piątek, 16 grudnia 2016

2. Wawrzyny

Kiedy otworzyła oczy odkryła, że nie jest już w salonie w swoim domu. Stała naprzeciw budynku, zapewne w ogrodzie, otaczającym posiadłość. Tuż przed nią znajdował się elegancki dom. Nie był jakoś bardzo duży, dziewczynka wnioskowała, że zaledwie dwupiętrowy, ale dość szeroki. Wydawał się być zbudowany w klasycznym, angielskim stylu. Clarze na ten widok przypomniały się nawet wycieczki szkolne, gdy jeszcze uczęszczała do mugolskiej szkoły i jeździli zwiedzać takie rzeczy, które nauczyciele nazywali skansenami, "jako przykład potrzebnej wam w życiu architektury".
I właśnie może przez te muzealne wspomnienia, a może jednak przez arystokratyczny styl bycia Burtonów, Clara poczuła się trochę nieswojo. Patrząc na dom odczuwała jakiś niewytłumaczalny chłód. Nawet słońce zaczęło jakby mniej grzać.
O wiele lepiej odebrała ogród. Mimo, że był przesadnie zadbany to sprawiał wrażenie o wiele cieplejszego niż budynek. W sumie dziwiło ją jak bardzo równe są grządki. Nawet drzewa, niby porozrzucane bez ładu, miały swoje dokładnie ustalone miejsce. Jednak patrząc na państwa Burton, Clara  nie podejrzewała, aby interesowali się jakoś ogrodnictwem. Bardziej sądziła, że gdzieś tu, tak samo jak w Hogwarcie, musi być służba, dbająca o to wszystko.
— Witamy cię, Claro, w Wawrzynach — powiedział uroczystym tonem pan Burton, po czym ponownie sprawił, że kufer zaczął latać i wraz z żoną poszedł w stronę wejścia domu. Za jego plecami Laurel zrobiła minę, co nieco odprężyło dziewczynkę. Obecność przyjaciółki nieco ją pocieszała.
Z lekkim westchnięciem ruszyła wąską, żwirowaną ścieżką w kierunku domu. Kiedy cała rodzina i gość weszli, od razu przed nimi pojawiło się najdziwniejsze stworzenie, jakie Clara w życiu widziała.
Było ono niskie, nawet Laurel sięgało do pasa, i to nie samą łysą, pomarszczoną głową, ale końcami wielkich, nietoperzowych uszu. Stworzenie miało również duże, okrągłe, piwne oczy oraz całkiem spory, niemal krogulczy nos. Pod narządem powonienia rozciągały się szerokie, ale wąskie usta, wykrzywione w tym momencie w uśmiechu.
Było również przeraźliwie chude. No, może nie aż tak, aby wystawały mu kości, ale na tyle, że jego widok przywiódł Clarze na myśl kościotrupa. Ubrane było w coś, co na pierwszy rzut oka przypominało jakąś starą, przepraną firankę. Jeden z końców materiału zawiązano na prawym ramieniu kreatury, Reszta, która sięgała mu niemal do kolan, opadała, jakby kaskadą, w dół, tworząc coś, co przypominało z wyglądu rzymską, starożytną togę. Wielkie stopy były nie obute. Na Clarze stworzenie to zrobiło dość żałosne i przykre wrażenie, mimo iż ono same, sądząc bo uśmiechu wydawało się być szczęśliwe.
— Szeptuch wita państwa Burton i panienki! Ale Szeptuch nie zna ciemnowłosej panienki! Szeptuch zastanawia się, dlaczego? — odezwało się stworzonko, niezwykle piskliwym głosem. Mimo to, po formie wypowiedzi i niejako jednak po wydźwięku dziewczynka domyśliła się, że jednak było ono płci męskiej, ale to nadal nie odpowiadało jej na pytanie jakim stworzeniem było to coś.
— To jest Clara, Szeptuchu. Przyjaciółka rodziny — oznajmiła pani Burton. — Zanieś jej rzeczy na górę i wraz z Laurel pokażcie jej, gdzie będzie spała — dodała kobieta władczym tonem. Szeptuch ukłonił się przed nią i powiedział:
— Oczywiście, proszę pani.
— Ale nie trzeba, ja sobie poradzę... — zaczęła cicho oponować brunetka, ale stworzenie pstryknęło palcami. Na ten dźwięk kufer i klatka Morgany zaczęły przed nim lewitować.
— Czy panienka Clara pójdzie za Szeptuchem?
— O... Oczywiście — wyjąkała speszona. Dopiero gdy poczuła dłoń Laurel na swojej nieco się zrelaksowała.
Szeptuch ruszył w głąb korytarza, a za nimi powędrowały obie dziewczynki. Dalej powędrowali schodami. Wzdłuż nich i na piętrze rozwieszono obrazy, co przypominało Clarze nieco Wielkie Schody w Hogwarcie i portrety spotykane co kilka cali. Tutaj również malowidła głównie przedstawiały ludzi, którzy, jak zwykle, albo rozmawiali między sobą, albo przechodzili do cudzych ram. Brunetka domyślała się, że byli to przodkowie Laurel. Tym bardziej poczuła się nieswojo. Cały ten arystokratyzm sprawiał, że czuła się jak intruz i jakoś tak... mało godna przebywania w takim miejscu.
W końcu Szeptuch zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Ponownie pstryknął palcami, a one otworzyły się, pozwalając kufrowi i klatce na przelecenie do środka i swobodnym ułożeniu się przy łóżku. Po nim do pokoju weszły dziewczynki.
Pomieszczenie to było naprawdę spore. Clara stwierdziła, że zmieściłyby się tam nawet dwa jej pokoje. Naprzeciwko drzwi było okno, rozciągające się na całą ścianę. Obok niego stało duże, dwuosobowe łóżko. Przykryte je schludnym, ciemnozielonym kocem. Sama kołdra i poduszka wystające spod przykrycia, były zwyczajnie białe. Obok stała małą szafka nocna, na której ustawiono świecę.
Naprzeciw łóżka stała drewniana szafa i komoda. Nad krótszym z mebli zawieszono lustro w złoconej ramie. Z kolei na podłodze położono puszysty, brązowy dywan, który idealnie komponował się z ciemną boazerią na ścianach.
Szeptuch zatrzymał się przy łóżku i zwrócił się w stronę dziewczynek.
— Czy panienki jeszcze potrzebują Szeptucha? — zapytał. Laurel pokręciła głową.
— Nie, dziękujemy ci. Idź, przygotuj obiad.
— Ależ oczywiście, panienko Laurel. Jak sobie panienka życzy — odparł, kłaniając się i znikając z cichym trzaskiem. Clara zaskoczona uniosła brwi.
— Okay, zanim mnie zapytasz, jak się czuję... Kim jest Szeptuch? — zapytała, odwracając się w stronę przyjaciółki. Ta zmarszczyła brwi.
— Co ty nigdy.... — zaczęła, ale po chwili przerwała, uderzając się ręką w czoło. — A no tak, mugolska rodzina... — mruknęła do siebie. — Szeptuch jest skrzatem domowym — zaczęła. — Skrzaty domowe właściwe żyją po to, aby usługiwać czarodziejom. Wiesz, tacy wierni służący, którzy nie mogą opuścić swoją rodziny.
— Dlaczego? — zapytała zaskoczona, ostrożnie siadając na łóżku. Poprzez idealną sterylność tego pomieszczenia, bała się, że coś zepsuje. Może i pokój dla innej osoby byłby bardzo miły i sprawiał, że czułby się tu swobodnie. Jednak dla Clary pomieszczenie przypominało pokój hotelowy a w takich miejscach zazwyczaj starała się niczego nie ubrudzić, poprzez szacunek do osób sprzątających.
— Nie wiem — mruknęła Laurel, rzucając się na łóżko, obok przyjaciółki. — To chyba część ich magii... W każdym razie skrzat nie może samowolnie opuścić rodziny, której usługuje. No, chyba że ta mu da jakieś normalne ubranie, to wtedy jest on wolnym skrzatem. I zwykle szuka wtedy pracy gdzieś indziej.
— Jakie mogą być po... — zaczęła Clara, ale natychmiast ugryzła się w język. Nie widziała się z przyjaciółką od dwóch miesięcy i wypytuje ją o skrzaty domowe?
— W każdym razie... jak ci się tu podoba? — zapytała Laurel, unosząc się na łokciu i delikatnie przygryzając wargę.
— Jest... miło. Tylko... No wiesz... Zbyt czysto jak na moje standardy — odparła, nerwowo przegarniając włosy do tyłu. Przyjaciółka uśmiechnęła się niepewnie.
— Mnie też to denerwuje, dlatego Szeptuch rzadko kiedy wchodzi do mojego pokoju. Pokazać ci go?
— Jasne! — odparła dwunastolatka, podrywając się od razu z łóżka.
Laurel zaśmiała się i wyszła z pokoju, a za nią powędrowała Clara. Przeszły na koniec korytarza, stając przed drewnianymi drzwiami. Na gwoździu zawieszono tabliczkę z napisem, wymalowanym srebrną farbą: "Pokój Laurel". Właścicielka pchnęła lekko drzwi i odsunęła się tak, aby przyjaciółka mogła wejść do środka.
Pomieszczenie było bardzo podobne do tego, jakie dostała Clara. Duże, z podobnie ustawionymi meblami, tylko kolorystyka była inna - błękitna. No i okna wychodziły na inną stronę, toteż widok był zupełnie inny. Z pokoju mugolaczki widać było wejście i ogród, którym przeszła, wchodząc do domu. Z okien Laurel dało się dostrzec zalesiony pagórek, który wydawał się stanowić granicę posiadłości. Poza tym pokój wydawał się bardziej spersonalizowany. Na skrzydłach szafy powieszono plakaty, tylko, że postaci na nich poruszały się, a nie stały zamarte w miejscu. Nieopodal nich, Clara dostrzegła również zdjęcie Gwenog Jones, które wisiało również i w jej domu. Przy okazji zobaczyła również Apolla, ciemnobrązowego puszczyka Laurel, spokojnie śpiącego w swojej klatce, stojącej na szafce nocnej.
Oprócz tego pokój Laurel, tak jak dziewczynka ostrzegała, był o wiele bardziej zabałaganiony. Ten, który dano Clarze był niemalże sterylny. Tutaj bardziej czuć było życie i charakter. Tamten był po prostu... pusty. Dziewczynka bardzo chciała to jakoś zmienić, ale wątpiła, że państwo Burton pozwolą jej zabałaganić pokój tak, jak to robiła ich córka.
Dwunastolatka podeszła do ruchomych plakatów, przyglądając im się uważnie. W większości przedstawiały członków kapeli w czasie gry, choć główny wokalista czasem się odwracał i puszczał w stronę patrzącego oko. Po jakimś czasie po prostu usiedli na scenie, odpoczywając.
Właśnie ta część magicznego świata intrygowała Clarę najbardziej. To było dla niej niezwykłe: za pomocą zwyczajnego eliksiru nadawało się zdjęciu życia. I to dosłownie. Niby postaci wyglądały tak, jak je sfotografowano, ale... Oddawały idealnie charakter sfotografowanej osoby. Clara zawsze uwielbiała się przypatrywać tym zdjęciami, także dopiero po chwili oderwała wzrok od obrazka i rozejrzała się uważniej po pokoju. Czegoś jej tu brakowało...
— Lori... Gdzie ty lekcje odrabiasz? — zapytała zaskoczona, dostrzegając, że w pokoju nie ma biurka.
— W salonie — odparła raźno jej towarzyszka, rzucając się na łóżko. — Nie przeszkadza mi, że jest to miejsce jakby hmm... przechodnie? No bo wiesz... — tu dziewczynka spojrzała smutno w sufit. — Rodziców i tak często nie ma, więc jako tako nie ma hałasu, da się uczyć. Szeptuch, gdy widzi, że coś piszę, zazwyczaj stara się wykonywać swoje obowiązki bardzo cicho... No, ale... Przynajmniej mam wtedy cały dom dla siebie, prawda? — odparła, nagle uśmiechając się.
— No... tak... —— powiedziała niepewnie Clara.
— O! Chodź! Pokażę ci coś!! — wykrzyknęła nagle podekscytowana Laurel, podbiegając w kierunku szafy. Jej przyjaciółka niepewnie podążyła za nią.
Dwunastolatka, kucając, otworzyła gwałtownie szafę, wywołując grymas niezadowolenia na twarzach plakatów, ale zignorowała to. Sięgnęła w głąb mebla, przez chwilę szukając czegoś ręką. Kiedy w końcu się wyprostowała, zaciskała palce na szarym, podłużnym pakunku. Clara ze zdumieniem uniosła brew, patrząc zaskoczona na przyjaciółkę. Ta jednak tylko uśmiechnęła się tajemniczo i usiadła na łóżku. Zaciekawiona przycupnęła obok niej.
Laurel odwiązała sznurek, zabezpieczający szary papier przed rozwinięciem. Chwyciła za skraj materiału i pociągnęła go w swoim kierunku tak, że na łóżko przeturlała się... miotła. Jednak, sądząc po jej wyglądzie, barbarzyństwem byłoby użyć jej do zamiatania podłogi.
Była to bardzo smukła, lśniąca miotła. Dziewczynka nie była w stanie rozpoznać drewna, z jakiego była zrobiona rączka, ale i tak bardzo podobał jej się ciemnobrązowy kolor, wpadający w wiśniowy w miejscu trzonka. Jeszcze bardziej zachwycał ogon. Nie było tam żadnych wystających witek. Wszystkie były dokładnie ułożone, o równych długościach. i nawet one lśniły. Na samym końcu rączki Clara dostrzegła złoty napis: Nimbus 1700.
— Najnowsza? Mogę dotknąć? — zapytała, nie odrywając wzroku od pojazdu. Laurel zaśmiała się.
— Nie. W sensie dla mnie jest nowa, ale wyszła jakieś cztery czy pięć lat temu. Teraz producenci mówią...
— Wood mówi — mruknęła cicho Clara, unosząc miotłę, uważnie jej się przyglądając. Przyjaciółka uniosła brew.
— Słucham?
— Nic, nic, kontynuuj — odparła szybka dziewczynka, przegarniając włosy do tyłu. Laurel spojrzała na nią podejrzliwie, ale dokończyła:
— ...mówią, że nowa miotła, Nimbus 2000, ma wyjść w przyszłym roku.
— Czyli co? Zamierasz się w tym roku zgłosić do drużyny? — zapytała Clara, odkładając miotłę na łóżko. Laurel przez chwilę nie odpowiadała, zastanawiając się.
— Nie wiem —— odparła w końcu, rzucając się na łóżko.
— Czemu? Przecież umiesz latać! — wykrzyknęła zaskoczona przyjaciółka. — No i masz miotłę!
— No tak, wiem, ale... jakoś nie czuję się na siłach. Lubię latanie i qudditcha... Ale nie lubię w niego grać. Wiesz, z moim talentem do robienia sobie krzywdy...
Tutaj akurat Laurel miała rację. Jeszcze nie był dnia w jej życiu, aby się o coś nie potknęła, nie wywróciła, nie uderzyła się o coś. Nawet gdyby szła idealnie prostą drogą, bez żadnych przeszkód, w jakiś sposób by się wywróciła. Clara to wiedziała. Już wielokrotnie była świadkiem takich scen w wykonaniu przyjaciółki.
— Rozumiem, ale to nie znaczy, że nie możesz spróbować — odparła radośnie dziewczynka. — Poza tym zawsze możesz kogoś poprosić o pomoc. Bliźniaków, Wooda, czy Ceda... A właśnie, mówiąc o Woodzie... Co u niego?
— Dlaczego miałabym wiedzieć co u Olivera? — zapytała nagle zaskoczona Laurel, jednocześnie akcentując imię chłopaka. Clara przewróciła oczami. — Przecież nie mamy takiego dobrego kontaktu...
— Tu mi czołg jedzie — odparła poirytowana, przykładając palec do dolnej powieki i pociągając ją lekko w dół. — Oj dawaj nooo...
— No... Ojejku no, piszemy do siebie raz na dwa tygodnie — mruknęła Laurel chowając twarz w poduszce. — A u ciebie i Ceda?
— Raz na dwa dni — odparła dziewczynka, zaciskając palce na naszyjniku. — I nie narzekam, więc...
— Szeptuch, bardzo przeprasza, szanowne panienki... — usłyszały głos tuż za sobą. Obie z krzykiem podskoczyły i obróciły się, tylko po to, by dostrzec skrzata domowego, który zamarty w ukłonie, jak gdyby nic kontynuował: — Czy zechciałyby panienki zejść na dół na obiadokolację?
— Oczywiście... — odparła Laurel, zasłaniając sobą miotłę. — Ty już zejdź na dół my zaraz przyjdziemy. Mama i tata zjedzą z nami?
— Niestety, panienko, sir Burton i lady Burton musieli się udać do Ministerstwa — mruknął ze smutkiem skrzat. Twarz dziewczynki nieco stężała, ale po chwili powiedziała:
— Rozumiem.
Szeptuch wyszedł z pokoju a Laurel zabrała się za pakowanie miotły.
— Dlaczego ją chowasz? — zapytała zaskoczona Clara, bezwiednie pomagając przyjaciółce owijać papier wokół pojazdu.
— No bo wiesz... Nikt nie wie, że sama ją kupiłam — mruknęła cicho dwunastolatka. — I chyba wolę, żeby tak zostało, w razie jakbym jednak nie próbowała się zapisać do drużyny...
— Jak wolisz... — odparła jej przyjaciółka, zawiązując sznurek. — To co? Idziemy? Bo umieram z głodu...
— Jasne! Chodź! — odparła Laurel, nagle odzyskując humor i wychodząc szybko z pokoju.  Dziewczynka uniosła zdziwiona brwi, ale nic nie powiedziała, tylko spokojnie poszła z przyjaciółką.
***
Hejoo! Drugi rozdział za nami, yaay ^^ Ja wiem, na razie nudnawo, ale początki zazwyczaj takie są :/ Meeh...
 Dedyk dla Olgi S., za to, że umie czytać to, co napisałam w spamie... <3
Sonia

6 komentarzy:

  1. Cześć ^^
    Muszę Ci powiedzieć, że tamta Olga S. (przynajmniej u mnie) nie umie czytać w spamie... xD No ale dobra nie o tym.
    Super! Mega mi się podoba ta notka ^^ a wiesz co, że dom Laurel trochę przypomina mi dom Hearthstone'a z Magnusa Chase... Czytałaś 2 część? XD Ogólnie to zdziwiłam się że Clara i Cedrik piszą że sobą tak często... No i jak ja bym chciała taki ruszający się plakat Marton5 albo Demi xD Ja tutaj czekam na następną notkę wiec się spiesz!!!
    NMBZT!
    Meg:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka :) Cieszę się, że mogę poczytać u Ciebie o życiu całkiem nowych, wykreowanych postaciach, a nie tych kanonicznych, które wszyscy znamy. Fajnie też, że dziewczynki są na drugim roku w szkole, bo mało jest opowiadań o tym roczniku, więc ciekawie będzie coś takiego poczytać. Zastanawiam się, czy masz zamiar wpleść w jakiś sposób Harrego i resztę w to wszystko. Szczerze mówiąc, wolałabym, gdyby ich nie było, bo lepiej jest przeczytać o kimś zupełnie innym, lub mało ważnym, jak np. Wood. Mogłabyś w przyszłości określić ile ma on tutaj lat. :)
    Po drodze wypatrzyłam kilka błędów w postaci pojedynczych powtórzeń, ale jakoś nie raziły mnie mocno. Poza tym, gdzieś wypatrzyłam coś takiego, jak "zamarte", szukałam w słowniku, bo od razu coś mi to nie bardzo brzmiało i wyszło, że jednaj nie ma takiego przymiotnika. :D Może zmień całe wyrażenie na "zastygnięte/zatrzymane w miejscu". Jeszcze chciałabym dać Ci radę, co do postaci. Wiadomo, że dzieci jest czasem ciężko opisywać, ale jednak trzeba zrobić coś, aby też miały jakiś swój charakterek. U Ciebie te postacie wydają się takie bez wyrazu. Jedynie rodzice Laurel się trochę bronią. Opisałaś, że Clara jest niezdarna. Lepiej było by to pokazać w akcji, np potknęłaby się na schodach, czy coś w tym stylu. Stosowanie opisów sytuacji zamiast robienia samej akcji, jest częstym błędem, bo gdy opisujesz wszystko w akcji, to widać, że ta postać jest taka, czy owaka. Samym opisem ciężko wywołać jakieś emocje. Także lepiej zrobić akcję i reakcję, niż pisać długie i niepotrzebne opisy. :) Tak samo np. z opisem pomieszczeń. Większość stosuje jeden schemat, np.: "tu stało łóżko, na łóżku pluszak, a po lewej stronie wielka szafa". Ale to nic przecież nie wnosi do fabuły. Trzeba tak rozwiązać sytuację, by opis sam pchał fabułę. :) Możesz np. opisać zapach jaki był w pokoju, może wzrok jakim dziewczynka spojrzała na swojego pluszaka, jakiś błysk w jej oku. Mam nadzieję, że nie czujesz się urażona moim gadaniem. Chcę tylko podzielić się z Tobą radami, które kiedyś ktoś mądry mi przekazał, a teraz sama się ich trzymam. :)
    Co do opowieści, to zdecydowanie są na plus Twoje własne postaci, co już wspomniałambna początku. Także styl jest całkiem okej, nie miałam problemu z płynnością czytania. Podoba mi się, że stosujesz akapity, ale w miejscach dialogu Ci się one gubią. No i to, że tekst jest wyjustowany to również plus bo jednak estetyka jest bardzo ważna. Kurcze, zaciekawiła mnie ta wzmianka o Woodzie. Jestem ciekawa, co tam z nim będziesz kombinować.
    W wolnej chwili nadrobię resztę. Proszę, nie gniewaj się na mnie za taki długie, niczym rzeka wypociny. Mam nadzieję, że da Ci to motywację do dalszej pracy. :)

    Pisdrawiam, buziole! xx

    Oczy-w-ogniu.blogspot.com
    Nie-szukaj-siebie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Dopiero zauważyłam, że mam dedykacje. Ale super! Dzięki, kochana! :***

      Usuń
    2. Absolutnie mi nie przeszkadza długość tego komentarza. Wręcz przeciwnie - cieszy mnie, bo dzięki temu wiem nad czym mam pracować, co się podoba i czego tam brakuje c; Co do Wooda: parę razy o nim wspomniałam w poprzedniej "księdze",także zapraszam do zapoznania się z nią, nawet jeśli plot nie jest tak dobry :/ Co do postaci to pewnie masz racje, muszę trochę jeszcze nad nimi pomyśleć. Mimo to cieszę się, że Ci się podoba i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej ^^
      Sonia

      Usuń
  3. Krótkie masz te rozdziały, więc przeczytam sobie dwójkę, metody mogą poczekać.
    Co do wnioskowania o ilości pięter... To widać, czy dom ma dwa piętra, więc wystarczyło napisać, że to po prostu dwupiętrowy dom.
    Opis skrzata o wiele lepszy niż wczorajszy opis Burtonów, można powiedzieć, że nawet całkiem malowniczy. A jego imię totalnie urocze, bardzo mi się podoba. XD Szeptuch. Świetnie brzmi.
    Faktycznie rozdział jest nieco nudnawy, niewiele się dzieje, większą jego część stanowią rozmowy a la typowa ekspozycja albo opisy pomieszczeń, ogrodu. Aha, zauważyłam coś, co powtarza się dość często. Nie „wgłąb”, ale „w głąb”. Znalazłam też literówki („tez” zamiast „też”), co jest kolejnym powodem, dla którego warto pisać w programie, nie prosto na blogu. Jeśli ktoś nie robi błędów ortograficznych, a po sprawdzeniu wyłapie wszystkie literówki, nie wtedy nie ma znaczenia, czego używa do pisania, może to być nawet zwykły windowsowy notatnik, ale jeśli ma się z tym kłopoty, wytłumaczenie, że nie piszę w ______ *tu wstaw nazwę programu*, bo w sumie nie wiem, nie lubię, wolę na blogu — to czysta ignorancja. Nie lubię tego (inni czytelnicy zapewne również), autor nie powinien czegoś takiego robić, pokazuje w ten sposób brak szacunku do czytelnika. Np. teraz marnuję czas na pisanie o błędach, których można byłoby uniknąć, gdybyś albo pisała w programie, który podkreśla błędy, albo znała zasady poprawnej pisowni, a gdyby tego problemu nie było, mogłabym spokojnie dalej komentować fabułę, bo w sumie po to tu jestem. Jak jakieś błędy interpunkcyjne, powtórzenia czy większe lub mniejsze dziury fabularne mogą wywołać we mnie co najwyżej pobłażliwy uśmiech, błędów ortograficznych (których można uniknąć, bo przecież każdy program je podkreśla) nie znoszę i cholernie się irytuję. Nie musisz być mistrzynią ortografii i interpunkcji, ale powinnaś dawać z siebie tyle, ile możesz, żeby tekst był jak najlepszy. Jasne, czasami zdarzy się literówka, zjesz akapit czy coś. Jeśli to zdarza się sporadycznie — spoko. Ale jeśli w co drugim akapicie mam albo literówkę, albo powtarzający się nagminnie błąd ortograficzny, albo brak przecinka przed „że” czy „aby” (tak, spotkałam coś takiego w poprzednim rozdziale, a są to takie zasady, których uczy się już dzieci w podstawówce; o ile wiem, Ty masz już piętnaście, szesnaście lat, powinnaś te zasady recytować jak Ojcze Nasz) nawarstwiają się w czytelniku, który to wszystko dobrze zna. I zamiast cieszyć się fabułą, irytuje się na takie formalności.
    Już drugi raz wspominasz o quidditchu, co pozwala mi sądzić, że będzie to miało jakiś ciąg dalszy, na co się cieszę, bo rzadko spotykam opowiadania, w których główni bohaterowie grają w drużynie. Ogólnie rzadko jest poruszany motyw latania na miotle; przyznam, że ja sama również nie przepadam za pisaniem o tym, ale poczytać — czemu nie? Lubię nowości.
    Faktycznie. Rozdział stanowi swego rodzaju zapychacz. Do tego jest bardzo krótki. Teraz to już po ptokach, ale może w przyszłości lepiej sprawdziłoby się połączenie takiego rozdziału z pierwszym? To znaczy... w pierwszym coś się zaczyna dziać. Powoli, delikatnie, ale mamy dziewczynkę z mugolskiej rodziny, która przyjeżdża na wakacje do koleżanki, u której wszystko jest magiczne, więc to dla głównej bohaterki pewien szok, wszystko jest nowe i fascynujące. Czytelnik się wciąga. A kiedy w kolejnym dostaje garść opisów i totalnie zimny, zapychający rozdział, może czuć się poirytowany, sam odcinek też niewiele wnosi do historii (chyba że przedstawiłabyś dom w stylu Nory oczami Harry'ego, ale ten Burtonów poza skrzatem i specyficznym wyglądem skansenu nie ma w sobie nic czarodziejskiego), dlatego lepiej połączyć go z rozdziałem, który jest interesujący. Zwłaszcza że w tym wypadku nie opisujesz ani nowego dnia, ani specjalnie nowej sceny. Wszystko dzieje się zaledwie kilka minut po opuszczeniu domu rodzinnego.
    No nic, zobaczymy, co mnie czeka w trzecim rozdziale, ale to pewnie albo wieczorem, albo jutro.
    http://dark-love-riddle.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  4. Szeptuch - to brzmi świetnie! Generalnie nie mam specjalnych uwag do rozdziału, toteż komentarz będzie krótszy :v Zaczynam poważnie uwielbiać relację Clary z Laurel i czekam na rozwinięcie sytuacji z jej rodzicami, mając na uwadze to, że Laurel miała z nimi niedopowiedziany konflikt w poprzedniej części!

    OdpowiedzUsuń