sobota, 13 czerwca 2026

11. Krucze konsekwencje

 
Następnego dnia Clara  zbiegła do Wielkiej Sali, mając nadzieję natrafić na bliźniaków. Przyspieszyła, kiedy dostrzegła ich, zmierzających spokojnym krokiem do swojego stołu.
— Hej! Fred! George!
Obaj odwrócili się, zaskoczeni, w jej kierunku. Wyhamowała tuż przed nimi. Uniosła palec, żeby pokazać im, że musi złapać oddech.
— Chciałam was przeprosić. — Poczuła, że się czerwieni, gdy w odpowiedzi chłopcy założyli ręce na piersiach. W nocy długo nie mogła zasnąć, próbując ułożyć sobie w głowie przeprosiny,, ale teraz ze zdenerwowania i tak zaczęła przestępować z nogi na nogę. Westchnęła. — No bo... Strasznie mi głupio, że tak się wczoraj na was wydarłam — powiedziała, nie patrząc na nich. Odgarnęła sobie włosy z czoła. — Nie powinnam. Naprawdę. Wiem, że próbowaliście mnie pocieszyć na swój sposób... No i nie powiedzieliście mi, że głupio się zachowuję, tylko staraliście mi się pomóc... Teraz sama widzę, że przesadziłam, ale to był długi dzień... Oczywiście, to nie jest wytłumaczenie, ale... — nieświadomie zaczęła mówić coraz szybciej, nadal nie podnosząc wzroku. — W każdym razie... Przepraszam. Postaram się, żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło, naprawdę. I strasznie cię przepraszam George za to ramię, i…
— Okay — wtrącił Fred. Clara uniosła w końcu spojrzenie z podłogi i zobaczyła, że bliźniacy uśmiechają się. Nawet więcej. Sprawiali wrażenie jakby chcieli ze wszelkich sił powstrzymać się od śmiechu. — Szczerze mówiąc, przestałem być na ciebie zły już kiedy przeszłaś kilka kroków.
— Ja też — dodał George. Zamrugała.
— Naprawdę? — zapytała z niedowierzaniem. — W sensie, to nie tak, że wam nie wierzę, ale…
— Naprawdę — przerwał jej szybko George, widząc, że przyjaciółka zaraz znowu wpadnie w słowotok.
— Serio, nic się nie stało. Rozumiemy — dodał Fred, klepiąc ją po ramieniu. Uśmiechnęła się, czując że może odetchnąć z ulgą.
— Tulas? — zapytała, wyciągając ręce.
— Tulas — przytaknęli chłopcy i cała czwórka mocno się uściskała. — Swoją drogą — dodał Fred, kiedy już wypuścili się z ramion. — Ciekaw jestem, dlaczego Ronuś spóźnia się na śniadanie. Zazwyczaj jest tu jeszcze przed nami.
Zaskoczona Clara spojrzała na stół Gryfonów. Faktycznie, rudej czupryny ich brata, wraz z nieodłącznym Potterem, nigdzie nie było widać.
— Może zaspał — Wzruszyła ramionami. 
— Może.
Chwilę po tym, jak Clara usiadła przy stole Krukonów, zobaczyła, jak do Wielkiej Sali spokojnie wchodzą Ron i Potter. Obaj wyglądali na niesamowicie zmęczonych. Uniosła brwi. Z tego co pamiętała, pierwsza klasa przecież aż tak wykańczająca nie była... Szczególnie w porównaniu z materiałem, który miała teraz. Wzruszyła tylko ramionami, nakładając sobie owsiankę.
— Co tam u Laurel? — usłyszała obok siebie głos Patricka. Westchnęła.
— Chyba lepiej — wymamrotała, spuszczając wzrok. — Jeszcze u niej nie byłam.
— Och! W takim razie nie przyda jej się mój medalik? — usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się, a widząc Peggy zamrugała.
— No... Nie wiem — powiedziała niepewnie. Widząc jak Peggy zmarkotniała, szybko dodała: — Zawsze możesz jej go po prostu dać? Jako prezent? Jest naprawdę ładny!
Dziewczyna  pokręciła głową, ale cień uśmiechu przemknął po jej twarzy słysząc komplement.
— Nie! Zrobiłam go specjalnie z myślą, żeby wracała do zdrowia. Tak wiesz... — nachyliła się do niej i wymamrotała konspiracyjnym szeptem: — ...żeby ci podziękować. Roger po tym nieprzyjemnym wypadku przyszedł do mnie i podziękował za bransoletkę! Więc stwierdziłam, że jestem ci coś winna, a Burton jest twoją przyjaciółką...
Clara spojrzała na nią, zaskoczona. Szczerze mówiąc, zupełnie wyleciało jej z głowy, że to zrobiła. Uśmiechnęła się.
— Nie ma za co. Polecam się na przyszłość.
Peggy wyszczerzyła zęby.
— Będę o tym pamiętać — obiecała i już odwróciła się, chcąc prawdopodobnie pójść do stołu Puchonów, kiedy nagle Clara chwyciła ją za dłoń. 
— Wiesz… Jest coś, w czym mogłabyś mi pomóc.
Nie wiedziała, dlaczego tak szybko zareagowała, ale… Skoro Peggy już tutaj stała, to może warto byłoby ten temat poruszyć od razu? Dla Clary samo wspomnienie o testralach było nieprzyjemne, ale… Jeśli istniał chociaż cień szansy, że nie była sama… Chociaż, w sumie nie  mogła być pewna, czy koleżanka faktycznie dostrzegła to co ona…
Peggy przekrzywiła z ciekawością głowę.
— No?
Clara rozejrzała się dookoła. Patrick i Fiona akurat byli zajęci jakimiś ulotkami, które dziewczyna przyniosła ze sobą. Dobrze, czyli ewentualnie niczym ich nie zmartwi…
— Czy... Eee... — zająknęła się, szukając odpowiednich słów. Przez myśl jej przemknęło, że gdyby bliźniacy ją teraz zobaczyli, pewnie by ją wyśmiali. Zebrała się w sobie i wyrzuciła: — Pamiętasz pierwszą lekcję opieki?
— Tę o kudłoniach? — upewniła się. Clara pokiwała głową, czując jak ramiona zaczynają jej się spinać.  — Tak, dlaczego pytasz? Przecież teraz przerabiamy kuguchary?
— Tak, ale... wiesz, nie wiem, czy pamiętasz... Jakoś dziwnie się wtedy na mnie spojrzałaś — wypaliła, doskonale wiedząc, jak osobliwie to brzmi. No bo, kto się przejmuje spojrzeniem znajomej przez dwa tygodnie? Nie ważne, jak dziwne by nie było? Przez myśl jej przemknęło, że jeśli się pomyliła wyjdzie na dziwaczkę, ale… Może jednak?
Czarne myśli natychmiast ją opuściły, gdy dostrzegła iskierki zrozumienia w ciemnych oczach Peggy.
— A, to! Nie patrzyłam wtedy na ciebie — powiedziała spokojnie. Również się nachyliła, uprzednio się rozglądając. Clara zamarła, oczekując na odpowiedź. — Za tobą stał testral.
Czyli miała rację! Peggy też widzi testrale! Ale w takim wypadku dlaczego je widzi? Owszem, mogła nie wiedzieć, tak jak Clara, ale...
— Ty też jesteś w stanie je zobaczyć, prawda? To dlatego Burton cię kryła.
Pokiwała głową. Odwróciła na chwilę wzrok od Peggy, nie bardzo wiedząc, co z tym zrobić dalej. No bo, co mogłaby powiedzieć? Och, jak miło, czyją śmierć widziałaś? Przecież to zupełnie nie na miejscu, kto wie, czy to nie było jakieś bolesne wspomnienie…
— Czy… Ty je jakoś kojarzysz bliżej? Bo no… Nie mam pojęcia czemu ten testral się pojawił tak blisko, wtedy…
Nie widziała Peggy, ale była przekonana, że ta przekrzywiła głowę.
— Nie wiem. Ale mogę ci je pokazać, chcesz? Wiem, gdzie jest ich stado, natknęłam się na nie w zeszłym roku, jak szukałam dobrego drewna do bransoletki.
Clara wypuściła powietrze. Tak. To brzmiało jak dobry pomysł. Może jeśli się oswoi bardziej z istnieniem testrali, to może już nie będzie aż tak na nie reagować? Chociaż z drugiej strony… Stado na pewno ukrywało się w lesie. A skoro miała trudności by iść nawet na skraj, czy da radę wejść głębiej? 
Zacisnęła palce na szacie.
Bała się. Wciąż się bała. A z drugiej strony, skoro nareszcie ktoś też widział te testrale, to może warto byłoby spróbować? Ale co jeśli…
— To dobry pomysł. Tylko jeszcze nie wiem kiedy — wymamrotała, unosząc w końcu wzrok. Na jej szczęście, Peggy nie dostrzegła jej bladego uśmiechu. Zwyczajnie pokiwała ochoczo głową i klepnęła ją po ramieniu.
— To na pewno się złapiemy. Do zobaczenia!
Clara jeszcze przez chwilę patrzyła na nią, lekko skołowana, ale też i szczęśliwa. W końcu, w końcu nie jest sama! Teraz tylko musi obmyślić bezpieczny sposób by jakoś pokonać swój strach przed lasem i…
Napotykając spojrzenie Cedrika przy stole Puchonów, uśmiechnęła się nieśmiało, po czym pokręciła w niedowierzaniu głową. Ta Flanagan rzeczywiście jest... Osobliwa. Ale miła. Spuściła wzrok, czując, że Patrick dziwnie się jej przygląda.
— Znowu ten Diggory? — zapytał. Szturchnęła go.
— Odczepisz się w końcu od niego? Dzięki niemu jestem w drużynie — wytknęła, nalewając sobie herbaty żeby zająć czymś ręce. Patrick w odpowiedzi tylko ciężko westchnął. Sięgnął po kolejną ulotkę.
— Nie no, Fia, coś ty. Ja i Departament Przestrzegania Prawa? Zanudzę się.
Fiona prychnęła, co sprawiło że Clara przyjrzała się uważniej stosikowi obok niej.
Wzrok natychmiast przykuły jej fikuśne tytuły niektórych ulotek. Pragniesz przygód? Dołącz do nas! Z nami nie będzie Ci nudno! Departament Przestrzegania Prawa poleca…
Przekrzywiła głowę, czując jak zimny węzeł zawiązuje jej się w żołądku.
— Już szukacie pracy? — zapytała, uważając na to, by smutek nie przebił się jej przez głos. Patrick potarł oczy pod  okularami.
— Raczej dopiero — mruknął. — Niby przed SUMami mieliśmy plany, ale trochę się pozmieniało i…
— I warto byłoby  przejrzeć te oferty raz jeszcze — wtrąciła Fiona. Clara zerknęła na nią. Przyjaciółka trzymała jakąś ulotkę, zaciskając mocno na niej palce. Dziewczyna wychyliła się, zerkając jej przez ramię. Pomóż chronić nasz świat! Brygada amnezjatorów czeka na ciebie!
— Kim są amnezjatorzy? — zapytała z ciekawością, chcąc przy tym odsunąć od siebie nieprzyjemne myśli o odejściu przyjaciół. Fiona szybko odłożyła ulotkę.
— To czarodzieje, którzy zajmują się czyszczeniem pamięci — wyjaśniła. Clara otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. — Nie martw się, są ściśle kontrolowani przez Ministerstwo, ale…
— Po co w ogóle coś takiego? — zapytała oburzona. — Jakim prawem ktoś…
— Clar — wtrącił się łagodnie Patrick. — Pamiętasz jeszcze, że się ukrywamy przed mugolami? Amnezjatorzy są po to, by wyczyścić pamięć mugolowi zanim zacznie o nas opowiadać, to tyle. Nie wiem, skąd u ciebie takie oburzenie.
Dziewczyna założyła ręce na piersi.
— Ale to i tak wredne! Jakby… 
— Lepiej usunąć takie wspomnienie, niż potem mieć większe kłopoty — odparła na to Fiona, już patrząc na inną ulotkę. Clarze jednak nie umknęło, że też miała niezadowoloną minę. — Wiesz, rozumiem cię, Clar, bo samej nie do końca mi się to podoba, ale… To najlepszy środek jaki mamy. Musimy się chronić, inaczej i taki mugol jest w niebezpieczeństwie, i my… Tyle już było historii o tym, jak jacyś mugole planowali odwet…
Clara prychnęła, ale pierwsza złość już jej mijała. To, co mówiła Fiona było logiczne, ale i tak… W jakiś sposób jej się nie podobało. Koniec końców, czy zawsze ci amnezjatorzy wiedzieli, że mają do czynienia z mugolem? Poza tym… Wspomnienia to coś bardzo osobistego… Co jeśli taki czarodziej by się pomylił i usunął za dużo?
Dziewczyna zmartwiała. Co by było, gdyby na przykład jej ciotka zapomniała, że ma bratanicę, bo Clara by użyła przy niej magii? Albo rodzice kompletnie nie wiedzieli…
Dłoń Patricka wylądowała na jej włosach.
— Nie kombinuj tyle, bo się przemęczysz — mruknął, upijając łyk kawy. — Tak jak mówiła Fiona, to najlepszy system jaki teraz mamy, najmniej krzywdzący i najlepiej sprawdzony. Za to te oferty różdżkarstwa…
I już odwrócili jej uwagę, przerzucając się kolejnymi ofertami. Clara słuchała uważnie. Jakoś nigdy nie zastanawiała się, co ją czeka poza murami Hogwartu. Wiedziała, że pan Weasley i państwo Burtonowie pracowali w Ministerstwie, ale nie spodziewała się, że istniały Departamenty i Biura od niemal wszystkiego! Nic dziwnego, że Patrick i Fiona mieli takie trudności z zdecydowaniem co tak naprawdę chcieliby robić.
Ich rozmowę przerwało wlecenie sów z pocztą. Clara oderwała wzrok od ulotki Dociekliwość to Twoje drugie imię? Zostań dziennikarzem Proroka! i spojrzała w górę, szukając Morgany, ale tej wśród ptaków nie było. Zamiast tego  zauważyła Apolla, krążącego nad stołem. W ogólnym rozgardiaszu nie słyszała go, ale mogłaby przysiąc, że pohukuje, jakby był zmartwiony. Albo sama już zaczęła powoli wariować.
Kiedy ptak nie zobaczył swojej właścicielki wyleciał z powrotem przez okno. Clara spodziewała się, że pewnie poszybował do skrzydła szpitalnego. Zmarszczyła brwi, czując jak ręce jej kostnieją. Czy rodzice Laurel już wiedzieli o wypadku?
Pokręciła głową. Zapyta ją o to jak pójdzie do niej po śniadaniu.
Tymczasem niemalże całe stado sów wylądowało przed Harrisonem. Chłopak ciężko westchnął i zaczął pośpiesznie otwierać wszystkie koperty, szybko skanując wzrokiem ich zawartość. Po pięciu takich ukrył twarz w dłoniach. Clara odwróciła wzrok, akurat kiedy Rani go pocieszająco objęła i zaczęła coś do niego szeptać. Poczuła ukłucie w sercu. Dobrze, że chociaż ona nic nie powiedziała rodzicom…
— Biedny Eddie — mruknął Patrick. — Jeszcze długo będzie się z tym nosił.
Fiona przez chwilę wyglądała jakby chciała coś dodać, ale w końcu pokręciła głową. Dopiero kiedy Harrison jakby przestał reagować na Rani, a Patrick podszedł go pocieszyć, wymamrotała:  — Nic dziwnego, że rodzice mają teraz do niego pretensje. Z ich perspektywy naraził ich dzieci. 
Clara zacisnęła usta. Nie chciała się zgadzać z Fioną, ale przyjaciółka miała rację. Na kogoś trzeba było zwalić winę. 
Przez chwilę obie przyglądały się kapitanowi. Chłopak naprawdę wyglądał źle. Clara dopiero teraz dostrzegła, jaki był blady, a kiedy Patrick delikatnie położył mu dłoń na ramieniu, wyraźnie się wzdrygnął. Najwyraźniej zraniony bok nie był jedyną raną, jaka mu jeszcze dokuczała.
Ścisnęła mocniej łyżkę, czując jak zalewa ją fala złości.
— Ale to wciąż nie była jego wina, tylko tamtego chłopaka. To on powinien teraz dostawać te listy!
Fiona pokiwała głową.
— A to już inna sprawa. Bo powinien, sama mówiłam o tym Flitwickowi…
— Może spróbuj jeszcze raz?
Fiona westchnęła.
— Może i spróbuję… Jakby nie było, Eddie też tu jest pokrzywdzony.
Clara hardo pokiwała głową. Już miała coś dodać, kiedy jej uwagę przykuło małe zamieszanie przy stole Gryfonów. Potter i Ron z wielkim zainteresowaniem przyglądali się paczce, która leżała przed nimi. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Podobno wujostwo Pottera niespecjalnie się nim nie interesowało, także skąd...
W tym momencie do chłopców podszedł blond włosy Ślizgon. Zamienił kilka słów z Gryfonami, co dla Clary wyglądało jak sprzeczka. Chwycił pakunek, w czym starał mu się przeszkodzić Ron. Nie widziała jego miny, ale wydawało jej się, że niemiło się uśmiechnął. Powiedział coś głośniej, co dla niej zabrzmiało jak "miotła". Ośmieliła się parsknąć cicho nad swoją owsianką, zupełnie ignorując zdziwione spojrzenie Fiony. Wcześniejsza złość ustąpiła niedowierzaniu. Doprawdy, Gryfoni byli mistrzami dyskrecji.
Westchnęła i wstała od stołu. Jeśli chciała odwiedzić Laurel przed lekcjami, musiała  to zrobić teraz. Omiotła jeszcze spojrzeniem kapitana i zacisnęła wargi, widząc, jak sięga do torby po pióro. Naprawdę mała nadzieję że Patrick z Rani jakoś go pocieszą. Może jemu też powinna coś upiec na pocieszenie?
Podeszła szybko do bliźniaków i klepnęła każdego w ramię. Zaskoczeni, aż podskoczyli.
— Idziecie ze mną do Laurel? — Chłopcy spojrzeli po sobie. Fred potarł kark.
— A możemy po obiedzie? Chcieliśmy jeszcze coś zrobić — powiedział, nie patrząc na przyjaciółkę. Clara uniosła zaskoczona brwi.
— Jeszcze wczo… — zaczęła, ale widząc minę George'a ugryzła się w język. Najwyraźniej było to coś ważnego. — Niech wam będzie. Jeśli się spóźnię, powiedzcie Trelawney gdzie jestem — powiedziała, odwracając się na pięcie.
— Nie martw się, ona już pewnie widziała twoje spóźnienie swoim trzecim okiem — rzucił za nią jeszcze Fred. Parsknęła.
— Wewnętrznym! — poprawiła, ale nim przyjaciel zdążył jej odpowiedzieć, wyszła już z Sali.

Chwilę później stała pod wejściem do skrzydła szpitalnego. Wchodząc, od razu dostrzegła Laurel, czytającą list. Oprócz niej, na w sali wciąż leżała jeszcze Cho, która w tym momencie spała.
Clara przygryzła wargę. Jeśli  był to nieprzyjemny list od państwa Burton to… Zdenerwowana przerzuciła warkocz przez drugie ramię. Cóż, jeśli list był przykry, Laurel przynajmniej od razu będzie mogła to z siebie zrzucić. Podeszła do łóżka przyjaciółki.
— Hej — powiedziała cicho. Laurel uniosła spojrzenie. Wyraz twarzy miała na tyle neutralny, że Clara nie mogła wychwycić jej nastroju.
— Hej — odparła, po czym ciężko westchnęła. Odrzuciła głowę w tył i zaczęła wpatrywać się w sufit. Czyli jednak coś niemiłego.
— Wszystko w porządku? — zapytała Clara, nieśmiało siadając na końcu łóżka. Przyjaciółka jęknęła, przejeżdżając sobie ręką po twarzy.
— Tak i nie — mruknęła. Clara uniosła brwi, wbijając w nią spojrzenie. Laurel ponownie westchnęła.
— Dobra wiadomość jest taka, że rodzicie chyba jeszcze nie wiedzą o moim wypadku — zaczęła. — Albo list od… ktokolwiek do nich w sumie napisał, Harrisona, Dumbledore’a czy Flitwicka... Jeszcze do nich nie doszedł.
— Chyba Harrison… — mruknęła Clara przypominając sobie stadko sów przed kapitanem drużyny. Przygryzła wargę i zaczęła nerwowo bawić się końcówką warkocza. Miała nadzieję, że Rani dotrzyma słowa.
— W każdym razie. O tym póki co nie wiedzą, bo list wysłali trzy dni temu. Za to chyba nie pójdę do Hogsmeade, jeśli wyjście będzie w sobotę przed Nocą Duchów.
Clara momentalnie puściła swój warkocz. Spojrzała zaskoczona na przyjaciółkę.
— Dlaczego? Co się stało?
— Od jakichś znajomych dowiedzieli się że akurat wtedy nasza ukochana dziennikarka  będzie miała wywiad w Hogsmeade — Laurel wzięła do ręki odrzucony pergamin i zaczęła zwijać go w rulon. Nie patrzyła na przyjaciółkę.
— I? Przecież włamanie do Gringotta to chyba stary temat? Po co Skeeter miałaby przyjść  do ciebie? Co by mogła od ciebie wyciągnąć? — Wymamrotała z niedowierzaniem Clara. Jakoś nie sądziła, by świat czarodziejów różnił się od mugloskiego. A kto, chcąc się wyżyć na jakichś urzędnikach, szuka brudu na ich dziecko? Laurel jednak nie reagowała na jej słowa, także dziewczyna dodała, pocieszającym tonem: — Możemy się przecież dowiedzieć gdzie ona chce ten wywiad przeprowadzić, to po prostu ominiemy to miejsce, jak będziemy łazić i…
Urwała widząc, że Laurel kręci głową.
— Niby tak. Ale znasz moich rodziców. Jak się uprą, to nie ma zmiłuj. I wiem, że robią trochę z igły widły, ale ty nie usłyszałaś jeszcze najlepszego — uniosła wzrok i  uśmiechnęła się gorzko. — Z tego co dowiedział się tata, ona chce koniecznie wywiadu z jakimś uczniem Hogwartu. Nie powiedzieli mu z którym, ale rodzice wolą dmuchać na zimne. Szczególnie że nie wiadomo nawet do jakiej gazety ten wywiad trafi. Może to być głupia Czarownica, a może to być i Prorok.
— Och…
— Och — powtórzyła za przyjaciółką Laurel. Wokół nich zapadła cisza, przerywana jedynie pohukiwaniem Apolla. Dziewczyna wyciągnęła rękę żeby pogłaskać go po piórach.
— To po prostu poczekamy do świąt — odparła raźno Clara opierając łokcie na kolanach. — Albo bliźniacy pójdą sami. Nic się nie stanie, jeśli zaczekamy. I zawsze mamy to nasze przejście, więc…
— Nie no, błagam cię. Powinniście iść. W końcu zobaczycie Hogsmeade legalnie — zaprotestowała natychmiast przyjaciółka. — W sensie, doceniam myśl, naprawdę, Clar. Ale przecież nic mi się nie stanie, jak pobędę trochę sama w zamku. W sumie to nawet dobrze, będę miała dość czasu żeby nadrobić lekcje, które teraz tracę. I… — tu nachyliła się do przyjaciółki zerkając w bok na Cho, jakby chciała się upewnić, że nadal śpi. — ...wiesz, mnie też ciekawi kto to będzie. W sensie, i tak się w końcu dowiemy, ale fajne byłoby wiedzieć wcześniej, nie?
Clara parsknęła.
— Od kiedy się zrobiłaś taką plotkarą, co? — Laurel wyszczerzyła tylko zęby. 
Cała ta rozmowa jej o czymś przypomniała.
Odrzuciła warkocz do tyłu i zaczęła konspiracyjnym szeptem.
— A propos plotek... Oliver Wood. 
Laurel na dźwięk tego nazwiska aż podskoczyła. Spojrzała na Clarę, która przewróciła oczami.
— No dawaj. Dawno o nim nie mówiłaś, a tu nagle wbija razem z drzwiami niczym rycerz na białym koniu. O co chodziło?
Laurel ponownie ciężko opadła na poduszki, wzdychając. Spojrzała na Clarę spojrzeniem pod tytułem “dlaczego ty mi to robisz”. Ta w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
— No cóż… Znaczy, trochę nie wiem na czym z nim stoję. Uwierz mi, Clar, byłam nie mniej zaskoczona niż ty tą kawalerią. Jakby… Przyjaźnimy się. Ale o tym wiesz.
— Tak, ale jakoś zatrzymałam się na punkcie między waszą kłótnią o list, a wracaniem… Sama wiesz skąd. W pociągu mi mówiłaś, że do siebie pisaliście, ale też bez szczegółów — odparła ściszając głos, kątem oka zauważając ruch na łóżku Cho.
— To dużo cię nie ominęło. Jakby… Tak jak mówiłam, w wakacje często do siebie pisaliśmy. Między innymi dlatego też mam w głowie kompletnie do niczego mi niepotrzebną tabelę z wszystkimi wynikami Harpii z Hollyhead z tego roku, bo jak Oliver się rozpisze to…
— ...to klękajcie wszystkie domy? — zażartowała Clara, delikatnie szturchając przyjaciółkę w ramię. Ta zaśmiała się.
— Oj tak. Ale wiesz… tak głównie jest w wakacje. W trakcie szkoły mało gadamy, bo albo ja się uczę, albo on wymyśla strategie, a uwierz mi, może to robić cały dzień i tak jakoś… Mijamy się.
— Rozumiem — mruknęła Clara. Poklepała pocieszająco przyjaciółkę po dłoni. — Chyba masz gorzej niż ja z Cedrikiem. U mnie to chyba pół na pół coś tam wiemy, ale czy napewno to…
— Przynajmniej gadacie w szkole — odparła kąśliwie Laurel. 
Clara w zadumaniu pokiwała głową. Spojrzała ukradkiem na przyjaciółkę. Nagła myśl sprawiła, że drgnęła. Laurel raczej się to teraz nie spodoba, ale mogła spróbować… W sumie, co jej szkodziło? Najwyżej usłyszy nie…
W tym momencie zabrzmiał  gong oznajmując tym samym początek lekcji. Clara zaklęła pod nosem. Tym razem to Laurel się zaśmiała i szturchnęła ją.
— No idź. Mamy przecież wróżbiarstwo.
— Och tak… Nie mogę się doczekać tych cudnych krętych schodów zakończonych drabiną… Już czuję moje  łydki — jęknęła Clara, ale wstała i chwyciła torbę. Uśmiechnęła się do przyjaciółki. — To pa. Widzimy się po obiedzie.
Laurel w odpowiedzi jedynie pomachała jej ręką.

Reszta dnia upłynęła jej szybko i nim się obejrzała, była już pora obiadu. Zjadła w pośpiechu, widząc, że bliźniacy wyglądali jakby chcieli jak najprędzej wyjść. Musiała im na migi pokazać, że ona, w przeciwieństwie do nich, potrzebuje więcej niż pięciu sekund na jedzenie, czym zdołała rozśmieszyć Patricka.
Nim jednak zdążyła wyjść z Wielkiej Sali, poczuła klepnięcie po ramieniu. Za nią stała Rani z niezwykle zacięta miną.
— Mamy zebranie drużyny po kolacji. Tam gdzie zwykle, w Pokoju Wspólnym — powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Clara pokiwała głową, czując jak coś ściska się w jej żołądku.
— Ale takie jakieś złe, czy…? — wydusiła speszona. Ramiona Rani opadły.
— Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. Ale Eddie wyglądał dość poważnie kiedy to mówił więc... Nie spóźnij się — odparła, a widząc, że Clara kiwa głową wróciła do stołu. Dziewczyna jeszcze chwilę za nią patrzyła zanim stwierdziła, że czekają na nią bliźniacy. Miała tylko nadzieję, że to nie będzie nic złego.
Podeszła do przyjaciół, próbując przybrać pogodny wyraz twarzy, ale sądząc po ich minach chyba nie do końca jej się udało.
— Wszystko okay? — zapytał George, marszcząc brwi. Clara wypuściła ciężko powietrze.
— Zebranie drużyny. Rani mówiła że nie wiadomo w jakim tonie, także jeszcze nie wiem — odparła szczerze. Obaj uśmiechnęli się pocieszająco. — W każdym razie… Co to jest? — zapytała, dostrzegając pod pachą Freda drewniane pudełko. Zauważając jej chęć do zmiany tematu chłopak odpowiedział:
— Szachy.
— Czy Laurel w ogóle lubi szachy? — zapytała, idąc korytarzem. Próbowała sobie przypomnieć czy rok wcześniej zdarzało im się grać. Była prawie pewna, że nie.
— Zobaczymy — odparł wesoło Fred. Uśmiechnęła się, a gdy kątem oka zobaczyła znajomą sylwetkę przystanęła.
— Idźcie przodem. Zaraz do was dołączę — rzuciła i nie zważając na zdumione spojrzenia bliźniaków pobiegła w drugi korytarz.
Przyspieszyła aby dogonić Wooda. 
— Hej! Hej, Oliver!
Zawołany zatrzymał się. Odwrócił się, a kiedy zauważył Clarę, pobladł.
— Wszystko w porządku? Coś z Laurel? — zapytał, wpatrując się w nią przestraszony. Przystanęła.
— Co? Nie, nie, absolutnie nie, wręcz przeciwnie — odparła. Chłopak wyraźnie odetchnął z ulgą.
Zmierzyła go wzrokiem.
W trakcie przerw zastanawiała się, co właściwie powinna powiedzieć, żeby to on zaproponował Laurel, że zostanie z nią w zamku. Nic wtedy nie wymyśliła. 
Odrzuciła nieco rozczochrany warkocz do tyłu.
— Wybierasz się do Hogsmeade? — zapytała. Wood uniósł brwi. 
— N-nie? — wyjąkał. — To znaczy nie wiem, jeszcze sporo czasu, mamy przecież nadal wrzesień…
— No wiem, wiem — przerwała mu natychmiast, przestępując z nogi na nogę. Złożyła ręce z tyłu, gorączkowo myśląc. Jak to zrobić, żeby nie wyszło niezręcznie? — Ale tego, no… Laurel zostaje — powiedziała, licząc na to, że chłopak zrozumie o co jej chodzi. Widząc, że zbaraniał,  doszła do wniosku że jednak nie. Czyli jednak prosto z mostu, pomyślała. — Laurel zostaje sama — powtórzyła. Wood pokiwał tylko głową. Powstrzymała się od westchnienia. — A chciałabym żeby nie została. Rzuci się w wir prac domowych i tyle z tego będzie, a powinna odpoczywać. Także… Jeśli ty też zostaniesz, to mógłbyś z nią posiedzieć? Chociażby w bibliotece, czy coś?
— Eeee… — wydusił z siebie chłopak, po czym westchnął. — Nie wiem, muszę opracować strategię na przyszły mecz i…
— To możesz ją opracowywać z nią w bibliotece — wpadła mu w słowo Clara. — Wszystko da się pogodzić. Pozatym, nie wierzę, że zajmie wam to cały dzień. W dodatku… — urwała na chwilę. Czy powinna…? Co jeśli Wood opowie Laurel o tym spotkaniu? Nie no, chyba nie będzie źle, jeśli ujmie to w ten sposób… — W dodatku jakoś tak wiesz, chyba często się nie widujecie. Zwykle Laurel siedzi ze mną — rzuciła, niby od niechcenia. 
— Też racja — mruknął jakby bardziej do siebie. — Ale wiesz, tyle mam na głowie, teraz Potter jest szukającym i…
— Mnie się nie tłumacz — Zignorowała ukłucie zazdrości. — W każdym razie, wóz albo przewóz — dodała, patrząc na niego wyczekująco. Po długiej chwili milczenia w końcu usłyszała co chciała.
— Zostanę z nią — powiedział. Spuścił głowę, jakby nad czymś myślał po czym uśmiechnął się. — Dzięki, Pond.
Zdębiała.
— Nie ma za co? — wydusiła. — Ja ci chyba powinnam dziękować.
Wzruszył tylko ramionami, więc Clara stwierdziła, że machnie na to ręką.
— No, to do miłego, ja już muszę lecieć — rzuciła i poszła w stronę skrzydła szpitalnego.
Uśmiechnęła się do siebie, chociaż mina jej zrzedła kiedy usłyszała zza drzwi podniesione głosy bliźniaków.
— Ej, to nie fair!
— Jak nie fair jak fair, inaczej bym nie mógł tego gońca tu postawić…
Zaciekawiona weszła do Skrzydła Szpitalnego. Cho już nie było, za to na łóżku Laurel siedzieli bliźniacy, pochłonięci grą w szachy. Laurel natomiast śmiała się, oparta o poduszki. Pomachała do Clary, zwracając uwagę bliźniaków.
— Okazuje się, że Laurel nie lubi szachów — Fred pochylił się nad szachownicą i zmrużył powieki.
— Za to uwielbiam oglądać rywalizację. Z bezpiecznej odległości — odparła Laurel konspiracyjnym szeptem. Clara roześmiała się
Grali do końca dnia. W tym czasie Clarze i Laurel udało się obejrzeć sześć rozgrywek, które zazwyczaj kończyły się wygraną George’a, ku deprymacji Freda. Nie tracił on jednak rezonu, pocieszajac się kąśliwymi uwagami, za które oberwało mu się od Laurel, chociaż zapierał się, że nie były one na serio.
Clara zrelaksowała się na tyle, że prawie udało jej się zapomnieć  o wieczornym zebraniu. Przypomniała sobie o nim dopiero gdy do skrzydła zawitała Rani. Posłała jeszcze blady uśmiech przyjaciołom i pomknęła za koleżanką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

theme by xvenom | sg