piątek, 9 września 2016

15. Centaury

 
 Oboje sturlali się w dół, napotykając na swojej drodze kamienie, krzaki i zgniłe liście. Nie mieli pojęcia jak długo tak spadali. Dość aby powiedzieć, że gdy już się zatrzymali nie mogli złapać oddechu.
- Clar? Geroge? - usłyszeli jakby z oddali głos Laurel.
- Żyjemy! - odkrzyknął chłopak, podnosząc się i wypluwając ziemię z ust. - I lepiej tu nie schodźcie!
- To niby co mamy zrobić? - odparł Fred. - Nie dacie rady się wspiąć, jest za stromo! I raczej za wysoko!
- Idźcie górą, my dołem! - odparła Clara, nadal leżąc na ziemi. - Musimy w końcu znaleźć jakiś punkt styczny albo miejsce w którym da się łatwo wspiąć! 
- Jesteś pewna? - powiedziała Laurel. W jej głosie słychać było strach.
- Damy sobie radę, Lori! - odparła brunetka, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Idźcie wzdłuż zbocza! Jestem pewna, że się spotkamy!
- Niech wam będzie! Tylko zachowujcie się przyzwoicie tam w dole! - usłyszeli głos Freda. George zaśmiał się.
- Tak samo wy tam na górze! - odparł. W odpowiedzi oboje usłyszeli śmiech. Potem nastała cisza.
- Nie połamałaś się zbytnio? - zapytał chłopiec, odwracając się w stronę Clary. Dziewczynka powoli wstała.
- Nie, chyba nie... Lumos.
 W świetle różdżki mogła w końcu dokładniej się przyjrzeć gdzie dokładnie wpadli. Jar był dość długi i głęboki Krukonka przyjrzała się zboczom. Fred miał rację, było tu zdecydowanie za stromo aby się wspiąć. Przed nimi jednak rosły tylko gęsto porozstawiane drzewa. Gdyby nie znali zaklęcia oświetlającego zapewne co dwa kroki uderzaliby się o pnie.
 Po rozejrzeniu się Clara odwróciła się w kierunku George'a. Na widok jego licznych zadrapań aż przyłożyła dłoń do ust.
- A ty? Wyglądasz okropnie! - wykrzyknęła, podchodząc bliżej. Chłopak przyjrzał się swoim poharatanym, umorusanym ziemią dłoniom. Następnie przejechał nimi sobie po twarzy, próbując wyczuć pod palcami zadrapania.
- To nic takiego. Poza tym ty też nie wyglądasz najlepiej - odparł, uśmiechając się do niej przekornie. Jedenastolatka wywróciła oczami.
- Nic mi nie... - zaczęła, ale George natychmiast jej przerwał.
- W takim razie mi też nie.
 Clara wywróciła oczami. Dobrze wiedziała, że mogli tu tak stać, kłócąc się w nieskończoność. Żadne z nich zapewne by nie ustąpiło i pewnie jeszcze ranek by ich zastał a oni nadal by się sprzeczali, doprowadzając Freda i Laurel do białej gorączki.
- Dobra. Jeśli powiem, że ja też się poraniłam to dasz sobie pomóc? - zapytała, wzdychając.
- Może...
- Tak czy nie?
- Tak.
- Też sobie poraniłam, ręce i pewnie policzek, sądząc po pieczeniu. A teraz stój spokojnie i się nie ruszaj, inaczej stracisz oko - powiedziała, zbliżając się do niego z różdżką przed sobą. - Episkey - Zadrapania na jego rękach znikły, a rozcięcie nad łukiem brwiowym przestało mu krwawić. - Proszę.
- Dzięki - odparł chłopak, przyglądając się nie bez zaskoczenia swoim dłoniom. - Możesz użyć tego samego na sobie?
- Na rękach tak. Nie wiem jak z twarzą. W końcu się nie widzę a jakoś w pobliżu nie ma żadnego jeziora czy lusterka abym zobaczyła te straszne rany - odparła, celując sobie w ręce i wymawiając zaklęcie. Jednak George nie wydawał się być uspokojony tym faktem i nadal jej się przyglądał.
- Ja ci to mogę zrobić. Tylko powtórz formułę - powiedział w końcu. Clara uniosła zaskoczona brwi. - Zaufaj mi - dodał, widząc jej zdziwioną minę.
- Zaklęcie brzmi epsieky - odparła, zamykając oczy.
- Episkey - powtórzył George, celując w jej policzek. Ku uldze brunetki nic się jej nie stało. Twarz nie wybuchła, nie poraniła się jeszcze bardziej ani nic z tych rzeczy. Pieczenie ustało. Przejechała sobie dłonią po zranionym miejscu. Pod placami wyczula tylko strup.
- Dzięki - powiedziała z uśmiechem.
- Nie ma za co - odparł chłopak, odwzajemniając go. - A teraz lepiej już iść. Nie wiadomo w końcu gdzie Fred i Laurel zawędrowali.
- Słuszna uwaga. Lumos.
 Powoli zaczęli iść wzdłuż zbocza z którego spadli. Clara musiała przyznać, że pomimo mroku las miał w sobie coś... Niezwykłego. Nie mogła tylko dokładnie sprecyzować co było w nim takiego interesującego. Może i przedziwne rośliny. Mogły to być też odgłosy zwierząt, bo pomimo nocy wydawało się, jakby budził się teraz do życia. Każdy szelest, każde pohukiwanie sowy, mimo, że przyprawiało ją o dreszcze zdawało się być częścią czegoś większego. Jakby jedna wielka nocna opera powstawała na ich oczach tworząc coś niepowtarzalnego. Obserwując las dziewczynka mogła w sumie zrozumieć dlaczego Newt Scamander tak bardzo kochał zwierzęta. Mimo to jedno pozostało dla niej dziwne w tej postaci. Dlaczego wolał właśnie je od ludzi? Czemu myślał, że są one lepsze? Co mu aż tak przeszkadzało w ludziach?
 Rozumiała jego fascynację. Oczywiście, że rozumiała. Wszystko co magiczne ją, jako czarownicę pochodzącą  z rodziny mugoli, fascynowało. Może Scamander szczególnie upodobał sobie zwierzęta tak jak ona zaklęcia?
 Dostrzegała pewne cechy wspólne w sobie i w nim. Być może on, tak jak i ona chciał się sprawdzić, być najlepszym w tym co kochał robić. Rozumiała to, naprawdę. Jednak to nie tłumaczy zatracaniu się w pracy i prawie zupełnej utracie kontaktów z człowiekiem. Dla niego skończyło się to wyrzuceniem z Hogwartu, tylko dlatego, że przestał się liczyć z życiem ludzkim. Czy ona tez może tak skończyć, jeśli skupi się tylko na zaklęciach? Nie... Nie wydawało jej się to być możliwe...
 Pogrążona w myślach o słynnym zoologu, nie zauważyła, że las zaczął się przerzedzać. Dopiero po chwili zobaczyła, że stoi z George'm na ośnieżonej polance. Był to płaski, idealnie okrągły teren. Dziewczynka nie była pewna co kryje się pod warstwą śniegu. Mogła to być oczywiście trawa, ale w Zakazanym Lesie nigdy nic nie wiadomo. Idealnie na środku rosło drzewo. Miało gruby pień z korą wyglądającą na bardzo szorstką.  Oboje wymienili zaskoczone spojrzenia.
- To nie może być koniec - mruknął chłopak. Clara pokiwała głową.
- Nie, nie może - zgodziła się. - Ale stąd widzę przynajmniej zamek.
 Miała rację. Za ścianą lasu widać było wieżyczki Hogwartu. Dostrzegła palące się światło na szczycie Wieży Astronomicznej i kilka przy dormitoriach wież Ravenclawu i Gryffindoru. Westchnęła z ulgą. Nie oddalili się tak bardzo jak myślała. Natychmiast podzieliła się tym spostrzeżeniem z George'm.
- Faktycznie - odparł, kiwając głową. - Ale w takim wypadku mam jedno pytanie... Skoro Laurel i Fred szli tuż nad nami, a ścieżka tu się zbiega... Czemu nigdzie ich nie widzę?
 Zaskoczona dziewczynka uniosła wyżej różdżkę, rozglądając się. Chłopiec miał rację. Zbocze wzdłuż którego szli, jakąś stopę przed polanką zbiegało się w jeden płaski teren, na którym teraz stali. Jeśli Fred i Laurel szli tak, jak obiecali im na początku, również powinni tu być, a tak... Tylko to drzewo. I ona z George'm.
- Mam nadzieję, że nie stało im się nic złego.... - powiedziała cicho, czując jak w żołądku zawiązuje jej się twardy węzeł ze strachu o przyjaciółkę.
- Nie sądzę, aby stało im się coś poważnego - odparł chłopak, ale jego głos nie brzmiał pewnie. Dziewczynka westchnęła, opierając się o drzewo. Wtem usłyszała jakiś stłumiony pisk. Natychmiast odskoczyła od pnia, cofając dłoń. Zerknęła za siebie. Dokładnie w miejscu, gdzie wcześniej spoczywała jej dłoń kręciła się jakaś maleńka istotka. Zaciekawiona Clara pochyliła się na tyle, aby móc się jej przyjrzeć.
- Co to jest? - zapytała. - Bahanka?
- Elf - odparł George, również się pochylając.
 Elf, a raczej elfka przyglądała się tej dwójce, wydając z siebie coraz to głośniejsze brzęczenie. Wyciągnęła małą piąstkę w kierunku Clary, machając nią ze złością. Po chwili obrażona opadła na gałąź, przyglądając się czemuś na jej plecach, kątem oka nadal patrząc na Krukonkę.
- Zrobiłam ci coś? - zapytała dziewczynka, niepewnie do niej podchodząc. Elfka wydała z siebie coś na kształt prychnięcia, odwracając się do niej tyłem i przegarniając jasne włosy z pleców na ramię. Dopiero wtedy Clara zauważyła, że jedno ze skrzydełek ma przekrzywione. Dziewczynka szybko domyśliła się, że musiało to jej utrudniać lot.
- Daj naprawię ci to - powiedział, wyciągając dłoń w kierunku stworzenie. Ta spojrzała na nią wilkiem, próbując odlecieć na inną gałąź, ale skrzydełko skutecznie jej to utrudniło. Z wyższością odwróciła się w stronę Clary przyglądając jej się zwężonymi, czarnymi oczami. - Przepraszam - powiedziała dziewczynka. - Naprawdę przepraszam, daj sobie pomóc.
 Elfka ponownie zabrzęczała, ale tym razem nieco ciszej. Odwróciła się tyłem do Krukonki, wskazując dłonią na skrzydełko. Dziewczynka najdelikatniej jak potrafiła wyprostowała je w parę sekund.
- Proszę - powiedziała, kończąc. - Od razu lepiej, prawda? Jak to dobrze, ze taka ładna elfka ma równe skrzydełka.
 Stworzonko uśmiechnęło się, prostując się dumnie i wzlatując w górę tak wysoko, że wkrótce zniknęła im z oczu na wieczornym niebie.
- Ależ jej nasłodziłaś - mruknął George, chowając coś do kieszeni. Widząc ciekawskie spojrzenie Clary wzruszył ramionami i dodał równie cicho: - Potem ci powiem. Teraz lepiej znajdźmy Freda i Laurel.
 Ledwie wypowiedział te słowa za sobą usłyszeli tętent kopyt. Natychmiast się odwrócili. Z leśnej gęstwiny wyszło im naprzeciw trzy... stwory. Krukonka i Gryfon unieśli wyżej różdżki tak, aby oświetlić całe ich postaci. Były to centaury. Środkowy, wysunięty trochę na przód, miał siwą sierść, brodę i włosy a jego oczy przywodziły na myśl ciemne chmury gradowe. Po jego prawej stał drugi o karej maści z czarnymi włosami i o wydatnych kościach policzkowych, którego wyraz twarzy bynajmniej nie uchodził za przyjazny. Po lewej stronie siwego centaura stał wizualnie najmłodszy z całej trójki. Miał on złocistą sierść i takież same włosy, krótsze od tych dwóch pierwszych. Wszyscy trzej mieli przewieszone przez ramię łuki i kołczany pełne strzał.
- D-dobry w-wieczór... - wydukała Clara, spoglądając niepewnie na najstarszego z centaurów.
- Niebezpiecznie jest chodzić o tej porze młode człowieka - odparł mężczyzna głębokim basem. Słysząc tę łagodną reprymendę Clara opuściła wzrok.
- Ja... wiem... panie, ale...
- Ledwo co udało nam się zawrócić pozostałe młode a tu kolejne dwa - prychnął ten czarny. Clara podskoczyła.
- Widzieliście innych? - zapytał George. - Są bezpieczni? Nic im nie jest?
 Najstarszy centaur odrzucił głowę w tył, przyglądając się gwiazdom.
- Mars zaczyna płonąć jaśniej. To źle wróży - powiedział. Krukonka i Gryfon wymienili spojrzenia.
- Co to znaczy? - odważyła się zapytać dziewczynka. Ten sam centaur co wcześniej na nią prychnął nagle poczerwieniał.
- Nie będziemy wyjawiając tajemnic takim pomiotom jak wy! - wykrzyknął. - I tak uczyniliśmy już przysługę dwóm przedstawicielom waszej rasy! Nie będziecie wykradali naszych najskrytszych...
- Uspokój się, Magorian - skarcił go łagodnie starszy. - Młode nie chciało nas urazić. Widac to jedno ze szkoły, które przyszło tu w jakimś celu i się zgubiło. Okaż mu zrozumienie.
 Magorian mruknął coś pod nosem, ale kiedy napotkał zimny wzrok starszego mruknął tylko:
- Wybacz, Heliosie.
- Czy... Moglibyście zaprowadzić nas na skraj Lasu? - poprosiła ostrożnie Clara, nie chcąc ponownie urazić któregoś z centaurów, szczególnie tego najbardziej agresywnego. W duchu obiecała sobie, że gdy tylko kiedykolwiek będzie miała z nim styczność będzie uciekała gdzie pieprz rośnie. - Bardzo prosimy, panie Heliosie... - dodała, zwracając się głównie do tego najstarszego.
 Centaur obrzucił ich wzrokiem.
- Wystarczy nam jedna usługa człowiekowi jak na jeden dzień - odparł w końcu. - Nie jesteśmy jakimiś znakami aby mu pomagać za każdym razem kiedy zgubi drogę.
- Nikt tego nie mówi ani nie wymaga tego od was - wtrącił szybko George błagalnym tonem. - Prosimy ten jeden ostatni raz....
- Może moglibyśmy im pomóc... - wtrącił nieśmiało ten o jasnych włosach. Starsze centaury spojrzały na niego jak na kogoś niespełna rozumu.
- I może jeszcze co? Będziesz ich wiózł na grzbiecie jak zwykły muł?! - prychnął Magorian, jednak Helios uciszył go, podnosząc rękę.
- Firenzo może mieć rację - odparł spokojnie. - Dobrze, niech wam będzie. Ale pamiętajcie, że w naturze centaurów nie leży usługiwanie ludziom.
- Dziękujemy, panie Heliosie - odparła cichutko Clara.
 Po parunastu minutach dotarli na skraj lasu. Uprzejmie skłonili się przed centaurami i poszli w  stronę zamku. Kiedy byli już prawie przy głównym wejściu poczuli jak ktoś łapie ich za ręce. W pierwszej chwili chcieli krzyknąć, ale wtedy zobaczyli uśmiechnięte twarze Laurel i Freda.
- Dzięki Merlinowi! - wykrzyknęła Clara, przytulając ich oboje. - Tak się martwiliśmy o was!
- A my o was! - odparł Fred, ściskając brata. - Jak ciotki Muriel nienawidzę, gdyby nie te centaury w życiu byśmy stamtąd nie wyszli!
- my tak samo! - odparł George. - Wspominali o was.
 Na te słowa twarz Laurel z lekka stężała.
- Coś nie tak? - zapytała blondynki brunetka z troską w głosie. Ta jednak uśmiechnęła się.
- Nie, wszystko w porządku. Po prostu jeden z centaurów coś mi powiedział, ale ma to tak mało sensu, że jakoś niezbyt tym się przejmuję. W sumie nieważne. Chodźmy już spać, bo jeśli Paddy odkryje, że nie ma nas w łóżkach to nas zapewne zabije.
 I mówiąc to skierowała się prosto w stronę drzwi. Bliźniacy i Clara wymienili zaskoczone spojrzenia. Brunetka wzruszyła ramionami, tak samo zresztą jak chłopcy i weszli we trójkę na korytarz.
***
 Hejka nakljeka ^^
 Co tam u Was? Ja akurat jestem po integracyjnym wypadzie z klasą, takim bez wychowawczyni i było bardzo fajnie! 
 Tak... Od tego rozdziału narzuciłam sobie limit - każdy rozdział MUSI mieć co najmniej 2000. Czasem jest trudniej, czasem łatwiej, ale przynajmniej następny rozdział tych słówek ma sporawo ^^ 
 Również z takich "nowości" napisałam w końcu list do bliźniaków Phelps i niemal jak na szpilkach czekam na jakąkolwiek odpowiedź z ich strony... 
 No i minął już trzeci rok odkąd wplątałam się w te zawirowanie zwane "blogosferą". W porównaniu z tym, co pisałam wcześniej.... No cóż, powiedzmy, ze teraz jest o wiele lepiej, ale przecież zawsze może być jeszcze lepiej ^^
 Także ja lecę odrabiać matmę, bo nauczycielka jakoś nie zważa na to, ze jesteśmy humanami i daje nam zadanek... Ach kace matematyko...
Sonia

4 komentarze:

  1. Epsieky czy Epsikey? Bo Clara mówiła co innego i George co innego (czy tam fred), jak używali zaklęcia na rany xD
    "Bliźniacy i Clara zaskoczyli zaskoczone spojrzenia." Że... co? XD Zaskoczyć zaskoczone spojrzenia? Masło maślane czy to na nie umiem czytać?

    Dobra. Poza tym ki się podoba, szczególnie pierwsza część rozdziału ^-^
    2000 słów? Ja czasem robię tysiąc coś, ale przeważnie 950 xd także no...
    Późno jest, ja już pójdę. Chyba to tyle na dziś!
    NMBZT!

    Meg/Darth Baran :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jezu nie zobaczyłam tych zaskoczonych zaskoczeń XD Już poprawiam XD Zaklęcie brzmi "episkey" tylko, ze ja pewnie nie zauważyłam błędu i dałam tak jak było XD Ja nwm, mocniejsze okulary chyba muszę sobie kupić XD

      Usuń
  2. Dobra, Plac Grunwaldzki... Obym zdążyła do Niemcewicza...
    Rozdział fajniutki. Coś tak podejrzewałam, że centaury im pomogły, ale miałam przez chwilę wrażenie, że zmieniło się w drzewo (nie pytaj xD). Ciekawe co takiego centaury powiedziały Lori, że taka zaniepokojona.
    Dobra, Plac Rodła dopiero, a ja już kończę, bo nwm co jeszcze napisać :p
    A, No tak.
    Zamiast kace matematyki przeczytałam koce matematyko...
    I btw jestem zmęczona po balecie :____: I baletki mi się porwały :____: I to niesprawiedliwe jest w ogóle :(
    I w ogóle tramwaj nie zatrzymał się na jednym przystanku... Remont remontem, ale jak ja dojadę do Galaxy? Cofać się bd musiała? :_____:
    Dobra, bo zaraz Kołłątaja, so kończę :p

    Jawa w tramwaju ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że wszystko dobrze się skończyło, ale jak znam życie, konsekwencje dopiero nadejdą. I przez kolejny rozdział nie za bardzo rozumiem motywacje Laurel - okej, może nie tak to ujęłam, raczej to, dlaczego ukrywa przez przyjaciółmi to, co usłyszała? W końcu teoretycznie nie ma powodu, skoro to nic takiego? Zobaczymy dalej...

    OdpowiedzUsuń