnie i stała pewnie teraz w salonie, po raz sześćdziesiąty odkurzając tą samą komódkę aby ani jeden pyłek kurzu nie ostał się na drewnie.
Dziewczynka westchnęła, machinalnie mierzwiąc sobie włosy. Wstała z zimnej podłogi i utkwiła nieszczęśliwy wzrok w klapie zamieszczonej w suficie. Podczas gdy jej przyjaciółka ekscytowała się wyjazdem, ona nadal martwiła się słowami centaura. Mimo to, do tej pory nie rozmawiała o tych stworzeniach ani z profesorem Kettleburnem ani z Hagridem. W końcu to nie tyle Helios ją wystraszył, co jego słowa.
Postanowiła wziąć sobie do serca słowa profesor Goldenberg i spotkać się z Trelawney. Wcześniej poprosiła kobietę, aby uprzedziła jasnowidzkę o wizycie. Nauczycielka obrony złapała później Clarę tego samego dnia na korytarzu informując ją, że umówiła spotkanie od razu po lekcji klas szóstych. Dziewczynka pokiwała tylko wtedy głową choć, co prawda, nie bardzo było jej to w smak. Wiedziała, że Patrick chodzi na wróżbiarstwo i nie bardzo wiedziała jak wytłumaczyć mu się z jej nagłej obecności na Wieży Północnej. Zazwyczaj pierwszo- i drugoklasiści nigdy tam się nie pojawiali (Fred i George byli wyjątkami).
Oczywiście los nie dał jej się wystarczająco długo namyślić nad możliwą odpowiedzią. Po minucie zabrzmiał dzwonek a wraz z nim z klapy nad Clarą wysunęła się srebrna drabina. Pierwsi uczniowie już zaczęli z niej schodzić. Ku zaskoczeniu Clary nie było ich wielu. Jakieś z sześć osób na krzyż. Spodziewała się, że większość pewnie odpadnie na poziomie SUMów, ale żeby aż tylu?
Szczególnie zdziwiło ja to, że na lekcje uczęszczały wszystkie domy a nie, tak jak była już przyzwyczajona, po dwa na przedmiot. No, ale cóż, może tak trzeba? Ciekawe jak trudne mogą być zajęcia z wróżbiarstwa? Może warto by było się przekonać w przyszłym roku?
No dobra na ten moment, jak na ironię, za bardzo wybiega w przyszłość. Powinna się skupić na teraźniejszości. Szybko obejrzała wszystkich uczniów. Oczywiście, dostrzegła Patricka, ale ku jej uldze, był zajęty rozmową z jakąś dziewczyną, której nie znała. Nieco więc już pewniej chwyciła dłońmi szczeble srebrnej drabiny i wspięła się po nich na poddasze.
Pokój w którym się znalazła był bardzo duszny. Trudno się jednak temu dziwić skoro wszystkie okna były pozamykane a kominek, który znajdował się naprzeciw niej, był rozpalony. Nad nim stały również różnokolorowe świeczki i kadzidełka z których to właśnie wydzielała się intensywna woń.
Właściwie ogień buchający z kominka był jedynym klarownym źródłem światła w tym pomieszczeniu. Okna i ściany były pozasłaniane przez zwieszające z sufitu, udrapowane szale w kolorach czerwieni i fioletu. Na podłodze porozrzucano różnokolorowe pufy, poduszki i kanapy, na których pewnie zasiadali uczniowie w czasie lekcji.
Pod ścianami stały komody i szafki w których znajdowały się serwisy do herbaty i kryształowe kule.
Clara, nieco onieśmielona fantastycznością tego miejsca, rozejrzała się w poszukiwaniu nauczycielki wróżbiarstwa.`
Dostrzegła ją pod jednym z okien. Kobieta, wyraźnie zamyślona, siedziała przed jedną ze szklanych kul, uważnie się w nią wpatrując. Zaciekawiona dziewczynka skupiła wzrok właśnie na niej. Ku jej smutkowi kula wyglądała trochę jak te, która widywała gdy wraz z rodzicami dla zabawy chodzili do mugolskich wróżek. Zwyczajne szkło w środku którego wirował dym. Clara przez chwilę nawet zastanowiła się czy pod stolikiem nie ma może jakichś kolorowych światełek, żeby przyciągnąć wzrok widza, jednak praktycznie od razu to odrzuciła. W końcu jeszcze nigdy nie uświadczyła, aby czarodzieje używali elektryczności, a już szczególnie nie w zamku. Uniosła wzrok na nauczycielkę.
— Umm... przepraszam? Profesor Trelawney?
Kobieta uniosła na nią wzrok. Jej oczy, powiększone kilkakrotnie przez okulary były wyraźnie zamglone, jakby była w jakimś transie. Jednak po chwili to wrażenie zniknęło.
—  Nie, moja droga, nie zauważyłam żadnej torby w tej klasie, na pewno nie tutaj ją zostawiłaś — odezwała się nauczycielka lekko rozmarzonym tonem. Clara zaszokowana uniosła brwi. "Co" pomyślała.
— Przepraszam, ale nie jestem jedną z pani uczennic — powiedziała zamiast tego. — Profesor Goldberg umówiła mnie z panią na spotkanie — przypomniała delikatnie. Nauczycielka uniosła brwi, wyraźnie zdumiona.
— Naprawdę? — swój wzrok zwróciła w stronę kalendarza, wiszącego na jednym z szalów. — Ach, rzeczywiście. W jakiej sprawie?
Clara przygryzła wargę. No tak, chyba znowu będzie musiała mówić innej nauczycielce o tym, że była w Zakazanym Lesie a jeden szlaban na rok w zupełności jej wystarczył, nawet nie mówiąc o miesiącu. Chociaż ta kobieta wydawała jej się być w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości, więc pewnie od szkolnych zasad również? I z drugiej strony będzie się przecież tutaj tylko zajmować tą pseudo przepowiednią czy czymkolwiek to było. Nie musiała chyba mówić skąd to wie.
— Widzi pani profesor... - zaczęła, zacinając się. — Zawsze byłam zainteresowana tym, co przynosi przyszłość  wykrztusiła w końcu. Oczy profesor Trelawney zabłysły.
— Ach tak? Także jesteś w doskonałym miejscu, aby o tym porozmawiać! Czy zastanawiałaś się już nad wróżbiarstwem? Na którym jesteś roku?
— Na drugim  odpowiedziała szybko Clara. — I tak, wróżbiarstwo jest jednym z przedmiotów, nad którym się zastanawiam — skłamała.
— Co cie więc sprowadza? Masz wątpliwości? Chciałabyś zobaczyć jak to wygląda?
— To znaczy... Interesuje mnie... Pani profesor, jak pani ocenia wróżenie centaurów? Czy ich wróżby zawsze się sprawdzają? Są łatwe do interpretacji?
Profesor wyraźnie zamarła.
— Na żadnym z moich programów nauczania nie ma wróżenia z centaurami, panno...? — odparła zimno, zawieszając głos i patrząc nieco pytająco na brunetkę.
— Pond — wspomogła dziewczynka. — Zdaję sobie z tego sprawę — dodała szybko. — Jednak widzi pani profesor, jako że jestem mugolaczką i nigdy nie miałam styczności z wróżeniem interesuje mnie każdy aspekt magii. A usłyszałam, że centaury są dość wiarygodne w swoich wróżbach. Oczywiście, nierozsądnie byłoby iść do centaura i go szukać, żeby się o tym przekonać dlatego wolałam zapytać eksperta od wróżb, czyli właśnie pani profesor.
Na jej słowa nauczycielka z powrotem złagodniała.
— Dobrze, spróbuję więc pomóc — odparła. — Chociaż nie wiem, czemu nie rozmawiasz o tym również z profesorem Kettleburnem.
Bo nie interesuje mnie to jak z nimi rozmawiać ale jak rozumieć ich słowa, przecież ci to już mówiłam, pomyślała z lekka poirytowana Clara. Na głos jednak powiedziała:
— No bo... Jeśli na przykład mam przyjaciółkę. I teoretycznie spotkałaby centaury. Czy możliwe jest, żeby one wygłosiły przepowiednię konkretnie do niej? I czy byłyby tym tak zmartwione, że nagabywałyby mnie, żebym jej o ich słowach przypominała?
— To zależy — odparła nauczycielka, składając ręce przed sobą. — Czy ta przyjaciółka jest córką Sama-Pani-Wie-Kogo? Czy jest osobą, od której zależą losy magicznego świata?
— Nie...?  wyjąkała Clara. — Przyjmijmy, że jest zwyczajną osobą.
— W takim wypadku to graniczy z cudem. Centaury stawiają wróżby przy pomocy znajomości gwiazd, chociaż robią to inaczej niż czarodzieje. Jednak tym czym i my, i oni mamy wspólnego ze sobą to przekonanie, że gwiazdy nie przejmują się losem zwykłych ludzi i rzadko odnoszą się do jednej postaci, lecz do całej rasy. Więc myślę, że takowy centaur raczej zwyczajnie chciałby cię przestraszyć.
— Aha — odetchnęła dziewczynka, widocznie się relaksując. Chciała już podziękować i wyjść, kiedy nauczycielka dodała:
— Jeśli interesowałoby cię stawianie wróżb swoich przyjaciołom i zrozumienie mgieł przyszłości, zapraszam w przyszłym roku. Zobaczymy czy masz do tego predyspozycje.
Clara delikatnie się uśmiechnęła.
— Oczywiście pani profesor. Wezmę to pod uwagę. I dziękuje. Do widzenia, Wesołych Świąt! — wykrzyknęła i wyszła z klasy, zanim profesor Trelawney zaczęła wymieniać możliwe korzyści, jakie dawały jej zajęcia u niej.
***
Tak też tydzień później, w zupełności uspokojona siedziała wraz z bliźniakami i Laurel w jednym z przedziałów Hogwart Expressu. Dopiero po rozmowie z Trelawney miała siłę na uspokajanie rodziców, rozmowy na luzie z Laurel czy Patrickiem. Jednak żadne pocieszenie na świecie nie było w stanie jej powstrzymać przed narzekaniem na Daviesa...
— I wyobraźcie sobie, że on...
— Arie... Po raz dziewięćsetny... WIEMY — natychmiast przerwał jej George. Dziewczynka spojrzała na niego, wyraźnie urażona. — Wiem, że w ferworze wściekłości na niego ciężko jest ci to sobie przypomnieć, ale też tam byliśmy.
— Laurel nie... — zaczęła, ale natychmiast jej przerwano.
— BYŁAM TAM. Fred też. Clar, nawet Cedrik tam był. Z Woodem. Myślisz że kto cię trzymał za ramię, żebyś go nie zabiła?
— Powiedz mi, że to nie był Wood — jęknęła brunetka chowając twarz w ramieniu przyjaciółki. Ta zaśmiała się, klepiąc ja lekko po głowie.
— Nie no. Ktoś musiał powstrzymywać Cedrika. Ja cię trzymałam. A Fred trzymał George'a. Choć może to George trzymał Freda? — zastanowiła się na głos.
— Nawzajem się trzymaliśmy — wspomógł ją jeden z bliźniaków. Clara jęknęła jeszcze głośniej.
— No nie jęcz już — mruknęła Laurel, obejmując ją ramieniem. — Bo urządzimy to sobie festiwal jęków i zobaczymy kto przebije Jęczącą Martę.
— Hello darkness, my old friend... — zanuciła żałośnie brunetka.
— CO? — wyrywało się reszcie czarodziejów.
— Mugolska piosenka — odparła szybko. — Błagam nie zapamiętujcie jej, bo będziecie mi ją śpiewać jak Julie Andrews "Superkalifradalistotexpialitycznie"...
— Jak kto? — zapytał Fred.
— I  śpiewali... Co? Jest w ogóle takie słowo w języku angielskim? — zainteresowała się Laurel. Teraz to była kolej Clary na szok.
— Nie znacie "Mary Poppins"? — zawołała w pełnym zdumieniu. — TO JEST KLASYK! Oglądałam to co najmniej z dziesięć razy! Mam to na VHS!
— Na czym? — uprzejmie zdziwił się Fred. Dziewczynka już otworzyła usta, żeby mu wyjaśnić kiedy nagle Laurel zaczęła machać rękami jak jakaś niedorobiona kaczka skrzydłami.
— Czekaj, czekaj, ja wiem! Tłumaczyłaś mi w wakacje! — zakrzyknęła, unosząc palec w górę aby uciszyć brunetkę. Ta spojrzała na nią z zaciekawieniem. — To jest takie... Takie czarne pudełko z taśmą w środku... I jak włożysz to do jakiejś tam maszyny to to odgrywa film... Film, prawda? — upewniła się, a widząc, że Clara skinęła głową kontynuowała. — I tam śpiewają... I słychać dźwięk! Tylko zawsze taki sam! I historia taka sama! A przynajmniej ty tak mówiłaś, prawda?
— Tak, Lori... Obejrzymy jak dotrzemy do mnie, moi rodzicie na pewno nie będą mieli nic przeciwko — dodała spokojnie Clara, powstrzymując się od westchnięcia. Bliźniacy spojrzeli na nią w zdumieniu.
— Mogłabyś nam to pożyczyć? Tata by się ucieszył — zapytał Fred.
— Nie bardzo, trochę to kosztowało — odparła. — Ale serio, nie wierzę, że nie słyszeliście o Mary Poppins! To była moja wymarzona niania! Latała na parasolce niesionej wiatrem, ładnie śpiewała, miała torebkę większą w środku...
— Jest takie zaklęcie — wtrąciła Laurel, ale natychmiast ucichła widząc spojrzenie przyjaciółki.
— Poza tym to moje dzieciństwo! Tak samo jak Kopciuszek! I Królewna Śnieżka! I Mała Syrenka!
— To pierwsze brzmi jak choroba — zaniepokoił się George. Clara przewróciła oczami.
— To księżniczka! I w ogóle to były bajki jakie mi czytała mama! Serio, czego wy słuchaliście?
Baśni Barda Beddle'a? — odparł Fred. — No nie wiem, Fontanny Godziwego Losu na przykład...
— Opowieści o Trzech Braciach...
— Włochatego ser...
— NIE PRZYPOMINAJ MI O TEJ BAJCE, BO NIE ZNAJDZIESZ JUŻ NIGDY SWOJEGO KUFRA FREDERICKU GIDEONIE WEASLEY'U — wydarła się nagle Laurel. — Słyszałam tę bajkę raz w życiu i mi wystarczy! Nigdy więcej! Musiałam spać u rodziców jak mi to Szeptuch przeczytał!
— To tak jak Ron! — zawołał wesoło Fred, ale widząc rozwścieczoną minę blondynki natychmiast spoważniał. — To znaczy, oczywiście Lori, nigdy więcej o tym nie wspomnę, masz moje słowo... W każdym razie... Clara chyba już wiemy co dostaniesz od nas na Gwiazdkę, bo to się nie godzi, żebyś nie przeżyła traumy po znienawidzonej bajce Laurel.
— Mam się bać? — zapytała niepewnie brunetka, odgarniając włosy do tyłu.
— TAK?! — wykrzyknęła Laurel w tym samym momencie w którym bliźniacy odparli "nie". Krukonka przewróciła oczami.
— Super. To pewnie przeczytam to latem, przynajmniej w domu mam do kogo pójść...
— Zawsze masz mnie — obruszyła się blondynka po czym dodała z diabolicznym uśmiechem. — No i jeszcze jest...
Nagle drzwi się rozsunęły i stanął w nich Cedrik. Laurel, pomimo błagających spojrzeń Clary zaczęła się śmiać.
— Wpadłem na coś zabawnego? — zapytał skonfundowany.
— Nie — odparł George mierząc go wzrokiem. Puchon jeszcze bardziej się speszył.
— Clari? Mogę cie porwać na sekundkę? — zapytał nieśmiało. Wspomniana dziewczynka pokiwała głową i wystrzeliła z przedziału tak szybko, jakby siedzenie ją paliło. Cedrik, nieco zaskoczony, zamknął za nią drzwi, będąc odprowadzonym przez krzyk Freda:
— Tylko ja oddaj!
Posłał jej pytający wzrok.
— Laurel po prostu jest sobą - powiedziała przepraszająco. — W każdym razie... Chciałeś coś?
— Tak. Chciałem zapytać... Co jest pomiędzy tobą a Daviesem?
Clara zamarła. W niemym szoku kilkakrotnie zamrugała.
— A o co ma być? — zapytała szczerze zdumiona. Mimo zdenerwowania Cedrik uśmiechnął się.
— Ta akcja tydzień temu... No nie wyglądała za dobrze...
Westchnęła.
— To kłopoty drużyny. Nie martw się o mnie — powiedziała, klepiąc go po ramieniu. Chłopak uśmiechnął się smutno.
— Clari... Prawie nazwał cię szlamą. I okraszał to takim lukrem, że Harrison nawet tego nie wyłapał. Ośmieszył cie prawie przy całym korytarzu. Serio, gdyby nie Wood ode mnie dostałby w twarz. Dziwię się, że bliźniacy się powstrzymywali...
— Mieli i tak kiepską sytuacje. I wiedzieli, że tym razem muszą — natychmiast zaczęła bronić chłopców brunetka. Ten wzruszył ramionami.
— W każdym razie to nie jest nic. Patrick o tym wie?
— Um... nie? — odparła, przegarniając włosy do tyłu. — To już były praktycznie święta!  dodała naprędce, widząc jego sceptyczny wzrok. — Prefekci mają mnóstwo pracy nie chciałam mu dokładać! Poza tym pewnie od razu poszedłby do Harrisona! A wtedy... — ugryzła się w język. Za to Cedrik uniósł brew.
— A wtedy? — ciągnął.
Clara zacisnęła pięści. Nie może mu powiedzieć. Właściwie chyba nikt spoza drużyny Ravenclawu nie wiedział co się w niej dzieje To była umowa pomiędzy nią, Harrisonem a Daviesem. I opierała się na zaufaniu. I na utrzymaniu ducha grupy, czy jakkolwiek jej kapitan by tego nie nazwał. Już i tak złamała obietnicę, mówiąc o tym Laurel! W każdym razie Cedrik nie mógł wiedzieć! Nawet bliźniakom nie powiedziała!
Z drugiej strony widziała, że to go gryzie. Również czuła, że chciałby pomóc. Poza tym już  tak wiele energii spędziła na tym, aby jakoś się wytłumaczyć Fredowi i Georgowi, że nie chciała jej z powrotem marnować. Westchnęła.
— Opowiem ci wszystko po pierwszym poświątecznym meczu, okay? — zapytała. — Przysięgam. Od początku do końca! — dodała, widząc jego z lekka urażoną minę. — Po prostu nie mogę o tym teraz  mówić. Proszę zrozum?
— Okay, okay. Spokojnie, jestem w stanie poczekać — odparł, lekko się uśmiechając. — Ale Clari... Uważaj na siebie. Ta relacja nie skończy się dobrze — to mówiąc przytulił ją mocno po czym skinął głową i oddalił się, zostawiając Clarę samą.
Ta na chwilę schowała twarz w dłoniach głęboko oddychając. Tak chyba będzie najlepiej, prawda? Nie okłamała go. Poza tym po meczu chyba już by mogła powiedzieć? Oderwała ręce od policzków, wzięła głęboki wdech i zamaszyście rozsunęła drzwi.
— No — zaczęła, lustrując przyjaciół. — To kto podsłuchiwał?
***

GUESS WHO'S BACK FROM THE WAR?! That's right bitches, it's me! Tak, w końcu wróciłam! Ktoś czekał? eee chyba nie XD W każdym razie liceum bardzo dużo czasu mi zabiera, ale może w wakacje coś nadrobię. Nie wiem jak to będzie w klasie maturalnej... Może zdołam napisać dwanaście rozdziałów w mniej niż trzy miesiące... No, ale ważne, że jestem, prawda?
Dedyk dla Idy, bo ja wiem,że ona zawsze czeka <3
Sonia <3
P.S. Ostatnio minęły drugie urodziny bloga XD ktoś liczył? :P

piątek, 4 sierpnia 2017

14. Konsekwencje

Znalezione obrazy dla zapytania skrzydło szpitalne
Kilka tygodni później Clara siedziała zamyślona na lekcji historii magii. Powinna notować, jakże cenne, słowa profesora, ale jak raz nie potrafiła się oprzeć sennej atmosferze panującej w klasie. Mogło być tak, że początek grudnia działał na nią w ten sposób. Szczególnie biorąc pod uwagę, że niebo za oknem pokrywały ciemne, ciężkie chmury z których padający deszcz zaczął miarowo stukać o szybę. Według dziewczynki już dawno powinien padać śnieg, ale no cóż... Według natury opad to opad, nieważne jaki...
Wzrok dziewczynki co i rusz wędrował do jej przyjaciółki. Laurel od zeszłego meczu była dość zamyślona. Kiedy Patrickowi udało się znaleźć tamtego dnia Clarę, ta, po potężnym zruganiu i pogadance jaką od niego otrzymała poszła prosto na więżę Ravenclawu. Chciała jej przekazać słowa Heliosa. Problem w tym, że jej przyjaciółki tam nie było, a w pokoju wspólnym nikt jej nie widział.
Westchnęła, przegarniając nerwowo włosy do tyłu. Przecież nie mogła się nagle rozpłynąć w powietrzu! Poza tym musiała jeszcze iść do skrzydła szpitalnego, bo Patrick, pomiędzy słowami troski i zdenerwowania zdołał jej przekazać, że Harrison chciał z nią porozmawiać. Mapa była u bliźniaków tego dnia, więc nie bardzo miała jak na nią zerknąć. Szukać Freda i George'a w zamku w trakcie weekendu to jak szukać igły w stogu siana. Jak się na  nich nie trafi przypadkiem, to się ich nie znajdzie.
Mimo wszystko postanowiła sprawdzić najbardziej oczywiste miejsce, to jest bibliotekę. Zeszła więc szybko po schodach i dotarła do obrazu profesora Fronsaca. Wykorzystując zeszłoroczne hasło w kilka chwil znalazła się pod biblioteką. Nieśmiało zajrzała do środka, wzrokiem próbując odnaleźć przyjaciółkę. Jednak jej blond grzywy nigdzie nie był widać. Zrezygnowana miała więc już wychodzić kiedy zauważyła profesor Goldberg, rozmawiającą z panią Pince.
Nagła myśl wpadła jej do głowy. Może zanim skonfrontuje słowa centaura z Laurel powinna zapytać nauczycielki, czy powinna brać je na serio? Oczywiście, czytała, że przepowiednie są typowe dla tej rasy, ale bliźniacy z kolei słyszeli od Hagrida, że te zwierzęta są z lekka pomylone i głównie mówią o przepowiedniach. Przez chwilę walczyła sama ze sobą. Mimo wszystko jednak stwierdziła, że warto by było porozmawiać z nauczycielką. Odczekała więc moment, żeby kobieta skończyła rozmawiać z bibliotekarką i wyszła jej naprzeciw
— Prze... Przepraszam! Pani profesor! — wykrzyknęła, zwracając na siebie uwagę nauczycielki.
Ku zaskoczeniu dziewczynki kobieta wydawała się być przez moment jakby... nieobecna? Zamyślona? Pierwszy raz ja taką widziała. Zazwyczaj każdego witała z uśmiechem. Tym razem jednak... Ciemne włosy miała w lekkim nieładzie, a pod oczami można było dostrzec ciemne śnice, świadczące o niewyspaniu.
Wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy. W momencie gdy nauczycielka zerknęła na dziewczynkę twarz rozjaśnił jej ciepły uśmiech, który mimo to nie objął jej oczu.
— Słucham, panno Pond? — zapytała.
Dziewczynka zawahała się. W końcu będzie musiała się przyznać do tego, że była w Zakazanym Lesie a wtedy może stracić punkty. Patrick, pomimo jej błagań mimo wszystko odjął jej piętnaście punktów, dla zasady. Mimo wszystko pewnie łagodniej ją potraktował bo w końcu, był z jej domu, więc niezbyt chciał go pogrążać. Nauczycielka z pewnością nie byłaby taka stronnicza. Z drugiej strony... Chodzi o Laurel!
— Chodzi o to... Że... — zaczęła niepewnie, nerwowo odgarniając włosy do tyłu. — Bo... — spróbowała ponownie, ale słowa jakoś niezbyt chciały wyjść jej z ust. Westchnęła. Na wargach nauczycielki zaigrał delikatny uśmiech.
— Może potrzebujesz czasu aby pozbierać myśli? — zasugerowała. — Dokończmy tę rozmowę w moim gabinecie. Myślę, że w tym czasie uda ci się przemyśleć to, co chcesz powiedzieć. Dobrze?
—. Tak... Nie.. Znaczy... — zaplątała się Clara. Wzięła głęboki oddech. Przetrzymała go przez kilka sekund a gdy już go wypuściła powiedziała: — Oczywiście, pani profesor — i podążyła za kobietą w głąb korytarza.
***
Gabinet nauczycielki znajdował się na samym szczycie piątego piętra. Był to dość mały pokój, który sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego przez półki zapełnione książkami. Znajdowały się one przy każdej ścianie pomieszczenia, oprócz jednej na prawo od drzwi, gdzie było okno. Nikłe światło przez nie prześwitujące nieco rozświetlało pokój, choć nie tak bardzo jak kominek wbudowany w przeciwległą ścianę. Profesor Goldberg wskazała  Clarze ręką ciemnoniebieski fotel, a sama zasiadła za rozległym biurkiem. Wycelowała smukłą różdżkę w stronę jednej z niewielu szafek znajdujących się w gabinecie  z której wypłynęły dwie filiżanki i imbryk, który w miarę lotu napełnił się herbatą. Wraz za nimi na blacie z gracją wylądowała miseczka z cukrem.
Dziewczynka niepewnie przycupnęła, przyglądając się nauczycielce wystraszonymi oczami. Przez całą drogę nie mogła wpaść na jakieś w miarę logiczne wytłumaczenie na to, o co chciała się zapytać. Widząc jej zmieszanie nauczycielka uśmiechnęła się ciepło.
— Powinnaś już wiedzieć, panno Pond, że nie gryzę — powiedziała. Clara nerwowo odgarnęła włosy do tyłu, ale odwzajemniła uśmiech. Wzięła głęboki oddech i zaczęła.
— No bo... Em... — przeklęła siebie w myślach. Jak może zapytać o coś, skoro nie potrafi wydobyć z siebie sensownego zdania? 
Nieśmiało wzięła do rąk filiżankę, aby przez chwilę się czymś zając. Niepewnie upiła łyk herbaty, przymykając oczy i  ponownie zaczęła zdanie:
— Chodzi o to, że... Na ostatniej lekcji wspominała pani o centaurach, prawda?
— Nie, panno Pond. Do centaurów mamy przejść dopiero  po świętach — odparła kobieta, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu na widok zmieszanej Clary. Kiedy cisza dziewczynki się przedłużała mina nauczycielki zrzedła. — Panno Pond... Czy pani ostatnio znajdowała się na terenie Zakazanego Lasu?
Clara już otwierała usta, aby zaprzeczyć, ale natychmiast je zamknęła. W sumie jak niby miała wytłumaczyć swoje nagłe zainteresowanie centaurami? Przeczytaniem książki o nich? Czy wtedy nie byłoby logiczniej aby po prostu zapytać panią Pince o następną? Pokiwała więc tylko potakująco głową.  Nauczycielka ciężko westchnęła.
— No dobrze — powiedziała, siląc się na spokojny ton głosu. — Najpierw przedstaw mi swój problem. O karze porozmawiamy później.
— Widzi pani, pani profesor... Kiedy już... Em... Wracałam z Lasu... To delikatnie mówiąc się zgubiłam. Przypadkiem napotkałam na centaura. Był bardzo... Hm... Tajemniczy? Pomógł mi wyjść z Lasu, ale postawił mi warunek...
Brwi nauczycielki natychmiast się ściągnęły. Z napięciem w oczach przypatrywała się uczennicy, która widząc wzrok czarownicy opuściła swój na kolana.
—  Jaki to był warunek? — zapytała kobieta, splatając palce przed sobą. W jej głosie czuć było powagę tak ogromną, że Clara jeszcze bardziej się speszyła, zastanawiając się, czy faktycznie dobrze zrobiła tu przychodząc. Ale no dobra. Już tu jest.
— Żebym coś przekazała innej osobie... — powiedziała cicho.
— To znaczy, że jeszcze ktoś był z tobą w tym lesie? — zapytała zdziwiona nauczycielka, a ton jej głosu lekko się podniósł. 
— Nie, nie! — zaprzeczyła natychmiast Clara, kręcąc głową. - Byłam tam tylko ja!
Nauczycielka uniosła lekko brew, wyraźnie nie wierząc Krukonce. Ale po tym jak napięcie lekko opuściło jej twarz, można było uznać, że temu szczegółowi postanowiła odpuścić. Przynajmniej na razie.
— I co cię tak w tym zdenerwowało? — dopytała.
— No... Cóż... Pani profesor, czy centaurom można ufać? Czy ich przepowiednie się sprawdzają?
Profesor Goldberg przez chwilę milczała, wyraźnie nad czymś intensywnie myśląc. W pokoju zapanowała niemal zupełna cisza, przerywana trzaskiem ognia w kominku i cichym stukotem kropel deszczu obijających się o szyby. Clara nerwowo zaczęła machać nogami tak szybko, że jej szata zaczęła furkotać. Tym razem to ona w napięciu przyglądała się nauczycielce.
Wreszcie, po kilku minutach, które dla dziewczynki zdawały się trwać wieczność, powiedziała:
— Nie jestem pewna czy jestem odpowiednia osobą, której powinnaś zadać to pytanie. Oczywiście, znam magiczne zwierzęta, ale nie jestem wykwalifikowanym magizoologiem. Ja wiem jak się przed nimi bronić, jak je oszukać oraz, ewentualnie jak z nimi rozmawiać. Nie mam też daru jasnowidzenia, więc nie jestem w stanie tego ocenić. Centaury są znane z tego, że wpatrują się w niebo i wygłaszają przepowiednie, jednak nigdy nie słyszałam o przypadku, aby były one spersonalizowane. To, co według nich jest zapisane w gwiazdach odnosi się zazwyczaj do konkretnej rasy, nigdy zaś do jednej istoty. Wydaje mi się to być podejrzane, w szczególności, że centaury nie są w zbyt dobrych stosunkach z czarodziejami — powiedziała spokojnie. Na te słowa Clara poczuła jak kamień spada jej z serca. jednak zanim odetchnęła z ulga, nauczycielka dodała: — Mimo wszystko powinnaś  przyjrzeć się dokładnie ich słowom. Sugerowałabym ci porozmawianie z profesorem Kettelburnem lub Hagridem, jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o centaurach jako o rasie. Jednak jeśli bardziej się martwisz tą domniemaną przepowiednią być może powinnaś spotkać się z profesor Trelawney — na ustach kobiety ponownie zagościł łagodny uśmiech. — Choć wtedy lepiej mi o tym powiedz, abym mogła to jej przekazać. Nie lubi niespodziewanego towarzystwa.
Dziewczynka pokiwała głowa.
— Dziękuję, pani profesor — powiedziała, zamierzając wstać, ale zatrzymał ją wzrok nauczycielki.
— Teraz o twojej karze...


Finalnie wyszło tak, że profesor Goldberg odjęła jej dwadzieścia punktów i dała jej szlaban na tydzień. Laurel w końcu Clara nic nie przekazała. Nie chciała jej straszyć jakąś przepowiednią, skoro sama nie miała pewności czym ona jest i czy warto w nią wierzyć. Poza tym... Tamtego dnia wydarzyło się również coś, przez co ta sytuacja niemal zupełnie wyleciała jej z głowy.

Pokrótce wyszła z gabinetu nauczycielki i zaczęła się kierować w stronę Wielkich Schodów kiedy poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu.
— Hej! Pond!
 Przestraszona odwróciła się tylko po to, aby zobaczyć stojącego przed nią Davies'a. Z całych sił powstrzymała się od przewrócenia oczami, przypominając sobie, że, jak na razie, grają w jednej drużynie. Jednak mimo wszystko  pokusa założenia rąk na piersi była zbyt wielka aby ją zwalczyć.
— Co? — zapytała, starając się, aby jej głos nie brzmiał jak warknięcie.
— Harrison czegoś od nas chce. 
— Od nas obojga? — zapytała zaskoczona. Chłopiec wzruszył ramionami.
— Jak widać — odparł. — Idziesz? — dopytał, kierując się w stronę schodów kierujących na piąte piętro, które już powoli zaczynały się odrywać od platformy.
— No idę, jejku... — westchnęła Clara, podbiegając w jego stronę, niemal w ostatniej chwili wbiegając po stopniach na górę.
— W ogóle po co my tam mu potrzebni? — zapytała przyspieszając nieco, aby dotrzymać Daviesowi kroku. — Lindsey przy nim nie siedzi? I reszta drużyny?
Chłopiec w odpowiedzi tylko zacisnął usta w wąską kreseczkę nic nie odpowiadając.
— Aha... — mruknęła Clara. — Fajnie. Myślałam, że jesteśmy w jednej drużynie...
— Bo jesteśmy - niemal warknął Krukon, wyraźnie powstrzymując się od przewrócenia oczami. — Tylko po prostu sam nie wiem. Harrison w ogóle wywalił w którymś momencie całą drużynę ze skrzydła szpitalnego, jakoś szczególnie kładąc nacisk właśnie na Lindsey i Rani... W sumie nie wiem o co mu chodziło, ale potem poprosił panią Pomfrey, żeby zawołała mnie i kazał mi znaleźć ciebie, aby porozmawiać — rzucił.
— Okay... — westchnęła Clara. Chciała coś dodać, ale zorientowała się, że stoją już przed wejściem do skrzydła szpitalnego. Wymieniła z Davisem spojrzenia i niepewnie otworzyła drzwi.
Harrison leżał spokojnie na łóżku, przeglądając jakąś książkę, widocznie się na niej nie skupiając. Zbyt szybko przerzucał kartki aby móc to uznać za czytanie. Co chwila odrywał wzrok od stron i spoglądał na masywny zegar zawieszony na ścianie. 
Obaj Krukoni niepewnie podeszli w stronę kapitana. Chłopak był tak zatopiony w swoim przerywanym niby czytaniu, że ich nie zauważył. Dopiero po sugestywnym odchrząknięciu dwunastolatka skupił swój wzrok na obu rezerwowych. Słabo się uśmiechnął.
— No, wreszcie jesteście... Clara nie patrz się na mnie z takim współczuciem, jeszcze nie umieram...
— Mówiłeś, że chcesz porozmawiać z nami? — przerwał mu trochę niecierpliwie Davies. Straszy Krukon nie skomentował tego, nadal się lekko uśmiechając.
— Tak. Jak sami widzicie trochę się poobijałem. Szczerze wątpię, że dam radę zagrać w meczu ze Ślizgonami, a znacie zasady... Nie powinniśmy wystawić niepełnego składu, kiedy mamy rezerwowych... 
Clarze rozszerzyły się oczy. Oboje z Davisem wydali z siebie zduszone okrzyki. Widać było, że zupełnie o tym zapomnieli. W oczach kapitana zaigrały jakieś dziwne iskierki, a na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek.
— Zastanawiałem się nad tym które z was wystawić w następnym meczu. Widzę, że wiele się nauczyliście i starcie się prześcigać w umiejętnościach. Ale są miedzy wami spięcia, które mi się nie podobają. Jednak wiem, że wam obu zależy na drużynie i także na grze jako zabawie. Jesteście sobie równi, oboje macie talent, więc decyzja była trudna...
Harrison zawiesił głos, przyglądając się uważnie swoim rezerwowym. Clara niby wyglądała na zrelaksowaną, ale palce zaciśnięte na przedzie łóżka stanowczo temu zaprzeczały. Z kolei z twarzy Daviesa odpłynęła wszelka krew. Rozszerzone oczy wpatrywały się z niepokojem w kapitana.
— ... ale stwierdziłem, że ostatnie, czego chcę to kłótnie i zazdrość w drużynie. Przed wami wpadł tu też Jones, mimo mojego wywalenia stąd wszystkich. Zauważył to samo, co i ja. De facto czuł się też nieco winien  za moją kontuzje i chciał pomóc we wszelki sposób. Razem zdecydowaliśmy, że on również ustąpi miejsca. W ten sposób oboje będziecie mogli zagrać.
Obaj Krukoni nie byli w stanie wykrztusić słowa. Ich usta ułożyły się w lekkie "o". Nie takiego rozwoju wypadków się spodziewali.
— Dzię... — próbowała wykrztusić z siebie Clara, ale Harrison przerwał jej gestem.
— Jeszcze mi nie dziękuj — powiedział spokojnie. — Daję wam szansę, ALE. Musicie się nauczyć współpracować. Rywalizacja jest dobra, ale z inną drużyną, nie ze swoją własną. Macie sporo czasu do meczu ze Ślizgonami, dlatego zostawiam wam prace domową i ufam, że ją wypełnicie. Spędzajcie ze sobą czas. Poza boiskiem też i to w możliwe przyjacielski sposób. I nie chcę słuchać dyskusji — dodał szybko, widząc, że Davies już otwiera usta, aby coś wtrącić. — Jeśli tego nie zrobicie, żadne z was nie zagra. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?
— T... Tak — odezwała się Clara.
— To dobrze. Możecie iść — powiedział Harrison, spoglądając to na jedno, to na drugie.
Nie było im trzeba powtarzać tego dwa razy. Natychmiast wypadli ze skrzydła, nie patrząc nawet dla siebie.
Dla Clary to była sytuacja patowa. Nie mogła nic zrobić, co ją denerwowało. Harrison postanowił. Jak mu się sprzeciwi to nie zagra! A współpraca z Davisem... Na Merlina, żeby kapitan tych słów nie przekazał profesor Goldberg! Jeszcze wpadnie na pomysł, aby jej szlaban odrabiali razem! Dobra, niby zaczęli z własnej, nieprzymuszonej woli się dogadywać, ale teraz, pod takim warunkiem jaki postawił przed nimi Krukon prawdziwa współpraca była niemożliwa! Przecież on musiał sobie z tego zdawać sprawę, że to nie był dobry pomysł!

Na samo wspomnienie tego wydarzenia Clara jęknęła, chowając głowę w ramionach. Davies, pomimo równej niechęci do tego całego planu starał się go wykonywać. Dlatego bardzo często towarzyszył jej na przerwach, usiłując nawiązać jakąś konwersację, która nie kończyłaby się cichymi pomrukami dziewczynki.
No dobra, zachowywała się w stosunku do niego nie fair. Wiedziała, że ignorowanie go to nie był dobry pomysł, bo mogła w ten sposób mogła zaszkodzić sama sobie. Poza tym, bardziej od Daviesa zdenerwowała ją reakcja Patricka na to wszytko. Mianowicie chłopak wyraził aprobatę co do tego planu, a wszelkie jęki Clary zbył krótkim "Harrison wie co robi".
W całym swoim zamyśleniu nie usłyszała dzwonka, który rozbrzmiał parę minut wcześniej. Uczniowie nieco ociężale wysunęli się z ławek, zupełnie ignorując monotonne słowa Binnsa, który, podobnie jak Krukonka, nie usłyszał dźwięku przerwy i nadal czytał tę samą książkę swoim monotonnym głosem.
Clarę z zamyślenia wybudziło klepnięcie w ramię. Natychmiast poderwała głowę i spojrzała w bok. Tuż obok niej stała Laurel z niepewną miną na twarzy.
— Możemy porozmawiać? — zapytała cicho.
— Oh.. Em... jasne! o co chodzi? — odparła natychmiast dziewczynka, spoglądając na przyjaciółkę nieco rozespanym wzrokiem. Przez usta blondynki przeleciał uśmiech.
— Może niekoniecznie tutaj, co? — powiedziała.
— Tak, jasne. masz rację — stwierdziła Clara, już nieco się rozbudzając.
Przy pomocy Laurel dość szybko się spakowała i obie wyszły z klasy.
— Więc? O co chodzi? — zapytała brunetka, lustrując przyjaciółkę wzrokiem. Ta lekko westchnęła.
— Dostałam rano list od rodziców — powiedziała cicho.
— Ouuu... — wyrwało się dziewczynce. — I co?
— Chcą, żebym przyjechała na Święta do domu. Grunt w tym... Że... No wiesz... — zmieszała się, nerwowo pocierając nadgarstki. — Nie bardzo chcę. Wiem, że to sprawa z Oliverem jest stara, ale nadal boli... I nie chcę znowu wysłuchiwać uwag rodziców co do moich przyjaźni więc... Zastanawiałam się... Czy twoja propozycja z początku roku jest nadal aktualna? Wiesz, że mogę do ciebie wpaść na Gwiazdkę?
— Eeee... — zająknęła się Clara. — Nie wiem — przyznała. — Zobaczę co da się zrobić. Być może moi rodzice się zgodzą, ale ty też będziesz musiała do swoich napisać — dodała szybko, widząc jak przyjaciółka momentalnie smutnieje.
— Wiem — odparła. — Ale...Mogłabyś chociaż spróbować?
— Nie no, jasne — odparła uśmiechając się. Laurel natychmiast to odwzajemniła, po chwili również przytulając Clarę.
— Dzięki! — wykrzyknęła.
— Do usług — odparła brunetka i uśmiechając się delikatnie poklepała dziewczynkę po plecach.
***
ZGADNIJCIE KOGO TU DŁUUUUUUUUUUUUUGO NIE BYŁO! Ale spoko jestem, żyję w końcu mam trochę czasu i weny bo znowu robię re-read Pottera a to mimo wszystko daje wenę XD Zobaczymy jak będzie w roku szkolnym... 
No a dziś taki rozdział bardziej ekspozycyjny. jak wam się podoba? Zmienił Wam zdanie o jakiejś postaci? Komentujcie!
Sonia

piątek, 19 maja 2017

Pierwsze "urodziny"

Hej!
Dziś, stety, niestety nie ma rozdziału, za to mam co świętować.
17. maja, czyli w tę środę minął dokładnie ROK od utworzenia tego bloga.
W rok udało mi się napisać całą jedną książkę i 13 opublikowanych rozdziałów + jeden jeszcze nieopublikowany.
W jeden rok zmieniłam szablon trzy razy.
W jeden rok moje rozdziały skomentowano 238 razy (no, niestety, wraz z moimi).
Blog (na moment, w którym to pisze) ma 8575 wyświetleń.
OCZYWIŚCIE, nie miałabym żadnego powera do pisania gdyby nie komentatorzy, którzy cierpliwie mnie edukują lub, czasem, chwalą. Także i Wam należą się podziękowania.
Idzie aka Mrocznej Jawie - za pomoc w selekcjonowaniu pomysłów, podpowiadaniu i domaganiu się o rozdziały + za tworzenie wspólnego uniwersum
Magdzie - mimo niemalże znikomej wiedzy na temat świata Potter'a czyta, za co szanuję i podziwiam
E.M.S, Bibliotece Feniksa (aaa już nie wiem jak mam Cię nazywać) - która jako pierwsza rzuciła mi w twarz krytyką, której potrzebowałam i dzięki której zaczęłam się bardziej zastanowić nad moim stylem pisania
Frozence - która od drugiej części leje mi lodowatą głowę prosto na łeb, ale ręcznik przy okazji tez podaje. To jest coś, czego ja potrzebowałam: wiadra konstruktywnej krytyki, należącej mi się i pomagającej mi wejść na dobre tory pisania i tworzenia bloga samego w sobie
Przewinęło tu się również wiele innych osób, ale jako wpadły i wypadły to nie byłam w stanie ich do końca zapamiętać :(
Co dalej? No cóż... W piątek NA PEWNO będzie rozdział. Pisać zamierzam nadal, bo to jest moja pasja i żadna szkoła we mnie tego nie zdusi. Nie dam się, na pewno!
A jak na razie mogę powiedzieć...

DZIĘKUJĘ


piątek, 21 kwietnia 2017

13. W cieniu drzew

Znalezione obrazy dla zapytania forbidden forest
Nie była pewna w która stronę biegnie. Jej stopy pędziły własnymi drogami, podczas gdy umysł starał odegnać od siebie słowa Ayers. To wszystko co powiedziała... Przecież to nie mogła być prawda! Patrick taki nie jest! Wierzył w nią od początku! A Eddie... Jest dobrym kapitanem! Na pewno by nie zrobił TAKIEJ rzeczy! On docenia innych za talent i poświęcenie i... i...
Więc dlaczego tak bardzo się bała, że słowa Ślizgonki okażą się prawdą? Czemu uciekała od wszystkich, skoro najzwyczajniej w świecie mogła szybko podbiec do Patricka i zapytać go o to? No tak...
Bała się. Ayers brzmiała tak pewnie kiedy to mówiła, że niemal zdołała o tym przekonać Clarę. Poza tym... Miała świadka! Co jeśli to wszystko jednak jest  prawdą? Czy faktycznie jest tak beznadziejna, że w ruch musiały pójść pieniądze? A jeśli nie tylko to jest kłamstwem? No bo... Skoro osoba, której ufała mogła ją tak zdradzić... To czy w takim wypadku te wszystkie jej przyjaźnie też tak wyglądały? Ktoś z góry chciał...
Nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Przesadza! Znowu! To nie był pierwszy raz, kiedy usłyszała coś niemiłego i zamiast porozmawiać z tą osobą zaczęła rozmyślać nad wszystkim co by tylko pasowało do tego stwierdzenia! Gwałtownie się zatrzymała, biorąc kilka głębokich oddechów. Przecież WIE, że nic takiego się wokół niej nie dzieje. WIE, że jej przyjaciele są faktycznie jej przyjaciółmi a nie produktami jakiejś dziwnej maszyny wybudowanej wokół niej...
Westchnęła i ukrywając twarz w dłoniach, osunęła się na kolana. Postanowiła skupić się na tym, co jest wokół niej, aby w jakiś sposób odegnać swoje niewesołe myśli.
Ku jej zaskoczeniu trawa pod jej nogami była wilgotna, a rankiem, o dziwo, nie padało. Wzięła więc ponownie kilka głębokich wdechów i odjęła ręce od twarzy, rozglądając się uważnie wokół siebie.
Była w... Zakazanym Lesie. Zaskoczona i nieco przerażona próbowała zrozumieć, gdzie dokładnie mogła dojść. Z całą pewnością siedziała na jednej z wielu polan, jakie znajdowały się w tej puszczy. Gdy spostrzegła drzewo, znajdujące się idealnie pośrodku łąki zorientowała się, że zna to miejsce. Rok wcześniej trafiła tu z George'm, gdy ona, Laurel i bliźniacy zostali rozdzieleni przez testrala. Pamiętała również, że tutaj pierwszy raz napotkała elfa.
Wiedziona jakimś przeczuciem wstała i podeszła do drzewa. Wyciągnęła dłoń, dotykając chropowatej kory. Co dziwne, sam ten dotyk wystarczył jej, żeby choć trochę się uspokoić. Ponownie wzięła parę głębokich wdechów, pozwalając aby chłodne, listopadowe powietrze przepłynęło przez jej umysł. Z każdym wydechem wyobrażała sobie, że wyrzuca wszystkie ciemne myśli, jakie miała w głowie aż nie pozostało tam nic. Uśmiechnęła się lekko.
Odwróciła się plecami do drzewa, zsuwając się w dół. Delikatnie oparła się o jego pień, wznosząc oczy ku górze. Pomimo tego, że już powoli czuła się uspokojona nie chciała wracać do zamku. Na samą myśl o tym żołądek zawiązywał jej się w ciasny węzeł, a w gardle powstawał wielka gula. Objęła się rękami, odrzucając głowę w tył.
Ślizgonom nie wolno ufać, pomyślała. No, może niekoniecznie wszystkim, bo w końcu nie znała każdego z osobna, ale Ayers... Nie, ona na pewno kłamała. Mimo, że mówiła o świadku, ale... Może ten świadek nie istniał? Wymyśliła go na poczekaniu, aby jej historyjka była bardziej wiarygodna? Najprościej będzie, gdy najzwyczajniej w świecie zapyta o to Patricka, prawda?
Tak, pewnie, że tak. Ale w końcu jest Clarą Pond. Po co sobie ułatwiać życie, skoro można je utrudniać? Po co od razu nie iść do przyjaciela, aby to wyjaśnić? Przecież można zwiać do ZAKAZANEGO Lasu i... Nie wiedzieć jak wrócić do zamku! Jest po prostu świetnie!
Mimowolnie poczuła jak łzy ponownie zaczynają spływać jej po policzkach. Zacisnęła palce na włosach, czując jak każdy kolejny szloch wstrząsa jej ciałem. Nagle, w jednej chwili, poczuła jak coś w środku niej pęka. A to wszystko tylko z powodu głupiej plotki. Niepotwierdzonych słów dziewczyny, której nawet nie lubi i vice versa. Czemu słowa tak ranią? Ach, czemu jest tak głupia? przecież dopiero przed chwilą się uspokoiła!
Zadrżała, czując jak zimny podmuch wiatru przeszywa jej ciało. Zdezorientowana spojrzała w niebo, marszcząc czoło. Nad polaną zawisła ciężka, siwa chmura, która nie wyglądała ani trochę przyjaźnie. Po prawdzie sprawiała wrażenie jakby zaraz miała z siebie wypuścić całkiem potężna ulewę. Clara podniosła się więc z zimnej ziemi, obejmując się rękoma. Zaczęła podskakiwać w miejscu i rozcierać ścierpnięte ramiona. Szata do quidditcha, mimo że dość wygodna i przyjemna w dotyku, nie do końca była wiatroodporna. No a już na pewno nie była na tyle gruba, żeby nie przepuszczała zimnego powietrza. Przy kolejnym podmuchu wiatru dziewczynka ponownie zadrżała. Wzrok skierowała na przeciwną stronę Lasu, zastanawiając się.
Miała dwa wyjścia. Albo wejdzie w ten gąszcz i prawdopodobnie już z niego nie wyjdzie, albo tu zostanie, mając jakąś licha nadzieję, że ktoś w jakiś magiczny sposób ją znajdzie. Może bliźniacy, używając Mapy...
No właśnie, myśląc o Weasleyach... Ostatnio zaczęli się zachowywać dość... Specyficznie, przynajmniej w oczach Clary. Od ich selekcji zaczęli się bardziej dystansować od niej i Laurel. Często rozmawiali o czymś przyciszonym tonem i urywali, gdy ktoś inny do nich podchodził. Zirytowana przymknęła oczy, przypominając sobie historię sprzed dwóch tygodni.

— Claro? — usłyszała tuż za sobą czyjś znajomy głos. Jego ton nie brzmiał zbyt przyjaźnie, toteż dziewczynka nieco się wystraszyła. Zaskoczona odwróciła się, nerwowo przegarniając włosy z czoła. Jednak momentalnie całe jej napięcie zniknęło, gdy zobaczyła stojącego za nią Freda. — Mogłabyś coś przekazać mojemu kochanemu bratu?
Coś w tonie jego głosu nie podobało się dziewczynce. Może to przez przesłodzony ton jakim mówił lub przesadne zaakcentowanie słowa "kochanemu". Jego postawa  również sprawiała, że Clarę coś mimowolnie odrzucało. Ramiona, niby spokojnie założone na piersi, były napięte, jakby chłopak spodziewał się ataku. Szczęka również była spięta, jakby powstrzymywał się od zgrzytania zębami. Jednak coś co najbardziej ją odpychało znajdowało się w jego oczach. Zazwyczaj błyszczały ciepło, a psotne iskierki wesołości je jeszcze bardziej rozświetlały. Tym razem jednak ziało od nich pustką a ich kolor był ciemniejszy niż zazwyczaj.
W rezultacie Clara przyjęła podobną postawą co on, nerwowo odgarniając włosy do tyłu.
— Jasne — powiedziała cicho, spoglądając na niego niepewnie o co chodzi.
— Świetnie. Przekaż mu, że nie ma mowy. I to moje ostatnie słowo. Oraz, że rodzice pewnie zrozumieją, tylko trzeba im na to otworzyć oczy. Będzie wiedział o co chodzi — odparł, odwracając się na pięcie.
Zdezorientowana zamrugała kilkakrotnie oczami. "Że co?!" pomyślała zirytowana. Dopiero po kilku sekundach, gdy pierwszy szok jej minął, przypomniała sobie jak się mówi.
— Cze... Czekaj! FRED!
Zawołany odwrócił się, unosząc sceptycznie brew. Dziewczynka dobiegła do niego i zapytała:
— A mogę chociaż wiedzieć o co chodzi?
— O nic takiego — odparł ze stoickim spokojem chłopak, pocierając sobie kark. Tym razem to Clara uniosła sceptycznie brew.
— Nie kłam — westchnęła.
— Mówię prawdę!
— A ja jestem latającym jednorożcem. Proszę cię. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi — odparła, z nutką wyrzutu w głosie. Chłopak przewrócił oczami, wzdychając.
— Bo jesteśmy.
— No to o co chodzi?
— O nic! — odparł poirytowany, podnosząc głos.
— Laurel byś powiedział... — mruknęła cicho, zerkając na niego spode łba.
— Na pewno nie — rzucił. — Przekażesz mu to?
— Tak... Ale i tak sobie o tym porozmawiamy.
— Nie mogę się odczekać, latający jednorożcu. A teraz wybacz, śpieszę się na historię — i to mówiąc oddalił się śpiesznym krokiem w dal korytarza, zostawiając skołowaną Clarę na jego środku.
***
Aż podskoczyła, gdy zdenerwowana Laurel rzuciła opasłe tomiska na stół. Uniosła na nią wzrok, odrywając się od pisania jednego z esejów na astronomię. Co prawda, mieli go oddać dopiero w przyszłym tygodniu, ale dziewczynka wolała się do tego zabrać jak najwcześniej.
— Dlaczego oni są takimi idiotami? — zapytała blondynka, unosząc wzrok na przyjaciółkę. Ta, jak gdyby nic, spokojnie odłożyła pióro i kałamarz w bezpieczne miejsce, aby nie zachlapać sobie pergaminu, gdyby Laurel wpadła w swój gestykulacyjny nastrój.
— Fred i George? — zapytała.
— A kto inny?! — odparła poirytowana Krukonka, wyrzucając rękę w powietrze. — Rozumiesz, że George złapał mnie na środku korytarza, OZNAJMIAJĄC mi, tonem nieznoszącym sprzeciwu, że mam coś przekazać Fredowi?! GEORGE! MI!
W tym momencie zaszokowana Clara zamknęła książkę. Rzoejrzeła się szybko po bibliotece w której się znajdowały i wyszeptała:
— Serio? Co chciał, żebyś mu przekazała?
— Coś o tym, że nie podoba mu się ten pomysł i nie zmieni zdania. Oraz nie chce zawieść rodziców — odparła. — Co? — dodała, widząc, że przyjaciółka zamarła z otwartymi ustami. — Clar? Halo? — zamachała jej dłonią przed twarzą. Dziewczynka zamrugała parokrotnie oczami.
— Wybacz. Zamyśliłam się — powiedziała. — Przekazałaś mu to?
— Tak, choć od razu zaznaczyłam i jemu, i później Fredowi, że nie jestem ich sową, więc gdy Fred chciał przeze mnie przesłać odpowiedź, powiedziałam mu, że jak chce się tak bawić, to niech idzie do sowiarni i wyśle list.
— Kiedy to się stało? — zapytała Clara, marszcząc w zastanowieniu brwi.
— Przed eliksirami — odparła natychmiast dziewczynka, mrużąc oczy. — A co?
— Widzisz, miałam podobną stację... Tylko, że z Fredem i w odwrotnym słowach. On twierdził, że nie trzeba patrzeć na rodziców, i jakoś to rozwiążą, czy coś w tym stylu...
— ...a na pytanie co się dzieje, odparł ci, że nic, prawda? 
— Taaak... — odpowiedziała zamyślona dziewczynka, opierając łokieć na stole, podpierając sobie ręką głowę. Po jej minie widać było, że wyraźnie się nad czymś zastanawia. - Jak myślisz, o co chodzi?
— A ja wiem... — mruknęła Laurel, przyjmując podobną postawę, co jej przyjaciółka. — Są braćmi. Mogło pójść o wszystko. Choć przyznam, że trochę dziwnie się z tym czuję. Zazwyczaj to Fred i ja drzemy koty. Ewentualnie oni z Percy'm. Nigdy między sobą.
W tym momencie do biblioteki weszli obaj bliźniacy... z uśmiechami na twarzach. Kompletnie ignorując zdziwiony wzrok obu dziewczynek z charaktery statycznym dla siebie hukiem usiedli przy ich stoliku, o mały włos nie rozlewając otwartego kałamarza Clary.
— Co tam? — zapytał George, z uśmiechem przyklejonym na twarzy.
— Nic? — odparła niepewnie brunetka, zatykając sobie kałamarz, na wypadek gdyby chłopcy wstając nie zrobili takiego samego huku, zagrażającego bezpieczeństwu jej pracy. — W zasadzie właśnie o was rozmawiałyśmy.
— Naprawdę? — zapytał drugi z bliźniaków, unosząc brew. — Czemu?
— Daj spokój, Fred. Pewnie chciały nas zapytać jak to jest być tak wspaniałym...
— ...lub mądrym...
— ...lub jak być kłamcami i nie mówić swoim przyjaciółkom o tym, co się dzieje — prychnęła Laurel zakładając ręce na piersi. Obaj bliźniacy wymienili spojrzenia.
— Nie wiem, o czym mówisz, Lauruś — odparł Fred z kamienną twarzą. Na te słowa Clara teatralnie kichnęła.
— A ty co? Chora? — zapytał George, spoglądając na przyjaciółkę. Ta wzruszyła ramionami.
— Mam alergię na kłamstwo — odparła, patrząc na nich wyzywająco.
— Kiedy my mówimy najbardziej szczerą prawdę — stwierdził Fred, zakładając ręce na piersi, tym razem jednak bez napiętych ramion. Kichnięcie tym razem nastąpiło od strony Laurel.
— No patrz, Clar. Chyba ta twoja alergia mi się udzieliła — powiedziała. Dziewczynka bezradnie rozłożyła ręce. — Także, jeśli nie chcecie, żebyśmy umarły z tej alergii, to mówcie nam prawdę.
— Kiedy to prawda! — wykrzyknął poirytowany George. Obie dziewczynki równocześnie kichnęły. Chłopcy wywrócili oczami.
— Wiesz co, Freddie? Musimy stąd wyjść. Zaraz my zarazimy się alergią na przewrażliwienie i będziemy wmawiać innym coś, czego nie ma — powiedział Gryfon, wstając, a jego brat zrobił to samo.
— Masz rację. Pa, alergiczki! Do zobaczenia na kolacji! — i wyszli.
— Nie podoba mi się to... — mruknęła cicho Laurel, odprowadzając ich wzorkiem.
— Mi też nie - westchnęła Clara, wbijając wzrok w pergamin.

Martwiła się o nich. Nie podobało jej się to, że coś przed nimi ukrywają. To było nie fair. Ona zawsze o wszystkim im mówiła... No, może i nie o wszystkim, nadal nie wiedzieli co wydarzyło się u Laurel w wakacje... Choć w sumie oni też zdawali się o tym zapomnieć, bo do tematu nigdy nie wrócili. Kto może ich winić, przecież sytuacja zdarzyła się na początku roku, a Laurel nie zachowywała się tak, jakby faktycznie działo się u niej coś złego. Nie wzdrygała się, gdy jej rodzinna sowa przylatywała z paczką. Czasami tylko twarz jej lekko tężała, gdy czytała jakąś krótka notkę od rodziców, ale nie na tyle, aby dało się to zauważyć.
Uniosła wzrok. Z zaskoczeniem odkryła, że podczas swojego rozmyślania ponownie zagłębiła się w las, tylko tym razem nie była to polana. Nie był to też jakiś szczególny gąszcz. Drzewa stały rzadziej. Poprzez ich korony dało się dotrzeć poszarzałe, ciemne niebo, jednak nic poza tym. Dziewczynka nadal nie mogła dojrzeć chociażby prześwitu zamku, co wydawało jej się dość dziwne.
Szkołę zawsze było dobrze widać. Bądź co bądź została wybudowana na klifie i.. No cóż... Nie dało jej się nie zauważyć z powodu jej rozmiarów. Z okien wieży Ravenclawu zawsze była w stanie zobaczyć Zakazany Las w jego pełnej krasie, to dlaczego gdy sytuacja jest odwrotna nie widzi znajomych kształtów budynku?
Zamarła, czując jak panika ponownie przebija się do jej umysłu. Potrząsnęła głową. Nie. Musi się uspokoić. Jak sama stąd nie wyjdzie, to ktoś ją znajdzie. Fred i George maja Mapę. Zajmie im to chwilkę, ale wpadną na to, aby na niej jej poszukać. A jeśli nie oni to wymyślą, to zrobi to Laurel. Nie ma żadnych powodów do paniki. Najlepiej będzie jak usiądzie w jednym miejscu i na nich poczeka... Oby to zrobili przed burzą. Nie miała najmniejszej ochoty moknąć i, nie daj Boże, przeziębić się,
Już miała usiąść na jakimś bezpańskim kamieniu, kiedy usłyszała przeciągliwy pisk, dobiegający spod niej. Natychmiast odwróciła się, spoglądając w dół. Na szarym kawałku skały dostrzegła jakieś małe stworzenie, rozmiarów kreta. Ukucnęła ostrożnie, zaskoczona zauważając, że był to niuchacz. Nauczona doświadczeniem najpierw schowała swój naszyjnik pod szatę, a potem delikatnie trąciła zwierzę.
Stworzenie natychmiast obróciło się  na plecy. Wzrok czarnych, paciorkowatych oczu utkwiło w dziewczynce. Natychmiast założyło ręce na brzuszku, jakby chcąc ochronić swój dobytek. Na ten widok Clara uśmiechnęła się.
— Nie martw się. Nie zamierzam ci niczego zabrać — powiedziała spokojnie.
Na dźwięk jej głosu niuchacz lekko przekrzywił główkę, starając się chyba coś przypomnieć. Jego rączka powędrowała w głąb kieszonki, wyciągając z niej... wsuwkę Clary. Zdziwiona dziewczynka uniosła brwi.
— To ty mnie prawie okradłeś! — wykrzyknęła zdziwiona. — Serio, czy w tym lesie nie ma innych niuchaczy? — dodała po chwili na głos.
— Są. Tylko mało które są tak przyjacielskie — usłyszała tuż za sobą czyjś głos. Przestraszona odwróciła się. natychmiast wyciągając różdżkę i celując nią w nieznajomego, którym okazał się być... centaur. — Nie ma potrzeby do wyciągania różdżki, młoda czarownico — powiedział spokojnym tonem, ale coś w jego szarych oczach sprawiło, że dziewczynka natychmiast pożałowała takiego zachowania.
— Przepraszam... — wymamrotała. — Proszę, nie bierz tego do siebie, Las jest trochę... Przerażającym miejscem.
— A jednak znów to jesteś — odparł, spoglądając na nią nieco karcącym wzorkiem.
Dopiero po tych słowach Clara postanowiła mu się przyjrzeć uważniej.
Jego końska część ciała była siwa, tak samo jak długie włosy i broda. Przypominał jej trochę profesora Dumbledore'a, tylko, że centaur nie miał niebieskich oczu i z cała pewnością nie nosił okularów. Nie biła tez od niego ta ciepła aura, jaka zazwyczaj otaczała dyrektora Hogwartu. Coś w jej mózgu kliknęło i uświadomiła sobie z kim rozmawia.
O ile dobrze pamiętała był to Helios. Kiedy w zeszłym roku zgubiła się z Laurel i bliźniakami w lesie pomógł im wyjść. Zastanowiła się czy warto byłoby go poprosić o pomoc.
— Zwierzęta cię lubią — powiedział niespodziewanie centaur.
— Na to wygląda — pozwiedzała cichutko dziewczynka. — Nie mam pojęcia dlaczego tak jest... Ale z tym niuchaczem spotkałam się już wcześniej. Spotkałam też parę elfów ostatnio. No i jeszcze te testrale... — mruknęła. — Przepraszam — dodała szybko, widząc jak wzrok Heliosa tężeje. - Nie mam pojęcia dlaczego panu to mówię.
— Ja również nie — odparł spokojnie. — Ale to niezwykły dar nie marnuj go. Jednym czarodziejem w pełni sprzyjającym zwierzętom i szanującym nas, centaury, był Scamander. Tylko, że on nie widział testrali To zły znak.
— Dlaczego? Czytałam o tym wcześniej, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. Testarle widzi ten, kto zobaczył czyjąś śmierć, a ja nie jestem w stanie sobie przy...
— Nie jestem tym, kto zna odpowiedzi na twoje pytania, młoda czarownico. Być może powinnaś pytać tych, których znasz lepiej — odparł. Clara z całej siły powstrzymała się od prychnięcia.
— Pewnie tak zrobię, ale najpierw muszę się stad wydostać — odparła, starając się, aby jej głos nie brzmiał sarkastycznie. Od profesor Goldberg wiedziała, że centaury są bardzo dumnymi stworzeniami i bardzo łatwo je urazić. Dlatego, skoro chciała aby Helios ją wyprowadzić musiała się zachowywać.
— Być może byłbym w stanie ci pomóc — odparł spokojnie centaur, wyłapując niemą prośbę dwunastolatki. — Jednak musisz mi coś obiecać.
— Oczywiście. O co chodzi?
Zwierzę położyło palec na ustach i wskazał dziewczynce palcem coś, znajdującego się obok niej. Podążyła wzorkiem w tym kierunku, zauważając parę kocich, żółtych oczu wyłaniających się zza krzaka. Wraz za nimi przód podążyły  srebrzyste wąsy, cętkowany tułów, łapy aż w końcu tuż przed nią siedział dość sporej wielkości kot, przypominający persa. Machał zawzięcie ogonem zakończonym pędzelkiem, przypominającym Clarze lwi.
Po tym szczególe domyśliła się, ze nie miała do czynienia ze zwykłym kotmem, tylko kugucharem, o którym opowiedziała im na jednej z lekcji profesor Goldberg. Zwierze świdrowało wzorkiem dziewczynkę. 
Ta bezwiednie ukucnęła, niepewnie wyciągając w jego kierunku rękę. Ten zerknął na niuchacza, jakby go o coś pytał. Ten jakby kiwnął głową. Dopiero wtedy kuguchar zdecydował się podejść do dziewczynki i trąci płaskim pyskiem o jej rękę. Następnie kilkakrotnie trącił jej kolana spiczastymi uszami, przypominające rysie i głośno miauknął. Dziewczynka zerknęła niepewnie na centaura, a ten spokojnie kiwnął głową.
Już miała za nim iść, gdy powstrzymała ją ciężka dłoń Heliosa na jej ramieniu.
— Spełniłem swoją część obietnicy. Teraz twoja kolej. Przekaż swojej blondwłosej koleżance, aby pamiętała słowa centaurów sprzed roku. Droga, którą podąża, może się skończyć tragicznie — i jak gdyby nic odwrócił się na wszystkich czterech kopytach i pogalopował w las, zostawiając skonfundowaną Clarę. Kuguchar ponownie zamiauczał, zmuszając dziewczynkę do wyrwania się z szoku. Podążyła więc niepewnie za nim.
Przez całą drogę z Lasu dziewczynka zastanawiała się co znowu chodzi? Laurel cały czas skrywała to, co powiedziały jej centaury rok temu, a teraz TO? Skąd w ogóle te zwierzęta maja taką wiedzę? Nie. Nie miała na to dziś siły. Nie teraz. 
Gdyby ktoś później kazał opisać jej drogę, którą wróciła, nie potrafiłaby tego zrobić. Odpowiedziałaby tylko, że szła przez gęstwinę drzew i krzewów. Cała droga nie miała żadnych punktów charakterystycznych, których mogłaby się uczepić, ewentualnie odtwarzając w pamięci drogę. Dość aby powiedzieć, że po kilku chwilach stała na skraju lasu, widząc przed sobą znajome mury Hogwartu, a kilka metrów przed nią dostrzegła Patricka. Westchnęła i mentalnie przygotowując się na reprymendę z jego strony podeszła w jego stronę.
***
JESTEM! ŻYJĘ! LEDWO, ALE JEDNAK! Nie wiem, kiedy następny rozdział, mam nadzieję, ze w tracie majówki coś napisze, ech... W każdym razie dedyk dla Magdy!! ^^
Sonia

piątek, 31 marca 2017

12. Mecz

Znalezione obrazy dla zapytania quidditch
Pierwszy listopadowy deszcz zaczął uderzać o szyby okien Hogwartu. Leniwe krople spływały w dół szkła, pozostawiając za sobą płynny ślad, który po chwili znikał pod napływem kolejnej. I tak w kółko. Zimny wiatr łomotał o szyby, próbując usilnie wedrzeć się do środka pomieszczenia i stłumić ciepło, bijące od kominka na dolnym piętrze.
Clara westchnęła, podpierając głowę ręką, z całych sił starając się skupić na słowach kapitana. Siedziała wraz z resztą drużyny na półpiętrze pokoju wspólnego Ravenclawu, słuchając, a przynajmniej udając, że słucha, omawianej przez Harrisona taktyki.
Następnego dnia miał się odbyć jej pierwszy mecz. No, może sama nie będzie grała, ale świadomość, że będzie obserwowała mecz z ławki rezerwowych w aktualnym stroju ścigającej był dla niej naprawdę ekscytujący. Oczywiście znała zasady, że nie można było zmienić zawodnika podczas meczu, ale... Zawsze mogła mieć nadzieję.
Mimo to nie mogła być pewna, czy w przypadku kontuzji, która mogła się przedłużyć do następnego meczu, wystawiliby właśnie ją. W rezerwie zawsze pozostawał Davies. Dziewczynka musiała przyznać, że miał on talent i był dobrym strategiem. Na pewno nie tak dobrym jak Harrison czy Wood, ale, jak to mówił starszy Krukon, nieco praktyki i się wyrobi. Poza tym, o ile podczas selekcji zachował się wobec niej... no... delikatnie mówiąc nie fair, teraz zaczęło się to lekko zmieniać. Mimo, że nadal pysznił się podczas treningów i wręcz domagał się pochwał, powoli zaczynał pokornieć. Harrison wiedział gdzie uderzyć, żeby go zamknąć. Zazwyczaj wytykał mu jakieś pomniejsze błędy, gdy chłopiec rozgadywał się za bardzo.
Gdy podzieliła się tym spostrzeżeniem z Patrickiem, ten tylko pokręcił głową z dezaprobatą i powiedział:
— Nie ufaj mu tak szybko. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, Clar — i poszedł, zostawiając skonfundowaną Clarę przy stoliku.
Nadal nie rozumiała o co mu chodziło. Przecież ani razu nie przyznała, że mu ufa. Po prostu podzieliła się spostrzeżeniem i to nie tylko swoim. Większa część drużyny również zaczynała się do niego przekonywać, mimo uprzedzeń z pierwszych treningów. Pewnie w razie czego pewnie by go wspierali gdyby kapitan wystawił właśnie jego do następnego meczu.
Oczywiście, to nie było tak, że Clara była w jakiś sposób nielubiana. Wręcz przeciwnie, starała się być miła dla każdego, nawet dla Daviesa. Szczególnie zaczęła się dogadywać z pierwiastkiem damskim, w którego skład wchodziła druga ścigająca. Reszta drużyny była praktycznie zdominowana przez chłopców, jednak i z nimi dziewczynka jako tako się dogadywała.
— No dobrze, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli — doszedł do niej w końcu głos Harrisona. — Idźcie spać. Rezerwowi niech pamiętają, że mają być w gotowości, nawet jeśli jutro nie zagrają — dodał, spoglądając na Clarę i Daviesa. — Dobranoc.
— Dobranoc — odparli, wstając od stołu.
Dziewczynka z cichym westchnięciem odsunęła krzesło i wstała, kierując się w stronę dormitoriów. Musiała sama przed sobą przyznać, że czuła się z lekka słabo. Tego samego dnia miała dość wymagający sprawdzian z transmutacji i jakieś zadanie z eliksirów. Naprawdę chciała już iść spać. Tylko, że...
— Pond? Możemy pogadać?
Zgrzytnęła zębami. Ostatnim czego chciała, było użeranie się teraz z Daviesem. Jednak mimo to odwróciła się.
— Słucham? — zapytała i zakładając ręce na piersi, oparła się o ścianę. — O czym chcesz porozmawiać?
— Czy ja cię kiedykolwiek przeprosiłem za to... no wiesz... — zaczął, opuszczając wzrok w dół. Clara zaszokowana uniosła brwi. — Za to na selekcji?
— Nie. Kontynuuj — odparła zimno, przegarniając włosy i skupiając swój wzrok na chłopaku.
Szczerze mówiąc była to ostatnia rzecz, jakiej się po nim spodziewała. Davies przepraszający ją? Za coś, co wydarzyło się nieco ponad miesiąc wcześniej? Nieprawdopodobne...
Mogłoby się wydawać, że Krukon jeszcze bardziej się zmieszał.
— No więc...
— Nie zaczyna się zdania od "więc"... — natychmiast przerwała mu z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Spiorunował ją wzrokiem.
— Naprawdę nie zamierzasz mi tego ułatwiać, co? — zapytał niby spokojnie, ale gdzieś w jego głosie zabrzmiał twarda nuta. Wzruszyła ramionami.
— To twoje przeprosiny. Twoja wina. I tak, nie zamierzam,
— No dobrze, niech ci będzie. Przepraszam. Moje zachowanie było... no... nieodpowiednie? — powiedział niepewnie, akcentując ostatnie słowo jak pytanie.
— Ty mnie pytasz, czy wiesz?
— Było nieodpowiednie — powtórzył już pewniej. — Przez moje gwiazdorzenie trafiłem do rezerwy... Tak samo jak ty. Oboje się marnujemy i to z mojej winy. I za to przepraszam — powiedział unosząc na nią wzrok.
Clara zamrugała. Śni. Na pewno. To się nie dzieje na prawdę. Roger Davies nikogo nie przeprasza. Nigdy. Mowy nie ma. Musiała teraz leżeć przy stoliku zawodników quidditcha i spać, gdy Harrison próbuje coś wytłumaczyć. To na pewno to. Ale jeśli śni, czemu akurat o Daviesie? Nie, nie, na to musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie...
Po chwili dotarło do niej, ze jednak to nie jest sen. Dwunastolatek stał przed nią z miną zbitego psa i czekał na wyrok. Wybaczyć mu czy nie? Westchnęła. W sumie, co jej szkodzi?
— Wybaczam — mruknęła, rozkrzyżowując ręce.
— Serio? Dzięki! — wykrzyknął uradowany. Dziewczynka niemal się uśmiechnęła, ale nawet pozostawała czujna. — Więc... widzimy się jutro rano, tak?
— Tak. Dobranoc — odparła odwracając się i idąc na górę.
— Dobranoc.
Gdy dotarła w końcu do swojego dormitorium jej współlokatorek jeszcze nie było. Szybko ogarnęła wieczorną toaletę i rzuciła się na łóżko. Zamknęła oczy, ale zamiast śnić myślała o sytuacji sprzed chwili.
W ogóle czemu ją przeprosił? Dlaczego tuż przed meczem? Czy na coś liczył? Na co? Od niej niczego nie mógł mieć. Jeśli komuś miałby się podlizywać to tylko Harrisonowi... Przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową. Nie wiedziała co o tym myśleć. Może te przeprosiny były faktycznie szczere? W każdym bądź razie wyglądały na takie. Co jeśli faktycznie było mu przykro... No to dlaczego dopiero teraz ją przeprosił?...
Nie ufaj mu tak szybko, zabrzmiał jej w głowie nieoczekiwanie głos Patricka. Ale przecież mu nie ufa. Tylko zaakceptowała jego przeprosiny. To jeszcze nie jest znak, że mu ufa. W sumie w tym momencie wątpiła czy w ogóle kiedykolwiek będzie w stanie. Ale... Może danie mu szansy nie skończy się tragedią?
***
— Clar...
— Nie.
— Nie kłóć się ze mną. Spadniesz z miotły jak nie będziesz jadła — powiedział spokojnie, acz stanowczo Patrick. Dziewczynka jęknęła.
— Wcale nie — mruknęła, nie patrząc nawet na jedzenie. Siedząca obok prefekta Fiona westchnęła.
— Clar, naprawdę. Bo zaraz pójdę do Eda i mu powiem, żeby w ogóle cię odwołał z ławki rezerwowych — powiedziała. Gdy brunetka dalej nie reagowała, szesnastolatka ostentacyjnie odsunęła od siebie głośno krzesło, wstając.
— O Jezu no... Już jem... — odparła naburmuszona Clara, chwytając za widelec i biorąc do ust kawałek parówki. — Widzisz? — dodała, przeżuwając. Fiona przewróciła oczami, ale usta zadrgały jej w lekkim uśmiechu. Usiadła.
— W ogóle nie rozumiem czym się tak denerwujesz — dodała. — Przecież będziesz tylko siedziała na ławce. Nikt cię po tym nie będzie oceniać.
Westchnęła ukrywając twarz w dłoniach. Patrick zerknął na nią krytycznie.
— Wiesz, że przesadzasz? — zapytał, unosząc brew.
— Wiem — jęknęła. — Ale no... jednak... To głupie...
— Nie jest głupie, jeśli ci to sprawia przykrość. O co chodzi? — odparł i pochylił się, skupiając cała swoją uwagę na dziewczynce. Ta jęknęła.
— To znaczy... No wiesz... — zaczęła, nerwowo przegarniając włosy. — Trochę mi przykro, że jestem w rezerwie... Choć z drugiej strony się cieszę, że jestem w ogóle w drużynie... Ale też jeśli komuś coś się dziś stanie, nawet jeśli nikomu tego nie życzę, to nie jest potwierdzone, że to ja na pewno zostanę wyznaczona do następnego składu. No bo... Jest jeszcze Davies...
— ...który ostatnio mizdrzy się do Eddiego jak Derrik do Lindsey — wtrąciła siedząca naprzeciw niej Laurel, która przysłuchiwała się tej rozmowie już od jakiegoś czasu. Nie zamierzała się wcześniej wtrącać, bo narzekań Clary słuchała niemal od chwili wstania z łóżka. Zerknęła w stronę kapitana drużyny, który wydawał się być pogrążony w myślach. Nad nim, jakby na potwierdzenie jej słów stali kolejno wszyscy wymienieni przez nią Krukoni.
— Jemu też jest ciężko. Uwierz mi, on o was dba. Szczególne o ciebie - dodała Fiona, podążając za wzrokiem blondynki. — I o Daviesa. Naprawdę nieźle to przeżywa, gdy ktoś z drużyny ulega kontuzji. Pewnie dlatego jesteście oboje w rezerwie. Jetseście młodsi i martwi się o was. Wie co robi.
Dziewczynka dość niemrawo pokiwała głową. Widząc to szesnastolatka przytuliła ją mocno do siebie, dając jej czas na wzięcie się w garść. Po dłuższej chwili Clara wzięła głęboki wdech i odsunęła się od Fiony.
— Dzięki — mruknęła, uśmiechając się. Dziewczyna odwzajemniła gest.
— Nie ma za co. I nie myśl już o tym — powiedziała, nachylając się i całując ją w czoło. — A teraz już jedz, bo nie będziesz miała siły nawet na krzyk z ławki.

Dwadzieścia minut później siedziała już w szatni Krukonów, słuchając ostatnich słów Harrisona do drużyny. Tym razem, inaczej niż poprzedniego dnia, naprawdę starała się skupić na tym, co mówi. Było dość trudne, biorąc pod uwagę, że wykład trwał już pięć minut. na szczęście chyba chylił się już ku końcowi.
— No dobrze... Rani, pamiętaj o tłuczkach, bo jak zapomnisz  o tym, że latają, to kaplica... Duncan lataj za nią, a tłuczki, to wiesz... W Puchonów, ale delikatnie, bo to nie Ślizgoni, na nich zostaw sobie siłę potem... Rezerwowi bądźcie czujni. Nigdy nic nie wiadomo, obserwujcie uważnie przeciwnika... Potem was zapytam co dokładnie widzieliście, może zauważycie w ich taktyce coś, czego ja nie dostrzegłem. No dobrze. To chyba, wszystko, miotły w dłoń — zakończył swój wywód chłopak i biorąc do ręki swój pojazd wstał. Reszta drużyny, prócz rezerwowych poszła w jego ślady.
— A! I jeszcze jedno — dodał, odwracając się do Krukonów. — Uważajcie na siebie. I mówię także do rezerwowych, bo nawet jeśli trybuny na czas meczu są zaklęte, to ławki rezerwowych już nie bardzo. Tłuczki latają wszędzie i jeśli któreś z was znajdzie się w skrzydle szpitalnym...
— Eddie, wiemy — wtrąciła natychmiast Geddes, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Powtarzasz nam to non stop. Nic nikomu się nie stanie. Tym bardziej Pond i Daviesowi. Na ziemi są bezpieczni.
— Dokładnie. Nic nam się nie stanie — powtórzyła po koleżance Clara, kiwając głowa tak mocno, sprawiając wrażenie jakby zaraz miała jej spaść z szyi. Na ten widok Harrison uśmiechnął się słabo.
— No dobrze - odparł, biorąc głęboki oddech. — Niech wam będzie.
I odwrócił się w kierunku wyjścia. Ścigająca zerknęła jeszcze na młodszą dziewczynkę, puszczając w jej kierunku oko. Poprzez ściany budynku usłyszeli głos Jordana:
— Witam wszystkich na meczu Krukoni kontra Puchoni! Nasze drużyny powinny już wyjść na boisko, ale guzdrzą się niemiłosiernie... Ktoś tu chyba chce ominąć przedpołudniowe lekcje! Czyżby sprawdzian?
— JORDAN! — ostry głos profesor McGonagall przebił się przez cienkie ściany szatni nawet bez megafonu. Cała drużyna lekko zachichotała.
— No dobra! Idziemy, bo widocznie nawet Gryfoni nie są w stanie na nas zaczekać — powiedział kapitan, popychając drzwi. Clara i Roger wymienili spojrzenia, niepewnie wstając.
Kiedy wyszli z budynku, pierwszym co uderzyło dziewczynkę był wszechogarniający hałas. Na trybunach zebrała się chyba cała szkoła. Po raz pierwszy od początku tego dnia, Clara poczuła prawdziwą radość, że jest rezerwową. Była prawie w stu procentach pewna, że prędzej by zemdlała niż wyszła na środek boiska z tak stoickim spokojem, jak robił to właśnie Harrison.
Poza tym nie na każdym meczu dojrzy Cedrika, który uśmiechnie się ciepło do niej, nieświadomie sprawiając, że jej nogi nagle stają się miękkie. Czasami za swoich przeciwników będzie miała Ślizgonów i nie była pewna, czy dałaby radę chociaż unieść na nich wzrok.
W takich chwilach podziwiała Harrisona. Nie miała pojęcia jak on dawał sobie psychicznie radę z tym wszystkim. Dbał o drużynę niemal jak o rodzinę. Przejmował się każdym z nich i do każdego miał indywidualne podejście. Czuł się odpowiedzialny za nich wszystkich, nawet jeśli parę osób było starszych od niego. Ba, nawet pozwolił Clarze i Daviesowi założyć szkolne szaty do gry, mimo że prawdopodobnie nie zagrają w tym meczu! Poza tym reprezentował swój dom w rozgrywkach. I do tego wszystkiego znajdował czas dla swojej dziewczyny i utrzymywał krukoński dobry poziom jeśli chodzi o naukę. Dziewczynka naprawdę zastanawiała się jakim cudem on do tej pory się nie załamał. Psychikę to on musiał mieć niezłą, aby wytrzymać z tyloma obowiązkami naraz.
Z rozmyślań wyrwał ją dopiero dotyk ręki Daviesa na jej ramieniu, kierujący ją w stronę ławek dla rezerwowych. Na nieszczęście Clary znajdowała się ona nie pod trybunami Ravenclawu, ale Slytherinu. Z niepokojem w oczach zerknęła w górę, patrząc gdzie dokładnie może siedzieć Ayers. Jednak, ku swojemu zaskoczeniu, nawet jej nie zauważyła. Nerwowo przełknęła ślinę, odwróciła się i skupiła wzrok na swojej drużynie, która właśnie wzbiła się w niebo. W uszach zabrzmiał jej pierwszy komentarz Lee:
— Iii wystartowali! Kafel od razu w rękach Krukonów... Geddes już pikuje w dół, wymijając zręcznie Yoxall... Uważaj, to tłuczek!...
Clara i Davies wstrzymali oddech, bezradnie patrząc, jak w kierunku Rani z zawrotną prędkością leci piłka, kiedy nagle nie wiadomo skąd, tuż przed nią pojawił się Duncan, zręcznie odbijając tłuczek w kierunku jednego z Puchonów. Oboje przybili piątkę i dziewczyna poleciała dalej.
Obaj rezerwowi wypuścili z ulgą oddech, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, że je wstrzymywali. Lee z kolei piał z zachwyty:
— Brawo Duncan! Widać, że Harrison dba o drużynę i ich na wszystko przygotowuje i... GOL DLA RAVENCLAWU!
— Yay!! — wykrzyknęła uszczęśliwiona Clara, klaszcząc w ręce.
Dalej gra przebiegała dość spokojnie. Jedna i druga drużyna nie odniosła jakichś ogromnych start. Tak naprawdę obie szli łeb w łeb, bo każda ze stron miała w sobie coś specjalnego, czego nie posiadała ta druga. I tak na przykład podczas gdy Krukoni byli w stanie taktycznie podejść Puchonów, tak oni potrafili się  z zaskakującą agresją odwdzięczyć tłuczkiem, lecz ani razu tak, aby komuś stała się krzywda. Poza tym Duncan i Nielson dawali z siebie wszystko, aby uchronić współzawodników przed ewentualnymi kontuzjami. Chociaż...
W pewnym momencie, gdy Jones już miał przerzucić kafel przez bramkę żaden z nich nie był na tyle blisko, aby uchronić go przed ewentualnym ciosem w brzuch. Właściwie nikt z graczy nie zdołałby podleć. Nikt prócz... Harrisona, który wykorzystując swoją pozycję i stosunkowo szybką miotłę zepchnął kolegę z toru drogi piłki, niestety samemu jej nie unikając.
Pomimo hałasu jaki panował wokół nich huk uderzenia o bok kapitana był tak wyraźny, że dźwięczał Clarze w uszach jeszcze dwie minuty po zdarzeniu. Cała szkoła wydała z siebie zduszony okrzyk, przyglądając się jak chłopak przechylił się w bok, ledwo utrzymując się na miotle. Davies wstrzymał oddech, a Clara wydała z siebie stłumiony okrzyk. Nieświadomie złapali się za ręce tak bardzo, że aż palce im posiniały. Nawet Lee zabrakło głosu.
Richard, gdy minął mu pierwszy szok, natychmiast złapał kapitana pod ramię jedną ręką. Coś krzyknął, ale drugoklasiści mogli się tylko domyślić, że zawołał resztę drużyny, która natychmiast podleciała, pomagając mu doholować Harrisona na ziemię. Geddes uniosła rękę w kierunku pani Hooch, dając znak, że domagają się czasu. Nauczycielka ze zrozumieniem pokiwała głową, całą swoją uwagę skupiając tym samym na pałkarzu Hufflepuffu, który z przerażeniem w oczach patrzył na drużynę Krukonów.
Clara i Davies natychmiast podbiegli w kierunku zawodników, tak samo jak przerażona Lindsey, która wzięła się dosłownie znikąd. Pierwszy raz  w życiu dziewczynka ucieszyła się, że jest tak niska, bo to dało jej  możliwość przeciśnięcia się pomiędzy znajomymi. Szybciej od Daviesa dotarła do Harrisona, który półleżał, wsparty na Richardzie i Duncanie.
— Tak, wszystko dobrze, tak... Merlinie, Linds, przestań piszczeć, nie umieram... Rani, spokojnie, naprawdę, aż tak źle nie jest, nie dostałem przecież w głowę... — jęczał nienaturalnie słabym głosem. Clara aż zadrżała. To było tak niepodobne do kapitana mówiącego do nich jeszcze pół godziny temu. Twarz miał bladą i krzywił się za każdym razem, gdy podnosił się, aby poprawić swoją pozycję. — Pond, uśmiechnij się, nie zamierzam umrzeć — dodał, widząc przerażoną minę dziewczynki. — Linds, lepiej zajmij się nią bo nam tu szybciej zemdleje, niż ja — zwrócił się do swojej dziewczyny. Ta spojrzała na niego niepewnie, ale podeszła do młodszej dziewczynki, niezgrabnie ją obejmując. — Dobrze. Wiecie, że nie mamy prawa wystawić zawodnika rezerwowego za mnie, dlatego musicie sobie radzić beze mnie, aż Nick nie złapie znicza... A nawet jeśli przegramy to przegramy z honorem.
— Ale... — zaczęła cicho ścigajaca, lecz Eddie uciszył ją machnięciem dłoni.
— Nie ma żadnego "ale", Rani. Albo to, albo przegramy walkowerem, a tego na pewno żadne z nas nie chce, prawda? Zacznie się rzutem karnym, wiec wykorzystajcie swoją pozycję, bo jak na razie prowadzimy... Spróbujcie potem z manewrem Porskowej, wiem, że jesteście na tyle zsynchronizowani, że powinniście dać radę... Nick, skup się na piłce, nie pozwól aby Diggory złapał ją pierwszy... I... — dalsze słowa zagłuszył ostry gwizdek pani Hooch. — Okay, to wszystko, drużyno. Uważajcie na siebie, nie dajcie się tak złapać jak ja...
— To była wina Jonesa, nie twoja — warknęła cicho Lindsey, Harrison wywrócił oczami, a wspomniany chłopak skulił się w sobie.
— Wina jest pałkarza Hufflepuffu lub zasad tej gry jak już chcesz szukać winnego, ale dobra. Nie kłóćmy się. Przynajmniej nie teraz. Wracajcie na niebo. Davies, Linds pomóżcie mi dotrzeć do pani Pomfrey, proszę. Nie wiem czy dam rade dojść tam o własnych siłach...
Cała drużyna niechętnie przerzuciła nogi przez miotły i wzbiła się w powietrze. Jones otrzymał od pani Hooch kafla i ustawił się w pozycji do rzutu karnego. Tymczasem Eddie bardzo wolno wywlókł się z boiska, wsparty na swojej dziewczynie i Daviesie.
Clara niepewnie usiadła na ławce, ukrywając twarz w dłoniach. Właśnie o tym mówiła Cedrikowi i dokładnie tego obawiała się Laurel. Takie sytuacje jak ta może i nie zdarzały się często, ale jednak były! I akurat ten głupi tłuczek trafił w Harrisona! HARRISONA NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! A on był doświadczony chyba najbardziej, no, nie licząc Nicka! W tym momencie zrozumiała czemu Patrick miał wcześniej obiekcje za każdym razem, gdy szła na trening... Co by się stało, gdyby to w nią trafił tłuczek? Co zrobiłaby reszta?
— Och, patrzcie! Czy to nie ta chodząca porażka? — usłyszała tuż za sobą znajomy syk.
Oderwała ręce od twarzy, napotykając zimne, zielone oczy Ayers. Poczuła jak jej własne natychmiast zwężają się w szparki.
— Czego chcesz? — warknęła. Ślizgonka uśmiechnęła się złośliwe.
— Och, niczego. Czego bym mogła chcieć od takiej szlamy jak ty?
— Mów tak dalej, a dostaniesz szlaban — odparła dziewczynka, dumnie podnosząc głowę. Ayers zaśmiała się zimno.
— A co? Twój prefekt mi go dowali? Błagam cię! Nie boję się go! — odparła blondynka, śmiejąc się tak zimno, że Clara aż zadrżała. Merlinie, czemu właśnie teraz musiała tu przyleźć?!
— To nazwij mnie tak przy nim! Albo przy profesor Goldberg! Zobaczymy jak będziesz śpiewać! — wykrzyknęła. Pozwoliła sobie nawet na tryumfujący uśmiech widząc, że dwunastolatce przez chwilę zbrakło słów.
— Jestem ciekawa jak profesor Goldberg by zareagowała na przekupstwo — odparła. Clara kilkakrotnie zamrugała oczami, nie rozumiejąc.
— Słucham? — zapytała słabym głosem. Widząc jej zdumienie Ślizgonka wyszczerzyła nieprzyjemnie zęby.
— No chyba nie myślisz, że Harrison wziąłby do drużyny taką porażkę jak ty? Twój prefekt musiał się nieźle ugadać, abyś była nawet w rezerwie! Ciekawi mi tylko czy w ruch poszły galeony czy...
— Przestań! — zapiszczała Clara, zasłaniając sobie uszy rękoma.
— Ktoś ci przecież musiał powiedzieć — zanuciła dziewczynka, chichocząc złośliwie. Brunetka zaczęła kręcić głową.
— To nieprawda!
— Szczera prawda. Moja znajoma sama to widziała i...
Clara nie wytrzymała. Odepchnęła mocno Ayers i wybiegła z boiska czując jak łzy powoli zaczynają wypływać jej z oczu.
***
Jestem! Żyję! nadal pisze, tylko mało! Włąsnie. Dwa ogłoszenia "parafialne".
1) Z uwagi nażycie prywatne muszę spowolnić trochę z pędem wstawiania rozdziałów. Myślę, ze raz na dwa tygodnie brzmi sprawiedliwe. Powinnam znaleźć sobie wystarczająco dużo czasu, aby dopisywać jakoś po 500 słów... Mam nadzieje, że nie będziecie rozpaczać za bardzo :P
2) Powstała zakładka "Pytania". na czym polega? Pytania o fabułę lub postaci lub pytania DO postaci. Może kiedyś przemienię to na  blog na tumblerze ale na razie wolę na bloggerze XD 
Dedyk dla Idy, która dzielnie się domaga rozdziałów <3
Sonia