Na pięterko które znajdowało się powyżej Pokoju Wspólnego wchodzili w ciszy. Jak się można było spodziewać, nie było tam wiele osób; nie licząc oczywiście tej konkretnej dwójki z piątego roku, usilnie próbujących zrobić różdżki oraz kilku kotów, które wolały spokój od rozgardiaszu na dole.
Harrison przyciągnął sobie krzesło, gestem wskazując, żeby reszta drużyny zrobiła to samo. Clara usiadła między pobladłą Cho a Rani, której ręce lekko się trzęsły. Sama przed sobą musiała przyznać, że też nie czuła się zbyt dobrze, a grobowa atmosfera która panowała teraz w drużynie sprawiała, że denerwowała się jeszcze bardziej. Chyba podobnie było tylko gdy przegrali ze Slytherinem. Wzdrygnęła się.
Harrison jako ostatni opadł na krzesło. Spojrzał na każdego ze swoich zawodników z osobna po czym westchnął. Clara poczuła jak serce jej się ściska. Wiedziała, że kapitan mocno się przejmuje bezpieczeństwem drużyny, ale nie sądziła, że aż tak nim to wstrząśnie. Chyba, że… Chodziło o karę jaką mu wymierzyli? Może odsunęli go od pozycji kapitana? Włoski na karku stanęły jej dęba na samą myśl.
— Chyba są już wszyscy — odezwał się Harrison. Mimo, że nie było to pytanie, pokiwali głowami. — To dobrze — i pochylił się, składając ręce przed sobą. Kątem oka Clara dostrzegła jak Rani łapie jakiegoś przechodzącego obok kota i sadza go sobie na kolanach. — Wszyscy wiemy co się wczoraj wydarzyło, prawda?
Ponownie pokiwali głowami.
— Ale nikt z nas nie mówi, że to twoja wina — powiedział siedzący obok Nielson, szturchając go w bok. Inaczej niż rano, tym razem chłopak nie odskoczył. Może już przestało go boleć?
— Właśnie. Każdemu mogło się zdarzyć — wtrącił O’Hara. Przez twarz Harrisona przemknął cień uśmiechu. Jednak natychmiast zniknął.
— Ale zdarzyło się to właśnie mnie — westchnął. — Także to ja powinienem ponieść konsekwencje.
— Jakim cudem to miałaby być twoja wina, skoro to tamten czwartoklasista nie mógł się opanować? — wtrąciła oburzona Rani. Kot na jej kolanach ułożył się wygodnie, wystawiając się do drapania za uchem. Cho i Clara zgodnie pokiwały głowami.
— Rani, już o tym rozmawialiśmy. Jestem kapitanem. Do moich obowiązków należy dbanie o bezpieczeństwo. A jak widać, nie zrobiłem tego tak jak to należy.
— Nie powinieneś się tym tak katować — rzuciła szybko Clara, szarpiąc za końcówkę warkocza. — Koniec końców, skończyło się chyba tylko na siniakach…
Podskórnie czuła, że brzmi jak hipokrytka, skoro sama jeszcze nawet rano tak bardzo obwiniała się o wypadek Laurel ale… Widząc Harrisona w takim stanie nie mogła się powstrzymać.
Ten zdawał się wyczuć o czym pomyślała, bo spojrzał na nią i zapytał:
— Kilku siniakach? Czy Burton nadal nie jest w skrzydle szpitalnym?
— Jest, ale…
— Przerzucanie się winą teraz nie pomoże — przerwał im Davies, odchylając się na swoim krześle. Wszystkie spojrzenia skupiły się na nim. Potarł policzek. — Podobno ty i tamten typek mieliście rozmowę z Hooch i Flitwickiem. Na czym stanęło?
— No cóż… W zasadzie nie ma tragedii — odparł Harrison. Clara poczuła jak Cho łapie ją za rękę. Lekko ją ścisnęła.
— Tamten chłopak… No cóż, szlaban jak się patrzy. Pani Hooch też chciała mi coś wlepić, ale zaoponował Flitwick. Podobno ktoś do niego wcześniej przyszedł, argumentując, że to absolutnie nie była moja wina i coś tam…
Clara poczuła na sobie wzrok Rani. Przezornie spuściła głowę, nachylając się w stronę kota, ale cofnęła dłoń. Zwierzę zaczynało powoli wyrwać się z objęć koleżanki.
— ...więc stanęło na tym, że Hooch będzie nadzorować nasze treningi. Do odwołania. W dodatku żadna z drużyn, bez spotkania się z Hooch nie może zabierać kufra z piłkami — wyrzucił z siebie wreszcie Harrison i się uśmiechnął.
Clara wypuściła z siebie ciężki oddech. Bała się, że będzie gorzej. W sumie chyba każdy z nich spodziewał się najgorszego.
— I po co było tyle dramaturgii… Ała, kocie! — usłyszała obok siebie Rani. Kot chyba w końcu stwierdził, że ma dość i wyrwał się z jej ramion. Clara zaśmiała się szczerze.
— Mimo wszystko, chcę was przeprosić. Obiecuję, że będę o was dbał bardziej — powiedział jeszcze Harrison.
— Bardziej chyba już się nie da — odezwała się dotąd milcząca Cho. Czując na sobie zdziwione spojrzenia, speszona spuściła wzrok. — No bo… Jakby nie patrzeć, to ty się wszystkim martwisz, kilka razy odwiedziłeś mnie w skrzydle szpitalnym, słyszałam też, że starasz się odpisać na wszystkie listy…
— Zgadzam się z Chang — powiedział Davies. — Zawsze o nas dbałeś i chyba inni się ze mną zgodzą, że nigdy nie czuli się źle w drużynie z twojego powodu.
No z jego powodu na pewno nie, pomyślała kąśliwie Clara.
Odpowiedział mu szmer potakiwań. Harrison nieśmiało się uśmiechnął.
— Dzięki — powiedział, po czym jakby się zreflektował i wstał. — W każdym razie. Już późno a my musimy zacząć treningi. Zobaczycie, w tym roku nam się uda, drużyno!
Reszta pokiwała głowami i zaczęli się rozchodzić. Clara już miała iść w stronę swojego dormitorium, gdy powstrzymała ją Rani.
— Jak coś, to udało mi się przekonać Eddiego żeby nie pisał do twoich rodziców. Ale sama też powinnaś ich powiadomić, okay?
— Jasne. Nie ma sprawy — odparła Clara, a czując na sobie ciężar spojrzenia koleżanki, zdenerwowana uciekła na górę. Przecież doskonale wiedziała, że nic im nie powie.
***
Rzeczywiście, pierwszy trening mieli już parę tygodni później. Deszcz, który w końcu zaczął nawiedzać Hogwart, zaczynał już kropić, kiedy wyszli na boisko.
Clara uśmiechnęła się do siebie. Teraz miała okazję o wiele częściej latać. Wcześniej, na rezerwie, jej rola ograniczała się niemal wyłącznie do obserwacji. Także gdy tylko wzniosła się w górę i niemal natychmiast Rani rzuciła w nią kaflem, poczuła jak robi jej się lżej na sercu.
Widząc Daviesa na bramce nie mogła się powstrzymać od chytrego uśmieszku. Jak miło by było utrzeć mu nosa… Zaszarżowała, ale Davies niemal nie reagował. Zamarkowała rzut do obręczy, ale też się nie ruszył. Kątem oka dostrzegła Harrisona i natychmiast mu podała, sama zlatując. Dopiero wtedy przez twarz Daviesa przemknęło zaskoczenie. Nawet nie miał szansy zareagować.
Już uśmiechała się mściwie do siebie, gdy usłyszała wyżej:
— Nieźle, Pond.
Uniosła wzrok. Davies, mimo wszystko, nie wyglądał na złego. Raczej skupionego. Zmarszczyła brwi.
Dziwne.
I tak przez resztę treningu.
— Spoko zagranie.
— Chyba się muszę bardziej skupić.
— Ktoś tu chyba ćwiczył.
Jeśli jej się udawało, zdarzało mu się ją pochwalić. Jeśli nie, nie komentował tego. Za każdym razem, Clara coraz mocniej marszczyła brwi.
O co mu chodziło? Ostatnio jej powiedział, że ludzie się zmieniają, ale żeby aż tak? Może tak na niego działała pani Hooch, która przyglądała im się z zaciętą miną? Jeśli tak, to może jednak powinna podziękować tamtemu czwartoklasiście…
Tym zauważeniem podzieliła się później z Rani, kiedy zostały we trójkę z Cho w szatni.
— Słuchaj, nie mam pojęcia. — odparła dziewczyna, zdejmując szaty do quidditcha. — Ale musisz na niego uważać. Nie daj mu uśpić swojej czujności.
Clara wymamrotała coś pod nosem, co brzmiało jak zgoda. Czując na sobie zdumione spojrzenie Cho, rzuciła:
— Mieliśmy kiedyś zatarg. Serio, Cho, trzymaj się z dala od niego.
Dziewczyna tylko pokiwała głową. Najwyraźniej na razie nie czuła się wśród nich na tyle pewnie, by wyrażać własne zdanie.
— Clar, a powiedz mi co z tym twoim listem, co? — usłyszała poprzez szaty głos Rani. Korzystając z tego, że koleżanka nie widzi jej twarzy, westchnęła.
Faktycznie, coś tam pisała, ale tematu wypadku unikała jak ognia. Przy pomocy Laurel i Cedrika, już raz się wykręciła, ale teraz nie była w stanie. Rodzice zadali tak konkretne pytania, że Clara nie była pewna, czy już wszystkiego nie wiedzą od państwa Weasley z którymi, jak się niedawno dowiedziała, utrzymywali dość regularny kontakt. Ba, tata podobno zniknął kilka razy aby pomóc w czymś panu Weasleyowi, jak twierdziła mama.
Naprawdę, chyba będzie musiała poprosić Percy'ego, żeby nie informował o wszystkim pani Weasley. Była pewna, że bliźniacy jej za to podziękują. Poza tym, źle się czuła z tym, że usiłuje okłamać rodziców...
— Pisze się — wymamrotała. W końcu udało jej się wyplątać z szaty. — Harrison nie da mi spokoju, co?
Rani pokręciła głową. Już miała coś odpowiedzieć, kiedy przerwało im pukanie.
— Dziewczyny, można?
Wszystkie trzy spojrzały po sobie, aż w końcu Rani odkrzyknęła:
— Można!
Do pomieszczenia weszła reszta drużyny. Clara powstrzymała się od westchnienia, czując na sobie zmartwione spojrzenie Harrisona.
Rano w końcu dotarła do niego sowa państwa Burtonów. Kapitan tylko ciężko wtedy westchnął. Zapytany o to później smutno się uśmiechnął i powiedział:
— Taki los kapitana.
Od tamtego momentu Laurel najczęściej schodziła mu z oczu, z kolei Clara czuła na sobie spojrzenie kapitana częściej niż sobie tego życzyła. Chłopak bardzo mocno rozpamiętywał to zdarzenie. A tak naprawdę, od pamiętnego wypadku minął prawie miesiąc, także naturalną koleją rzeczy było, że szkoła zajęła się innymi wydarzeniami. A mieli czym.
Podczas obiadu, parę dni po wypadku, Patrick powiedział Clarze, że jakieś pierwszaki próbowały się dostać na korytarz trzeciego piętra. Oczywiście każdy zapytany o to zaprzeczał, jednak kiedy Fred raz zażartował z tego przy Ronie, ten uciekł wzrokiem.
Harrison w końcu stanął przed drużyną, podczas gdy oni zbili się w ciasną gromadkę wokół niego.
— Dobrze. Dobry trening dzisiaj, cieszę się, że poradziliście sobie nawet pomimo mżawki. Pamiętajcie, na razie zbieramy siły. Pierwszy mecz i tak mają Gryfoni i Ślizgoni…
— Najgorsi z najlepszymi… Ciekawe jak szybko znowu odpadną — usłyszała obok Daviesa. Obrzuciła go spojrzeniem. Cóż. Przynajmniej to już brzmiało bardziej jak on.
Harrison kontynuował.
— I no… Nick, obserwuj dobrze tego Pottera…
Po grupie przebiegł zgodny jęk frustracji. Szczerze mówiąc, Clara była skrycie zadowolona gdy odkryła, że nie tylko ona uważała ten nagły awans za niesprawiedliwy. Wiele osób, niekoniecznie grających w quidditcha, zgodnie twierdziło, że Potter musiał dostać się do drużyny przez swoją sławę. Szczególnie Ślizgoni wydawali się być tym faktem oburzeni. Do uszu Clary kilka razy dotarło jak śmiali się, że widocznie nikt nawet nie chciał próbować zostać szukającym, więc wzięli pierwszą lepszą osobę. W takich przypadkach zazwyczaj tylko półgębkiem wspominała o tym bliźniakom, żeby później udawać zdziwioną, gdy któregoś ze Ślizgonów zaczęło nagle gonić gryzące frisbee.
Wood z kolei uparcie obstawał przy swoim, mówiąc, że jeszcze wszyscy się zdziwią, a z czasem dołączyła do niego cała drużyna Gryfonów. Chociaż Clara musiała przyznać, że Fred i George swoje pochwały starali się przy niej ograniczać. Jeśli miałaby zgadywać, stwierdziłaby, że prawdopodobnie nie chcą jej ponownie urazić.
Jej drużyna natomiast nie przebierała w słowach.
— Serio, Eddie? Myślisz że pierwszak zdoła mnie tak szybko pokonać?
Harrison uśmiechnął się krzywo.
— Nick, nie zachłyśnij się. Tak, to dzieciak, ale Oliver nie jest głupi. Nie wziąłby na tak ważną pozycję kompletnego nieudacznika, a słyszałem, że McGonagall też to poparła… Ale wiecie co, może ewentualnie na przyszłość delikatniej z tłuczkami? Nie chcemy być posądzeni… — W tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem. Wszyscy podskoczyli. Clara aż otworzyła usta ze zdziwienia, gdy jej spojrzenie skrzyżowała się z Cressidą Paxton, jej koleżanką z dormitorium. Jej ciemne włosy były rozwichrzone, a sama dziewczyna ciężko dyszała.
— Coś się stało, Cress? — zapytała Clara. Ta natychmiast pokiwała głową. Zupełnie nie zważając na zdumione spojrzenia drużyny podbiegła do niej.
— Chodzi o Freda i George'a. Są w skrzydle szpitalnym — powiedziała cicho. Clara zmartwiała, a w uszach zaczęło jej piszczeć. Spojrzała na kapitana błagalnie, machinalnie już sama wstając.
— Leć, Pond.
Pokiwała w podzięce głową. Ledwo pamiętała o tym by chwycić swoją torbę i natychmiast pognała za Cressidą.
— Co z nimi? — zapytała zdenerwowana.
— Podobno wdali się w bójkę — Clara poczuła jak włosy stają jej dęba, a mina Cressidy zupełnie nie pomagała jej się uspokoić. — W dodatku Aya mi mówiła, że słyszała głośny huk z któregoś korytarza.
Na te słowa Clara poczuła, jak krew odpływa jej z policzków.
— Co? Jak to? Kiedy? Jak bardzo jest z nimi źle? Laurel wie?
— Niedawno, nie wiem. Aya po nią poleciała.
Doszły do rozwidlenia. Clara myślała, że znajoma pogna za nią, ale widocznie miała inne plany. Krzyknęła więc tylko naprędce: "Dzięki, Cress!" i z duszą na ramieniu zwróciła się w stronę skrzydła.
***
Na Laurel wpadła tuż przy wejściu. Obie niemal zgieły się wpół od szaleńczego sprintu przez zamek. Clara spostrzegła, że przyjaciółka, prawdopodobnie jak i ona, była blada jak ściana. Wymieniły zmartwione spojrzenia.
— Nawet nie chcę wiedzieć, co takiego próbowali zrobić, że sami sobie zrobili krzywdę… — westchnęła Laurel.
— Sezon na wypadki — skwitowała kwaśno Clara i pchnęła drzwi.
Natychmiast zauważyła bliźniaków siedzących naprzeciwko wejścia. Na pierwszy rzut oka nie wyglądali tragicznie, także poczuła, jak część zdenerwowania się z niej ulatnia. Nie byli sami. Tuż przed łóżkami stała profesor McGonagall, wyraźnie rozeźlona.
— Kto to widział! — mówiła zdenerwowana. — Takie rzeczy trzeba koniecznie robić pod okiem nauczyciela, a nie samowolnie...
— Ale pani profesor... — odezwał się Fred, jednak jedno spojrzenie nauczycielki sprawiło, że natychmiast zamknął usta.
— Dość już się nasłuchałam, panie Weasley. Gryffindor traci dwadzieścia punktów. Oczywiście musicie też pomóc panu Filchowi posprzątać to... to…
— Pobojowisko? — podsunął nieśmiało George. Wymieniła spojrzenia z Laurel. Co oni tam zrobili?
— Powiedziałam cicho, Weasley — powtórzyła kobieta. Fred już otwierał usta, zapewne, żeby wtrącić jakąś uwagę, ale na szczęście szybko się opamiętał. — Gdyby nie to, że oboje zapłaciliście już za swoją nierozwagę kilkoma siniakami, odjęłabym więcej punktów. Aha. Możecie zapomnieć o wyjściu do Hogsmeade w tę sobotę.
Na dźwięk tych słów bliźniacy spojrzeli po sobie. Gdyby Clara ich nie znała, uwierzyłaby, że naprawdę się przejęli, ale ona już wiedziała co im chodzi po głowach.
— Pani profesor! Prosimy, nie! Bardzo nam na tym zależy! — wykrzyknął Fred. Stojąca obok Clary Laurel, zagryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem.
— To moje ostateczne słowo, panie Weasley — ucięła krótko McGonagall. — Teraz przemyślcie swoje zachowanie. Oczywiście, wasi rodzice zostaną o wszystkim powiadomieni — dokończyła i odwróciła się, mając zamiar wyjść z pomieszczenia. Nie zobaczyła, jak po twarzach bliźniaków tym razem przebiegł autentyczny cień strachu.
— Dzień dobry, pani profesor — powiedziała nieśmiało Clara. Nauczycielka skinęła głową.
— Dzień dobry, panno Pond. Panno Burton. Mam nadzieję, że wy przemówicie im do rozumów.
— Oczywiście, pani profesor — odpowiedziała Laurel z uśmiechem. Poczekały jeszcze chwilę aż kobieta wyjdzie i podbiegły do przyjaciół.
— Skąd wiedziałyście? — zapytał George, otwierając szeroko oczy. Clara wzruszyła ramionami, siadając na krześle obok jego łóżka.
— Cressida i Aya nam powiedziały. — Zmierzyła bliźniaków spojrzeniem. — Co się w ogóle stało?
Przez szelmowskie uśmiechy bliźniaków już zaczęła żałować, że o cokolwiek zapytała. Wyglądali na zbyt zadowolonych z siebie.
— Jacys Ślizgoni znowu naśmiewali się z mugolaczki. Także my, jak to my, stanęliśmy w jej obronie. Wdaliśmy się w pyskówkę i jakoś tak… — zaczął Fred szczerząc zęby. — Pamiętasz jak wtedy nie mogliśmy rano odwiedzić Laurel, bo chcieliśmy coś zrobić? — zapytał. Clara wolno pokiwała głową, marszcząc brwi. Czując na sobie wzrok przyjaciółki wzruszyła ramionami. Fred wymienił spojrzenia z George’em, a kiedy ten skinął głową, kontynuował: — Testowaliśmy pewne zaklęcie i chcieliśmy sprawdzić czy zadziała… A że potrzebowaliśmy jeszcze innych królików doświadczalnych, to spróbowaliśmy i teraz. Koniec końców nie zadziałało…. A później pojawił się Irytek i zaczął gonić Panią Norris w postaci jednego z frisbee…
— Gdybym wiedziała, gdzie jesteś ranny, to trzepnęła bym cię bez wyrzutów sumienia, Fredericku — warknęła Laurel, zakładając ręce na piersi. — To było szalenie nieodpowiedzialne! Poza tym, jeśli chcieliście coś przetestować, może lepiej by było gdybyście umówili się z Flitwickiem!
— Więc nie powiem ci, gdzie jestem ranny — odparł Fred, puszczając mimo uszu jej komentarz. Clara i Laurel przewróciły oczami. — W każdym razie, Irytek nas dziabnął, oberwaliśmy własnym zaklęciem… Potem on rzucił się na tych Ślizgonów, pierwszoklasistka zdołała zwiać wcześniej, Merlinowi dzięki… Ale chyba trafiła na Percy’ego bo pojawił się znikąd. No i Percy starał się rzucać zaklęcia spowalniające na to frisbee... Hej, George! — dodał nagle, wyraźnie pod wpływem jakiegoś pomysłu. — A jakby tak zaczarować frisbee żeby zaklęcie spowalniające je przyspieszało?
— Dodam to do listy — odparł George, również się uśmiechając. Clara ciężko westchnęła.
— Naprawdę powinniście nad tym dłużej myśleć — powiedziała z wyrzutem w głosie. Obok niej Fred tylko przewrócił oczami.
— Już wystarczy nam moralizacji. McGonagall was w tym wyręczyła po stokroć — odparł, wzruszając ramionami. — Nie możecie iść do Hogsmeade — mruknął, imitując głos nauczycielki. — Jakby miało nas to jakoś powstrzymać — dodał, spoglądając na brata. George uśmiechnął się.
— Jak nie w tę sobotę, to w przyszłą — zgodził się. Clara zgromiła go wzrokiem.
— A nie sądzicie, że skoro macie karę, to McGonagall będzie bardziej uważała, czy nie będziecie się gdzieś pałętać?
— Brzmisz jak…
— ...jak Percy, tak, wiem — fuknęła. — Ale może skorzystacie z tej kary i nie wiem... Zaczniecie się uczyć?
— W dodatku, powtarzam to dla ciebie Fredericku, bo chyba nie dosłyszałeś, możecie się umówić z Flitwickiem i dopracować to zaklęcie. Jestem pewna, że wam pomoże. — wtrąciła się Laurel.
— Albo nawet z Percym!
— No tu już ci peron chyba odjechał, Arie — Fred wyraźnie się skrzywił. — Nasz kochany prefekt prędzej połknie własne pióro, niż nas będzie czegoś uczył!
Clara ugryzła się w język, chociaż była pewna, że chłopcy nigdy nawet nie spróbowali prosić brata o pomoc. A powinni! Percy może i był nieco sztywny, ale jeśli bliźniacy spróbowaliby to sprzedać jako chęć nauki… Sądząc jednak po minie Fred, raczej nie miała co go przekonywać.
Szarpnęła za warkocz.
— To się skupcie na nadrobieniu zaległości. A na razie to niektóre z waszych ocen leżą... Prócz wróżbiarstwa.
— Trelawney nas lubi — mruknął cicho Fred. — I to był cios poniżej pasa!
Obok niej, Laurel wzruszyła ramionami.
— Serio. Wykorzystajcie to jakoś. Będziecie mieli więcej czasu żeby powtórzyć zaklęcia i transmutację. To wam tylko wyjdzie na dobre.
— Zdrajczyni — mruknął Fred. Clara spiorunowała go wzrokiem, ale gdy po drodze natrafiła na spojrzenie George’a, lekko złagodniała. Przyjaciel wyglądał, jakby faktycznie zaczął się nad tym zastanawiać. Zerkał na brata, marszcząc brwi.
— Jak będzie trzeba, to któraś z nas was przypilnuje.
Zastanowienie w oczach George’a zniknęło. Bliźniacy spojrzeli na siebie. Po chwili wybuchnęli śmiechem, co sprawiło, że Clara zaczęła się złościć.
— Nie zapomnijcie, że te dwa tygodnie mapa jest u nas — powiedziała, dumnie podnosząc głowę. Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc, że śmiech zamiera im na ustach.
— A ja i tak muszę zostać. — dodała Laurel, uśmiechając się mściwie.
— Ja też mogę. Żadne z was nie idzie, to w sumie nie ma sensu — rzuciła Clara, ale Laurel lekko pokręciła głową.
— Ty idź. Najwyżej się z kimś umówisz i tyle.
Westchnęła.
— Bez was nie będzie tak fajnie…
Obok niej Fred chrząknął znacząco. Spojrzały na niego z wyrzutem.
— A skąd pomysł, że my się po prostu temu poddamy, Lori? Przecież nie zmusisz nas, żebyśmy siedzieli w bibliotece i się uczyli. Poza tym, naprawdę, tak zwyczajnie odpuścisz? Gdzie ta Laurel, która tropiła wtedy Daviesa, co?
— Już wam mówiłam, wolę unikać Skeeter. A poza tym… — uśmiechnęła się tak diabolicznie, że przez chwilę przypomniała Clarze Daviesa. — Jeśli nie, to ja też napiszę do waszej matki.
— Nie ośmielisz się! — wykrzyknął Fred. Laurel zerknęła na Clarę, jakby szukając w niej wsparcia. Dziewczyna przez chwilę się wahała, ale po chwili skinęła głową.
— Jak nie ona to ja — zagroziła. — Także lepiej się zgódźcie.
— Dobrze — mruknął Fred, opadając na poduszki. George tylko niezadowolony skinął głową, chociaż… Clarze wydawało się, że robił to na pokaz. Zdradzało go lekkie potarcie przedramienia. Odgarnęła nerwowo włosy z czoła, widząc, jak przez chwilę przyglądał się jej, jakby z troską.
— Ale to co, zostawimy Clarę samą?
Westchnęła.
— No przecież wam mówię, że mogę zostać. Poczekam aż pójdziemy wspólnie i…
— Przecież tyle rzeczy miałaś zaplanowanych… — wtrąciła Laurel. Ku zaskoczeniu dziewczyny, wyglądała teraz na naprawdę zasmuconą. — W dodatku, może kupisz coś swoim rodzicom? Może nie będą tacy źli, jak im coś dasz z Hogsmeade…
Clara przygryzła wargę. No to już był rzeczywiście dobry argument. Wiecznie przecież nie mogła unikać odpowiedzi, a że tata zacieśnia więzi z panem Weasleyem…
Pokiwała głową.
— I wam też coś kupię. — Widząc zaskoczone spojrzenia przyjaciół, niemal się obruszyła. — Przecież wam obiecałam, prawda? Za pomoc z quidditchem i w ogóle…
Widząc niebezpieczne iskierki w oczach Freda niemal natychmiast pożałowała tej decyzji.
It's been 84 years, holy shit, zapomniałam, jak okropnie się tekst justuje na bloggerze XD Ten blog umrze, gdy ja umrę, przysięgam. Ale ogólnie, fuck JKR i jej transfobię, a to jest teraz mój domek dla lalek i mój sillu ficzek z rozdziałami co 6 lat. And I think that's beautiful <3
Sonia

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz