piątek, 27 stycznia 2017

7. Obrona przed czarną magią

Znalezione obrazy dla zapytania obrona przed czarną magią
Następny tydzień był dla dziewczynek prawdziwym zawirowaniem. Lekcje, które rozpoczęły się dwa dni później, naprawdę zaczęły je męczyć. Oczywiście, w czasie tych ostatnich tygodni wakacji starły się uczyć, ale ciężka atmosfera w domu Laurel skutecznie im to utrudniła. W efekcie mimo, że były do przodu z materiałem nie czuły się w pełni przygotowane do zajęć.
Nauczyciele z kolei nawet nie starali się zniwelować tego uczucia. Snape na dzień dobry zadał im wypracowanie na temat jednego z eliksirów, który kazał im sporządzić. Pomimo tego, że napój jako tako wyszedł im poprawnie nauczyciel skrytykował całą grupę, nazywając ich "bandą nieuków, nie potrafiących odróżnić wywaru tojadowego od Wywaru Żywej Śmierci", co mocno ubodło szczególnie Krukonów.
Profesor McGonagall też nie do końca zamierzała im odpuścić. Tym razem nie wymagała od nich przepisania reguł. Bardziej oczekiwała tego, że te wszystkie zasady będą mieli wykute na pamięć i w nocy o północy miały zostać przez nich wyrecytowane bez zająknięcia. Dodatkowo zaczęli zmieniać żywe istoty w przedmioty codziennego użytku, co było o wiele trudniejsze od zmieniania rzeczy martwych w inne. W końcu te wszystkie zwierzęta miały jakiś tam swój rozum i czasem się zdarzało, że guzik, który jeszcze piętnaście minut temu był żukiem, biegał po stoliku ku rozpaczy zestresowanych drugoklasistów.
Inaczej jednak było na zaklęciach i zielarstwie. Profesor Flitwick i profesor Sprout mieli chyba najłagodniejsze podejście do uczniów, co witano z wielką ulgą. Oboje oczywiście sprawdzili wiedzę podopiecznych z poprzedniego roku, ale nie odejmowali punktów za ewentualne pomyłki, tak jak Snape czy McGonagall.
Tym bardziej, że na zielarstwie w końcu weszli do szklarni numer dwa, która fascynowała ich od samego początku. Od starszych klas słyszeli, że właśnie tam czają się te bardziej niebezpieczne rośliny, na które opiekunka Puchonów szczególnie uważała. Także pierwsza lekcja na której nauczycielka objaśniała im, jak zajmować się mandragorami bardzo ich zaciekawiła.
Historia magii nie zmieniła się za to wcale. Profesor Binns siedział na lekcji, czytając im potwornie długie notatki, sennym głosem nakazując im przepisanie dokładnie każdego podyktowanego słowa. Oczywiście, znaczna większość uczniów, nawet pomimo prób, po prostu nie dawała rady wygrać z usypiającą atmosferą klasy. Co silniejsi pozostawiali trzeźwi nawet do dziesięciu minut po rozpoczęciu zajęć, ale nawet ich ogarnęła senność. Każda lekcja historii kończyła się tak samo: uczniowie z lekkim podskokiem wybudzali się na dźwięk dzwonka i lekko ociężali wychodzili z sali, próbując rozgryźć ze swoich notatek cokolwiek. Ubolewali również nad faktem, że profesor akurat stwierdził, że powinni napisać wypracowanie o tym czy innym temacie, bo "dawno nic nie pisali". To, że swoje liczne prace zobaczą dopiero na koniec roku w ogóle się nie liczy, ważne aby je oddać i to w terminie, bo Binns miał pamięć do terminów jak do wszystkich wydarzeń trzeciej wojny goblińskiej.
Jednakże lekcją, której uczniowie się najbardziej obawiali była, o dziwo, obrona przed czarną magią. Po wcześniejszych, dość dziwnych, przejściach z profesor Bowman nie byli dość pozytywnie nastawieni do tego przedmiotu. Szczególnie Clara, Laurel i bliźniacy mieli na co narzekać. W końcu to oni byli świadkami szaleństwa byłej nauczycielki.
Także w środę z ogromnymi wątpliwościami weszli do sali lekcyjnej. Profesor Goldberg już tam na nich czekała. Clara od razu dostrzegła pewną zmianę w postawie nauczycielki. Nie wyglądała już na przestraszoną, nieśmiałą dziewczynkę, jaką wydawała się być gdy dyrektor przedstawiał ją uczniom. Teraz stała wyprostowana z dłońmi splecionymi przed sobą, dość władczym wzrokiem przyglądając się uczniom. W tym momencie sprawiała wrażenie osoby surowej, także uczniowie natychmiast pocichli i zajęli miejsca w ławkach. Po chwili dość głośnego, jak się wydawało, rozpakowywania się nauczycielka zabrała głos.
— Witam was wszystkich na lekcji obrony przed czarną magią. Jak pewnie wszyscy wiecie z poprzedniego roku, będziecie tu się dowiadywali jak skutecznie bronić się przed złymi mocami, które czyhają na was poza szkołą. Chciałabym abyście schowali podręczniki i wyjęli różdżki.
Głos miała dość łagodny, ale dało się w nim wyczuć dość stanowczą nutę. Jednak, mimo wszystko, daleko jej było do McGonagall. Cała klasa spojrzała po sobie, jakby nie do końca rozumiała polecenie nauczycielki. U profesor Bowman samobójstwem byłoby wyciągnąć różdżkę na lekcji. Była nauczycielka sama dla siebie była zagrożeniem, a gdy już nawet tłumaczyła im teorię to uczniowie siedzący na samym przedzie próbowali się odsunąć od niej najdalej jak tylko mogli. Zazwyczaj tylko nauczycielka trzymała w ręku różdżkę. Reszta albo starała się przeżyć zajęcia albo spała. Do wyboru.
Widząc skonsternowanie uczniów profesor Goldberg uśmiechnęła się lekko.
— Wiem jakie macie przejścia po profesor Bowman, dyrekcja mnie uprzedziła — powiedziała spokojnie. — Właśnie dlatego chcę, abyście nieco nauczyli się obrony w praktyce. Nie będą to jakieś bardzo skomplikowane zaklęcia — dodała.
W tym momencie do sali wpadli zadyszani bliźniacy. Wzrok całej klasy powędrował na nich. Oni, lekko zmieszani zmierzwili sobie włosy z tyłu głowy. Już otwierali usta, aby przeprosić, ale nauczycielka ich uprzedziła.
— Panowie Weasley, tak? Nic się nie stało, siadajcie... Tylko zachowujcie się cicho... Ale mimo wszystko za spóźnienie po minus jednym punkcie do Gryffidnoru, mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie zdarzy... Kontynuując... Zaklęcia, których was nauczę nie będą skomplikowane... Tylko podstawa, ale taka, bez jakiej nie będziecie zdolni do dalszej obrony. Na przykład gdy jakiś mag wyzwie was na pojedynek magiczny już będziecie w stanie jakoś się uchronić —— tu nauczycielka machnęła swoją różdżką.
Wydobyła się z niej srebrna mgiełka, która po chwili uformowała się w sylwetki dwóch czarodziejów, stojących przed sobą z wyciągniętymi różdżkami. Cała klasa zaczęła się przypatrywać tej dziwnej anomalii z otwartymi ustami. Nawet Fred i George ucichli. Nauczycielka ponownie uśmiechnęła się.
—— Sami zobaczcie. Standardowy, umówiony pojedynek magiczny zaczyna się od ukłonu. W ten sposób okazujecie szacunek do przeciwnika, nawet jeśli go nienawidzicie i zaraz jedno z was ma zginąć. W każdym razie, każda strona unosi różdżkę na wysokości piersi, przykłada ją do siebie i gwałtownym ruchem opuszczają ją w dół. Potem odwracając się do siebie tyłem, przechodzą ustaloną ilość kroków. Na ustalony znak rozpoczynają atak.
W miarę opisu profesor Goldberg świetliste, srebrne postaci wykonywały dokładnie to samo, co mówiła. Klasa zamarła w niemym zachwycie, przyglądając się temu wszystkiemu w zdumieniu.
— Oczywiście to wszystko jest tylko teorią. Nie wiem gdzie w tym momencie jesteście w historii magii, ale powinniście słyszeć o pojedynku między naszym dyrektorem, Albusem Dumbledore'em a Gellertem Gridenlwaldem. Czy ktoś chciałby coś na ten temat powiedzieć?
Dla nikogo nie było zaskoczeniem, gdy ręka Clary powędrowała do góry.
— Tak, słucham, panno Pond?
— Profesor Dumbledore i Grindenlwald stoczyli ją w 1945 roku. Krążą różnie plotki na temat długości trwania pojedynku. W każdym razie profesor Dumbledore go wygrał i wtrącił Grindenlwalda do Nurmengardu, gdzie teraz odsiaduje dożywocie. Po tym wydarzeniu dyrektor otrzymał Order Merlina Pierwszej Klasy.
— Bardzo dobrze. Pięć punktów dla Ravenclawu — odparła nauczycielka. Clara uśmiechnęła się dumnie i wyprostowała. Tuż za sobą usłyszała prychnięcie Ayers.
— To wie każdy, kto kiedykolwiek przeczytał kartę Dumbledore'a z czekoladowych żab...
— Ale tylko panna Pond to zapamiętała, panno Ayers. Pani arogancja pozbawiła panią jednego punktu dla Slytherinu — wtrąciła profesor Goldberg. — Nie toleruję takiego zachowania w mojej klasie — dodała a oczy zalśniły jej niebezpiecznie. Ślizgonka spuściła głowę.
— Oczywiście, pani profesor — mruknęła.
— Kontynuując, tak jak przypomniała nam panna Pond, pojedynek miedzy Grindenlwaldem a Dumbledore'em przeszedł do historii jako jeden z najbardziej spektakularnych pojedynków na świecie. Każdy czarodziej zna jego datę i wynik, jednak nikt tak do końca nie zna jego przebiegu. Sam profesor Dumbledore nie lubi go wspominać i może dlatego powstało aż tyle legend na jego temat. No dobrze, tyle nam mówią historyczne fakty i jak bardzo nie chcę wam wchodzić w paradę z tym przedmiotem  pomyślmy w taki sposób... Co jeśli kiedykolwiek zdarzyłoby się wam stanąć do walki ze... zwierzęciem?
Nagle świetlista postać czarodzieja po lewej stronie nauczycielki zmieniła się w jakieś dziwne, pokurczone zwierzę, którego żaden z uczniów nigdy nie widział na oczy.
— Czy będziecie wiedzieli jak się przed nim bronić? — usłyszeli głos profesor Goldberg, która nagle po prostu zniknęła, lub, jak nakazywałaby logika, usunęła się w cień tak, że klasa nie była w stanie jej zobaczyć.
Mglisty potwór zaczął atakować czarodzieja, a ten zaczął machać różdżką, jednak żadne z jego "zaklęć" nie czyniło krzywdy zwierzęciu. W pewnym momencie stwór rzucił się na mężczyznę... i mgła się rozmyła. Przez chwilę w klasie panowała cisza, gdy ni stad ni zowąd w tym samym miejscu w którym dział się pojedynek zabłysła rozwarta głowa potwora. Większość klasy podskoczyła a niektórzy nawet pisnęli ze strachu.
— Tego mam zamiar was nauczyć — pozwiedzała profesor Goldberg, pojawiając się przed ich ławkami. W tym samym momencie rozbrzmiał dzwonek, oznajmiający koniec lekcji. — Możecie już iść.
Wszyscy nienaturalnie, bardzo cicho spakowali swoje rzeczy i wyszli z klasy. Dopiero po chwili, gdy znaleźli się na zatłoczonym uczniami korytarz odzyskali rezon. Zaczęli z przejęciem rozmawiać między sobą o dopiero co odbytej lekcji.
— Ona. Jest. CUDOWNA! — pisnęła Laurel. — Nie wiem jakiego zaklęcia użyła, aby pokazać nam te wszystkie rzeczy...
— Kogo to obchodzi?! To było fantastyczne! — przerwał jej Fred, wbiegając na rozmawiające dziewczynki. O dziwo, Krukonka nawet się nie zdenerwowała tym nagłym napadem. Pokiwała potakująco głową.
— Fakt, lekcja była bardzo interesująca — przyznała Clara, poprawiając włosy. — Ale... czy tylko mnie zdziwiło, że ona znała nasze wszystkie nazwiska i wiedziała kto kim jest? Przecież nawet nie sprawdziła obecności!
Na te słowa pozostała trójka zatrzymała się gwałtownie.
— Co?! — wykrzyknęli zaszokowani bliźniacy.  Laurel pokręciła głową.
— Nie wiecie bo się spóźniliście — odparła. — Ale Clar ma rację. Nie przeczytała żadnego nazwiska, a znała chyba każdego z nas... Wy jesteście rozpoznawani przez każdego, ale na przykład ja lub Clara... A ona od razu zwrócił się do niej per "panna Pond". Nie zapytała o nazwisko, od razu je powiedziała, bez chwili zawahania. Tak samo Ayers...
— Dziwne... — mruknął cicho George. — Myślicie, że ona też jest lekko... no... — wykonał dość wymowny gest w okolicy swojego ucha. — Trochę niestabilna? Jak Bowman?
— Nie sądzę — mruknęła Clara, skręcając w stronę korytarza, prowadzącego na Wielką Salę. — Chyba już nam ostrożniej dobierają nauczycieli... Poza tym nie wydaje się być taka. W końcu sami stwierdziliście, że jest naprawdę super i, moim zdaniem, chyba zna się na uczeniu. Nawet wy siedzieliście cicho!
— Na niektórych lekcjach siedzimy cicho! — oburzył się Fred. — U McGonagall na przykład...
— I tylko u niej. No, jeszcze u Sanpe'a. Bo się ich boicie — odparła Laurel, kierując się w stronę stolika Ravenclawu. Bliźniacy spojrzeli po sobie, ale nie byli w stanie zaprzeczyć. Wzruszyli więc tylko ramionami i odeszli. Clara po prostu powędrowała za przyjaciółką, siadając obok niej przy stoliku.
Posiłek upłynął im w dość nienaturalnym milczeniu. Obie skupiły się na tym, dość dziwnym, zachowaniu profesor Goldberg. Nawet nie zauważyły, gdy Patrick i Fiona dołączyli do obiadu, ani kiedy go skończyły. W pewnym momencie Clara po prostu wstała i odeszła od stołu, nie zauważając, że Patrick o coś ją pyta. Była już prawie przy wyjściu z Wielkiej Sali, kiedy wpadła na kogoś.
— Przepraszam — mruknęła, nawet nie podnosząc wzroku. Słysząc dość ciepły, znajomy śnieg uniosła głowę. — Cedrik! — wykrzyknęła, bardziej ucieszona niż zaskoczona. Natychmiast się uśmiechnęła. — Hej! — wykrzyknęła, przytulając go mocno. Chłopak, nadal się śmiejąc również ją objął.
— Hej, Clara — powiedział, gdy w końcu ją puścił, odgarniając włosy z czoła. — Jak tam wakacje? Coś ciekawego?
— Eee... nie... — odparła — Zapytałabym "a twoje", ale już wszytko o nich wiem — dodała z uśmiechem.
— Punkt dla ciebie — stwierdził. — Co taka zamyślona szłaś? To trzeci dzień, aż tak was zawalili? Nie zdążyłaś się w trakcie wakacji wykuć wszystkich podręczników?
— Eeej! — fuknęła Clara. — I nie, nie o to chodzi. Przed chwilą miałam pierwszą lekcję obrony...
— I...? Przecież Goldberg wydaje się być świetna! A na pewno lepsza niż Bowman...
— Na lekcji zdarzył się taki mały... hm... incydent? Widzisz, nie przeczytała listy obecności, a i tak zwracała się do nas wszystkich po nazwisku, bez wahania, nie myląc się. Dziwne, co?
Cedrik uniósł brew, po czym pokiwał głową.
— Masz rację... Ale to się pewnie niedługo wytłumaczy — odparł w końcu. — A propo lekcji... Zastanawiałaś się już nad swoimi nowymi?
— Och błagam cię, mam na to cały rok! — prychnęła Clara. — Będę mogła cały ten czas poświęcić na analizowanie plusów i minusów...
— A w czasie wakacji myślałaś może nad... no... — tu chłopak lekko się zmieszał, nerwowo odgarniając włosy z czoła. — Nad... quidditchem?
— Tak, ale... Szczerze mówiąc nie wiem, czy się nadaję — przyznała, odnajdując nagle niezwykle interesujący szczegół na swoich butach. — Niby coś tam ćwiczyłam z Laurel, ale no... Nie jestem pewna, czy przydam się drużynie.
— Czemu nie? Widziałem jak latasz. Musiałabyś tylko się przygotować do testów... Kiedy je macie? Myślałaś już nad tym, na jakiej pozycji chciałabyś grać?
— Nie przyjmiesz odmowy, prawda? — zapytała Clara, przewracając oczami. Puchon uśmiechnął się ironicznie.
— Czyli w piątek po kolacji? — zapytał. Dziewczynka założyła ręce na piersi, przewracając, ale uśmiechnęła się.
— OK. Niech ci będzie.
***
Hejoooo!! ^^ Jezus Maryja ja chcę już ferie bo umieram pp, a moja wena leży i kwiczy meh >.< Mam nadzieję, że rozdział, mimo wszystko, Wam się spodoba. Dedyk dla Meg ^^
Sonia

2 komentarze:

  1. Helllooouuuu
    Nie wspominając nic o feriach. Ty przynajmniej będziesz je MIEĆ, a ja już miałam... już koniec... umieram... XD No dobra, pewnie jakoś pociągnę te 5 miesięcy...
    W każdym razie rozdział jest fajny! Bardzo podoba mi się rozmowa Clary i Ceda, bo ona już się tak nie wstydziła na każdym kroku xD W ogóle dzięki za dedyk. A tak btw to o co chodzi z tym zdaniem "(...), słysząc dość ciepły, znajomy śnieg uniosła głowę." Można słyszeć śnieg? A czy śnieg może być ciepły...? XD
    Moim zdaniem ta nauczycielka co znała ich imiona jest spoko. Może po prostu wcześniej czytała listę obecności albo wkuła się jej na pamięć? To chyba nie aż takie dziwne.
    Ja z ogromnym bólem jutro powracam do placówki oświatowej, więc muszę zrobić homework z chemii i ogarnąć, jakie mam w tym tygodniu testy. Nienawidzę mojego gimnazjum. NIENAWIDZĘ.
    NMBZT!
    Meg 💜
    Ps: Powodzenia! Już niedługo będziesz miała 2 tygodnie spokoju!
    Pps: nie sprawdzałam błędów w komentarzu, to pewnie moja autokorekta jesli są błędy.
    Paa!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadnij kto pisał komentarz, którego tutaj nie ma? Czyżby mój telefon postanowił jednak coś spieprzyć?
    Tak coś podejrzewam, że pani Goldberg wkuła listę imion i zapamiętała twarze. Też bym tak zrobiła, gdybym była nauczycielką xDD
    Ja na te ferie też czekam i czekam i jak muszę czekać jeszcze te dwa długie tygodnie, to umieram ze smutku i zmęczenia i w ogóle mam dość wszystkiego...
    Też mi się rzuciła w oczy ta nowa pewność siebie Clary. W końcu ma ona już 12 lat xDDDD Kurde, kiedyś ten wiek to było dla mnie tak dużo, a teraz w sumie biorę takie osoby za dzieci :P

    NMBZT!

    OdpowiedzUsuń